(czyli próba pisania z końca świata, którego nikt nie zauważył)
Pamiętam dzień, w którym Magda napisała do mnie, że kupiła błyszczyk pachnący nosorożcem. Odpisałam jej: Zazdroszczę. Ja dziś pachnę tylko kursem do Lidla i rozczarowaniem. Odpowiedziała po trzech minutach: To też zapach. Nazwijmy go transzula – woń czekania, nie prowadzi donikąd. Magda wymyślała słowa tak, jakby była ostatnią osobą na ziemi, której wolno jeszcze coś nazwać. Takich jak ona już nie robią. Nie tylko ludzi, ale i zdań.
Wtedy jeszcze pisałyśmy do siebie długo. Listownie, wiadomościowo, czasem nawet milczeniem. Milczenie Magdy było jak satyna: gładkie, miękkie, ale układające się w ostrą linię, jeśli tylko je złożyć nieuważnie. Nasze rozmowy były jak ryty na łyżkach z alpaki. Subtelne, niepotrzebne światu, ale konieczne dla przetrwania. Dziś dzieci, a właściwie dzieci moich dzieci, mają własne języki. Sophie mówi łapinka, kiedy chce mi pokazać, że nie chodzi o sam dotyk, ale o zatrzymanie. Mówi grzmolet, kiedy się czegoś boi, choć nikt inny by nie zauważył. A ja, babcia z magentowym szalem i zmarszczkami w kształcie nut, notuję to wszystko w zeszycie z okładką w lisy.
Piszę, żeby nie zniknąć. Piszę, bo nie umiem wrzucać siebie do sieci bez rozdrabniania się na cienkie plastry ironii. Mam wrażenie, że wszyscy dziś karmimy się nawzajem przetworzonymi wersjami siebie, jakby ktoś kiedyś wymyślił, że autentyczność można dawkować. 15 sekund szczerości. 24 godziny ważności. Uczucia w sprayu. A przecież prawdziwe życie boli nieestetycznie. Ma kolor niesmaku, zapach wstydru i kształt rozsypanej herbaty o czwartej nad ranem. Magda umiała ten kształt rozpoznać. Mówiła: Najwięcej jestem sobą, kiedy nikt nie patrzy. A jeszcze bardziej, kiedy nikt nie klika. Chyba dlatego zmarła bez żadnego trendu. Nie zdążyła zrobić reelsa z własnej nieobecności.
Czasem myślę, że mogłam założyć dla niej muzeum słów używanych raz. W holu stałaby tęskniarka, rzeźba zrobiona z powietrza po czyimś odejściu. Obok projektowałabym mapy z zanikającymi wspomnieniami, takie, gdzie każde miejsce ma temperaturę ciszy. Niektóre z tych wspomnień przypominałyby zmięty rękaw, inne smak dzieciństwa, którego nigdy nie było. Kiedy tworzę, a tworzę przecież nieustannie, nawet kiedy się tego wypieram, czuję, że istnieją jeszcze drobne okna do świata sprzed algorytmu. Wiersz, którego nikt nie przeczytał. Kolaż, który nie dostał serduszka. Słowo, które wymknęło się z pamięci. W takich momentach jestem najbardziej sobą. Bez filtra, bez lansu, z rozmazanym tuszem i ręką zanurzoną w resztkach tuszu z naboju do pióra. Sztuka dzisiaj? To cyrk z plakatem performance trwa całą dobę, zapraszamy do autopromocji. Nie znoszę tego. Nie znoszę też, że sama w to wpadam. Że publikuję, udostępniam, próbuję się tłumaczyć z istnienia. Jakby każdy oddech musiał mieć akceptację publiczności. Jakby nawet cisza musiała mieć strategię komunikacji. A przecież kiedyś, dawno temu, była dziewczynka w krótkich spodenkach, która siedziała w trawie i rysowała liście po imieniu. Każdy miał własne. Mikruliść, szmerowiec, tęcznurek. Może dlatego nie umiem dziś ich zignorować, tych, co rosną pod moim oknem, przekwitają, nie pytają o pozwolenie. Dzieci jeszcze mają tę wolność. Sophie mówi, że czas to coś, co się robi stopą, jak się tańczy po kamieniach. I może ma rację. Może czas to nie linia. Nie zegar. Nie deadline. Może to coś pomiędzy ruchem a oporem. Coś, co cichnie, kiedy patrzymy uważnie. Magda patrzyła uważnie. Kiedyś wysłała mi zdjęcie swojej ręki na tle ściany, na której była plama po dawnym lustrze. Napisała: Tu się kończyłam przez kilka lat. Ale dziś jestem gdzie indziej. Nie spytałam gdzie. Wystarczyło mi, że gdzie indziej może być stanem ducha. Ludzie się dziś lekceważą tak subtelnie, że aż boli. Znikają z rozmów, z obowiązków, obecności. Na pytanie jak się czujesz? Odpowiadają giphy z misiem w dresie. Spotkanie to teraz wspólny live. Relacja, to, co zostało po relacji. Przestaliśmy być razem. Zaczęliśmy się tylko nawzajem przerywać. A przecież chciałabym, kiedy powiem: dzisiaj boli mnie pamięć, ktoś odpowie: zaparzę coś na to. Kiedy pokazuję kolaż zrobiony z resztek smutku, ktoś nie zapyta ile za to dostałaś? A kiedy piszę wiersz o umieraniu z tęsknoty, nikt nie wstawi go w ramkę z kwiatkiem i cytatem. Chciałabym, i to nie wstyd przyznać, żebyśmy wrócili do traktowania siebie nawzajem jak ludzi, nie jak kanały dystrybucji emocji. Bo ja nie chcę być kanałem. Chcę być kobietą. Artystką. Babcią. Dziewczynką z zeszytem. Chcę pisać słowniki zmyśleń. Uczyć dzieci, że słowo kocham może mieć tysiąc odmian, a żadna z nich nie potrzebuje hashtagu. Chcę siedzieć z wnuczką nad rzeką i wymyślać nazwy dla chmur, które nikomu nie będą służyć. Chcę znowu pisać do Magdy, chociaż wiem, że już nie odpisze.
