Nie mam imienia, które można wymówić bez drżenia.
Jestem cieniem między indygo a snem,
gdzie smok z Komodo oddycha tak cicho,
że tylko dziewczynka słyszy jego głos
w kolorze malinowym, tuż przed burzą.
To nie pigment, tylko pamięć.
Tak nazwałyście tę barwę:
pamięć o dotyku, który nie zdążył,
ciepło policzka na tle cyny
albo cień zapachu wódki z sokiem malinowym –
w czerwcu, po śmierci psa.
Za rogiem dziewczynka zbiera kolory do słoika.
Każdy inny. Każdy mówi coś,
czego nie da się zapisać alfabetem,
ale można poczuć, kiedy deszcz staje się zbyt przezroczysty
i wtedy trzeba przypomnieć sobie zielony ze świtu
na skórze kota, który wrócił.
Smok nie ma barwy. Jest każdą, kiedy się boisz,
i żadną, kiedy chcesz dotknąć.
Ale jego łuski – tak, widziałyście to razem –
mieniły się jak stary lakier do paznokci:
ten, co pachniał plastikiem
i pomarańczowym światłem kuchni.
To wystarczy. Nie trzeba już więcej mówić,
tylko trzymać ten kolor w dłoni,
jakby miał temperaturę śmiechu,
którym nie zdążyłaś się podzielić.
Jeśli kiedyś zapomnisz, znajdź znów ten obraz.
Nie po to, by pamiętać, ale żeby znów zacząć widzieć
– nie rzeczy, lecz barwy, które je kiedyś ocaliły.
z Emiterium


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.