poniedziałek, 26 stycznia 2026

Membrana

 





Siedem lat temu, w lutym, namówiłam córkę w ostatnich tygodniach ciąży by zapozowała w krajobrazie, który za każdym razem mnie zaskakuje. Niedaleko domu Constance Markievicz, tej samej, która wiedziała, że historia nie wydarza się w salonach, przyjaciółka Yeatsa. Widzicie przed sobą Zatokę Drumcliff, rozchwianą, w czasie wycofanej wody, która zawsze wraca, by sprawdzić, gdzie przebiega linia lądu. To miejsce jest ruchome. Wydmy przesuwają się powoli, plaże zapadają się i odsłaniają, przyroda robi swoje. Znam ten rytm. Wracam tam, gdy wszystko inne zaczyna mówić za dużo. Ustawienie córki w tym pejzażu było oczywiste, bywamy tam często, wystarczy przeczekać deszcz. Reszta dzieje się sama: światło, wiatr, napięcie.

Akurat dzisiaj dławi mnie język. Znowu. Wracają najsmutniejsze myśli. Zastanawiam się, co mnie uformowało: zapach gnijących wodorostów, chłód, który nie pozwala się rozleniwić, czy wiatr, który prostuje kręgosłup brutalniej niż jakakolwiek rozmowa. Z czego jestem zrobiona?! Widzę siebie przez to sito: sól, piasek, ślady cudzych kroków, które i tak znikną. Język zrobił się miękki, nadmiernie bezpieczny. Poezja została wypchnięta na margines, jak coś niepraktycznego. Za dużo tupetu, za mało ryzyka. Narcystyczne spojrzenia, ckliwość udająca głębię. Gdy tylko próbuję podejść bliżej ludzi, coś się we mnie zamyka. Nie mam w ciele zgody na ten rodzaj bliskości. Wracam. Do wydm, oceanu, fal niosących więcej i więcej. Tam nie trzeba się tłumaczyć. Język odpada jak zbędna warstwa. Zostaje tylko to, co trzyma się gleby.
















i jedno zdjęcie - z lata, widok z Lissadell House




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.