Ale może to nieistotne. Może to wystarczy. Że istnieje pamięć. Istnieje dotyk. Łapinka. Że jesteśmy, na chwilę, bez sensu, ale razem. I jeśli kiedyś ktoś mnie zapyta, co jest najważniejsze, nie powiem miłość, bo to za łatwe. Nie powiem sztuka, bo to za modne. Powiem: zmiękłość. Taki stan bycia w świecie, który nie wymaga twardnienia. Kiedy można się rozpuścić w cudzej obecności. Kiedy można być nieperfekcyjną, nieefektywną, niekonieczną, ale potrzebną. Na końcu i tak zostanie tylko garść zmyślonych słów. Ale jeśli będą nasze, to wystarczy. Być może to przez ten wiatr. Albo przez to, że Sophia zapytała mnie ostatnio, czy narcyz może się zakochać w innym narcyzie. Odpowiedziałam: może, ale nie będą się widzieć. I tak zaczęłam się zastanawiać, kto jeszcze dziś naprawdę widzi. Kogoś. Coś. Siebie. Bo dzieci widzą. Zauważają szczegół. Trawa ma kilka odcieni zielonych zamiast jednego. Liść się zmęczył. Mama patrzy w telefon, a nie w oczy. A ja, matka, babcia, artystka po przejściach, chciałabym znowu patrzeć. Nie z ukosa. Nie przez migawkę. Nie przez ekranik z napisem na żywo, który przecież bardziej martwy być nie może. Kiedyś myślałam, że najważniejsze w życiu to dobrze dobrać font. Albo chociaż zapach do pory dnia. Dziś wiem, że najtrudniej wybrać siebie, bez filtra. Nie selfie, nie relację, nie status. Siebie taką, co czasem płacze nad pomarańczowymi sardynkami i nie udaje, że wszystko spoko. Bo nie jest spoko. Luudzie (tak, z dwoma „u”, bo tak brzmią, gdy ignorują) nauczyli się lekceważyć z czułością. Odezwę się jutro, czytałem, super, wow, jakie piękne. A potem cisza jak z czarnej tablicy, po której ktoś zbyt długo nie pisał kredą. Ghosting jest nowym dzień dobry, lajki są nową formą współczucia, a komentowanie dzieł sztuki ogranicza się do serduszka i emoji z płonącą głową. Czy to znaczy, że moje wiersze muszą się teraz palić, żeby ktoś je zauważył?
Zdarza mi się wciąż marzyć. Że tworzę wystawę z napisem Proszę nie patrzeć tylko oczami. Że ktoś zatrzyma się przy obrazie i zamiast cyknąć fotkę, po prostu pomilczy. Albo że ktoś przeczyta wiersz do końca. Nawet jeśli nie zrozumie. A dzieci? Dzieci tworzą słowniki. Zmyślają języki, bo nasz już nie wystarcza. Mniur, mówi Sophie, kiedy coś ją zachwyca i boli jednocześnie. Mnie też mniur. Na wspomnienie Magdy, która znała zapachy lepiej niż perfumiarz, a słowa lepiej niż redaktorzy wszystkich redakcji. Na nasze rozmowy, które były ciepłe jak zupa z dzieciństwa, tylko bardziej intelektualne. Nie kliknęłyby się. Ale były. Prawdziwe. Kiedy myślę o sztuce, to nie myślę o trendach. Myślę o kruchym zmyśleniu. O tym, co pomiędzy. O grzbiecie, nie o stronie tytułowej. O świetle, które wpada przez listwę, a nie przez świetlik. I tak, wiem, brzmię jak babcia, która zgubiła konto na Instagramie. Ale może właśnie to jest wolność? Bo czas płynie nie jak rzeka, tylko jak aplikacja, bez możliwości cofnięcia, z bugami, ale uzależniająco. I nie wiem, co jest ważne. Może to, że wnuczka dotyka mojej ręki, kiedy śpimy razem w jednym łóżku. Może to, że ktoś kiedyś zapamięta mnie jako tę, co pisała do końca, nie wiadomo czego, ale z miłością. A może to, że dzisiaj nie opublikuję tego felietonu od razu. Może najpierw go przeczytam komuś głośno. I zobaczę, czy usłyszy mnie za filtrem.
