Są takie momenty, kiedy przestaje się zaczynać nowe rzeczy. Nie dlatego, że brakuje odwagi, tylko dlatego, że coś się już dopełniło, jakby organizm wiedział wcześniej niż my, że pewna intensywność pojawia się nagle i tak samo szybko odchodzi. Ostatnio częściej wychodzę niż wchodzę. Wychodzę z przyzwyczajeń, z dawnych napięć, z potrzeby nazywania wszystkiego ważnym. To nie jest dramatyczne. Bardziej przypomina zdejmowanie warstw, które i tak przestały grzać. Czas nie mija już w sposób spektakularny. Nie ma punktów zwrotnych, które można by zaznaczyć grubą kreską. Jest raczej jak pył, osiada dniami, w gestach, w zdaniach niedokończonych. I wszystko staje się trochę bardziej matowe. Najdziwniejsze jest to, że nie czuję braku w taki oczywisty sposób. Miłość i jej przeciwieństwo jakby się wyrównały, straciły ostre krawędzie. Zostało coś pośrodku, stan, którego nie da się nazwać bez uproszczenia. Może to jest właśnie to słynne zmęczenie materiału, ale bez goryczy. Zauważam też, że starzenie nie wydarza się w lustrze. Ono przesuwa się gdzieś głębiej w decyzjach, które już nie są tak szybkie, w pewnym zawahaniu ręki, zanim coś uchwyci. Jakby rzeczy, które kiedyś miały wyraźną fakturę, stały się nagle zbyt gładkie. Był przecież czas, kiedy wszystko miało kierunek. Krew, myśli, pragnienia. wszystko płynęło gdzieś po coś. Przyszłość była wtedy obietnicą, a nie konstrukcją, którą trzeba podtrzymywać. Dziś zdarza mi się dolewać sobie nadziei jak czegoś zastępczego. Działa, ale bez efektu ubocznego w postaci sensu. Oddałam młodość bez większej ceremonii. Nie było momentu przejścia, raczej ciche rozproszenie, w śmiechu, w nocach, trochę w rzeczach, które nie potrzebowały świadków. Jakby od początku była tylko wypożyczona. I może dlatego teraz świat też wydaje się ostrożniejszy. Jakby wszyscy wiedzieli, że zbyt gwałtowny ruch może coś naruszyć, nawet, nie ciało, tylko znaczenie. Młodość nie zniknęła. Po prostu przestała mnie wołać po imieniu. Dni są bardziej przejściowe niż kiedykolwiek. Nie ma już wyraźnych świtów ani nocy, jest ciągłe balansowanie, pomiędzy odpuszczeniem a uważnością. I to jest chyba najciekawsze miejsce: tam, gdzie kończy się potrzeba iluzji. Bo przekraczanie nie polega już na sięganiu wyżej. Raczej na rezygnowaniu z przymusu wzniosłości. Na zgodzie, że zwyczajne trwanie nie jest porażką. Zaczynam rozumieć, że wszystko, co intensywne, musi się kiedyś wypalić. I że to, co zostaje po tym wypaleniu, nie jest pustką, a podłożem. Cichszym, mniej efektownym, ale może bardziej prawdziwym. Nie wiem, czy to zmierzch, czy tylko zmiana światła. Ale idę dalej, bez tarczy, potrzeby triumfowania. Z czymś, co kiedyś uznałabym za zbyt małe, żeby miało znaczenie: z uważnością. I chyba właśnie to jest teraz moją formą przekroczenia.

Ja wiem, że pisząc - ściskam - nic nie piszę. Przytulam jednak mocno :*
OdpowiedzUsuń