Niedziela, rozkłada się w czasie jak fuksjowy koc, który wczoraj uszyłam z kaszmirowego wielkiego poncho, od kilku lat leżał na półce, a teraz jest lekko wilgotny od porannej mgły. Chyba lubię takie dni, kiedy wszystko dzieje się obok głównego nurtu świata. Kiedy mogę bez poczucia winy przeglądać strony z ubraniami, nie po to, żeby coś natychmiast kupić, ale żeby sprawdzić, czy moje ciało, to obecne, ukształtowane powoli, bez przemocy inaczej układa materię. Szukam sukienki na ramiączkach. Prostej. Najlepiej z merino, bo merino ma w sobie coś z ciszy: grzeje, ale nie krzyczy. Ma być tłem. Drugim planem. Czymś, co przyjmie na siebie czarną sukienkę, tę bardziej skomplikowaną, z górą z bawełnianego tiulu, lekko przeźroczystą, i z odcięciem, cienką bawełnę układaną cierpliwie, warstwa po warstwie. Kiedyś kupiłam ją w Rundholz. Spontanicznie. Bez planu, zgody rozumu. Taki zakup, który przez pierwsze miesiące wisi w szafie jak wyrzut sumienia albo obietnica bez daty. Pomyślałam wtedy: może kiedyś. I to kiedyś nie miało w sobie ani konkretu, ani presji. Po prostu zostało odłożone, jak książka, na którą nie ma jeszcze odpowiedniego czasu.
Minęło pół roku. Chodzenia na siłownię. Bez heroizmu. Bez narracji o walce. Raczej o regularności. O tym, że ciało lubi powtarzalność. Mięśnie uczą się sensu, jeśli się im go nie odbiera. I nagle, zupełnie mimochodem, wszystko na mnie zaczęło się układać. Nie w znaczeniu ideału. Raczej w znaczeniu zgody. Dlatego teraz szukam tej bazowej, na ramiączkach, pozwoli czerni wybrzmieć, ale sama pozostanie niemal niewidzialna. Lubię takie ubrania. Nie są pierwszym zdaniem. Czytając Białość Jona Fossego, mam wrażenie, że on pisze właśnie o takich warstwach. O tym, co jest pod spodem. O istnieniu, które nie domaga się interpretacji, tylko obecności. Jego zdania są jak kroki stawiane w śniegu: krótkie, powtarzalne, prowadzące donikąd i wszędzie jednocześnie. Białość nie jest kolorem. Jest stanem. Przestrzenią, w której można się rozpuścić albo zniknąć, bez dramatycznego gestu. Dzisiejsza niedziela też jest biała. Choć na zewnątrz wciąż mgła albo drobny deszcz, dzień jest dłuższy, światło robi się ostrzejsze. Białość jest we mnie. W sposobie, w jaki nie chcę dziś niczego domykać. W tym, że pozwalam rzeczom być niedokończonymi.
W kuchni pachnie czekoladą. Sophia stała rano na zebrze (stołek), w fartuchu osłaniającym kolana. Pomagała mi robić ciasto. A właściwie: była procesem. Dosypywała mąkę. Najpierw za szybko. Łyżeczka po łyżeczce, jakby czas był czymś, co można przyspieszyć samą intencją. Tłumaczyłam jej spokojnie, że musi poczekać, aż mąka zniknie z powierzchni ciasta. Że nie chodzi o tempo, tylko o moment, w którym masa znowu staje się jednolita. Sophie słuchała. Patrzyła uważnie. I robiła pauzę za pauzą. To był jeden z tych momentów; myślałam, że wszystko, co ważne, da się sprowadzić do kuchni. Do miski. Drewnianej łyżki. Cierpliwości. Sophia uczy się, że nie wszystko dzieje się natychmiast. Ja uczę się, że tłumaczenie może być czułe.
Ciasto wyszło wilgotne. Czekoladowe. Zmodyfikowałam przepis i znowu intuicja mnie nie zawiodła, tym razem zapisałam czynności, by udało się całość powtórzyć. Wszyscy są zadowoleni. To zdanie jest banalne, ale ma w sobie odpowiedni ciężar. Myślę o ciele. O tym, jak długo potrafi być terenem nieporozumień. Jak często traktujemy je, jak projekt do poprawienia, a nie jak miejsce zamieszkania. Te pół roku nie było o rzeźbie. Było o tym, że ciało zaczęło mi ufać. Przestało się bronić, wreszcie mogę włożyć sukienkę i nie myśleć o niej co pięć minut. Sukienki są dla mnie zawsze czymś więcej niż ubraniem. Są decyzją o tym jak chcę być widziana albo, jak bardzo chcę się ukryć. Ta czarna z tiulem ma w sobie coś ceremonialnego. Ale potrzebuje tła. Potrzebuje tej merinociszy pod spodem. Jak tekst potrzebuje pauz. Fosse pisze o znikaniu. O tym, że można wyjść w białość i nie wrócić. Dzisiaj myślę raczej o pozostawaniu. O byciu tu, w niedzielnej kuchni, w moim ciele. Melancholia nie jest smutkiem. Jest zgodą na to, że nie wszystko musi być ostre, a kontury mogą się rozmywać. Pamięć nie zawsze układa się w narrację. Czasem jest tylko nastrojem. Przeglądam kolejne strony. Lniane. Wełniane. Za cienkie. Za grube. Zbyt dekoracyjne. Zbyt dosłowne. Szukam czegoś, co będzie niemal nieobecne. Jak czerń w malarstwie, nigdy nie jest tylko czarna.
Niedziela powoli się przesuwa. Światło zmienia kąt. Sophia biega po domu, niosąc ze sobą zapach kakao i mąki. Myślę, że to wszystko jest wystarczające. Nie muszę niczego przyspieszać. Ani w cieście, ani w życiu. Jest we mnie spokój, który nie wynika z odpowiedzi, tylko z braku pytań. I jeśli coś z tej niedzieli miałoby zostać, to właśnie to uczucie: że mogę być tłem dla samej siebie. Białość nie jest pustką. Jest przestrzenią, w której rzeczy wreszcie mogą oddychać, mimo że są czarne.
PS
Sukienka, ta na wierzchu. Zdjęcie ze strony sklepu.


A wiesz, że mam podobnie, gdy kupuję coś dla siebie, musi się odwisiec w szafie, zadomowić, nie ubieram od razu. Ma to swoje wady, bo czasem zapominam co kupiłam 😉
OdpowiedzUsuńDawno nie piekłam, we dwoje mniej się zjada .
jotka
U mnie pamięć pulsuje, pamiętam o wszystkim :P Mój mąż lubi niedzielne wypieki, do nas zawsze ktoś wpada, a jak nie, to mąż zabiera do porannej kawy w pracy.
Usuńuwielbiam cię czytać ale muszę mieć czas. nic co piszesz nie może mnie rozpraszać i zawsze mam zaległości...obiecuję, że uzupełnie wszystko co mi umknęło.
OdpowiedzUsuńMam tak samo.
UsuńŚciskam dziewczyny :P
UsuńCiasto czekoladowe. Aż mi się zachciało znów murzynka :D
OdpowiedzUsuńNo właśnie, to było ciasta czekoladowe, ale dodałam jogurt, tarte jabłka, smażone śliwki, prażone tłuczone migdały i orzechy włoskie. Następnym razem użyję mleko zamiast jogurtu by sprawdzić różnicę :P No i masło, nie używam margaryny do wypiekow, w ogóle u mnie palmowe produkty nie istnieją. Tak, tak, przypomniało mi się, że to przecież Ty byłaś inspiracja do tego ciasta :P
Usuń