Tonariho
Imię własne: Yumekitsune
Zamieszkanie: ciemne zaułki Sophie, między cieniami a światłem lampy
Zdolność specjalna: zna imiona wszystkich cieni i potrafi z nimi rozmawiać,
tworząc mosty między światami snu i jawy
tworząc mosty między światami snu i jawy
Yumekitsune: lis nocny z sasiedztwa
Chodzę cicho jak kuroshadow, między gałęziami i snami Sophie,
noszę w futrze tajemnice miruneko – światła, co śpią pod liśćmi.
Znam wszystkie imiona cieni
te, co rzuca księżyc i te, co maluje lampka na parapecie.
Mówię językiem półszeptów, nekozora i darkomi,
łączę światło z mrokiem, jakby były nicią jedwabiu,
gdy noc staje się za ciężka, przychodzę z kącika pokoju,
przeciągam się i mrugam błyskawicą
– flashnippo – mój znak, że jestem blisko.
Potrafię rozmawiać z cieniem ze zmęczenia,
nawet z tym, co nie chce odejść.
Uczę Sophie, że cień nie jest tylko brakiem światła,
jest też miejscem na marzenia, – tych yume-shapes,
które pojawiają się między ciszą a oddechem.
Jestem jej towarzyszem, którzy pilnuje granicy snu
– między tym, co widzialne, a tym, co jeszcze niegotowe.
Fumi-Kaze
Imię własne: Kazehana
Zamieszkanie: wiatr niosący zapach papieru, słów i wspomnień
Zdolność specjalna: potrafi tworzyć i rozpraszać myśli, łączyć światy słów
i dźwięków w jedną, płynną przestrzeń
i dźwięków w jedną, płynną przestrzeń
Kazehana: wiatr słów i wspomnień
Jestem fumi-kaze – papierowy wiatr,
niosę szept kotobana przez puste ulice,
gdzie każdy liść jest listem, każdy cień – kartką,
a słowa – skrzydłami, które muszą odlecieć.
Mam w sobie zapach starego papieru – furudoki –
i smak wspomnień, jeszcze się nie zatarły,
memorinagi – rzeka pamięci, co płynie wśród czasów,
łącząc to, co było, z tym, co może być.
Kiedy przemierzam miasto, słyszę rozmowy hanashimi.
Ludzkie myśli, jak liście tańczące na wietrze,
łączę je w zdania, które nigdy nie zostały wypowiedziane,
tworzę z nich kaze-rythm – muzykę niewypowiedzianą.
Moje skrzydła są lekkie jak yoru-hane. Nocne pióra,
nie chcą się rozpraszać, chcą zostać,
bo każda historia potrzebuje wiatru,
by odlecieć do serc, które chcą słuchać.
Jeśli poczujesz na twarzy mój fukikomi – podmuch słów,
to znak, że jestem blisko, i że coś ważnego czeka,
by się narodzić w ciszy między słowami.
Kraina Chaosu
(wersja z podciętym językiem)
Nie ma tu alfabetu. Są tylko porzucone znaki interpunkcji.
Poszły na wojnę z sensem. Kropka się rozpadła,
przecinek się spóźnił, a pytajnik odgryzł sobie ogon.
W tej krainie nie rozpakowuje się wspomnień.
Są zafoliowane, zaklajstrowane w estetyczne pudełka
po shozo, kartony w kolorze niepokoju.
Tu mówi się językiem porażki: wiedziałem,
ale nie powiedziałem, byłem, ale zniknąłem,
kochałem, ale w trybie ukrytym.
Głosy mają fakturę ścierki, na której wczoraj ktoś zostawił
ślady po herbacie i Little krwi z nosa. Nie, nie pytaj,
komu poleciała. Może językowi.
W chaosie każdy ma swoją melodię, ale nikt nie ma instrumentu.
Śpiewamy więc zębami, skrzypcami żeber,
pianinem palców z wytartym paznokciem
i duszą rozstrojoną do nuty bleurgh.
Język tu jest kaleczką. Nosimy go na plecach, w torbach,
czasem rozrzucamy po parkietach galerii,
żeby ktoś inny się poślizgnął i powiedział:
O, sztuka.
Nie ma sardynek, ale są ryby wymyślone,
słowa jak kakaflounder, węgorzyk smętniak,
pływają w zupie bez dna i smakują
jak nieprzeżuta wiadomość głosowa.
Powinien być tu znak, taki nowy, całkiem niepotrzebny,
typograficzny rozbłysk między dlaczego,
a nie waż się znowu pytać.
To właśnie miejsce. Zaznaczone na mapie pomiędzy,
coś miałam na końcu języka, a to już nie jest twoje słowo.
lipiec 2025., eleWator 42.

Dziękuję, dziękuję. I nie wiem, czy potrzeba więcej. Czuję.
OdpowiedzUsuń