wtorek, 16 grudnia 2025

O intensywności

 




O intensywności mówię wtedy, gdy wracam i dom
nie pyta mnie o imię, tylko oddycha ciężarem, jakby wiedział,
że bycie to czasownik zwrotny, i że można się w nim pomylić

o całe życie.

O intensywności. Gdy światło na framudze jest zbyt wąskie,
by coś obiecać, a jednak wystarcza, żeby pamięć
zaczęła się rozmnażać, jak pleśń na pomarańczy,
jak sens, który nigdy nie był planowany, a mimo to wraca,
cykliczny, uparty, jak ciało do oddechu.

Jestem intensywna, kiedy stoję pomiędzy:
między tym, co zostało nazwane, a tym, co jeszcze nie wie, że istnieje.
Między czułością a jej brakiem, też bywa formą bliskości,
jeśli odpowiednio długo się go dotyka.

Życie nie rozwija się liniowo, ono raczej łuszczy się, odpada
warstwami jak farba na balustradzie, odsłaniając inne wersje mnie,
które kiedyś uważałam za błędy drukarskie.
Teraz wiem: to były przypisy.

Intensywność ma smak rzeczy niedopowiedzianych: herbaty
zapomnianej na noc, rękawa, który nasiąkł cudzym ramieniem,
ciszy, która nie jest przerwą, tylko osobnym bytem
o własnej temperaturze.

Czasem myślę, że przemijanie to nie strata,
lecz zmiana gęstości. Że to, co odchodzi,
nie znika, tylko staje się trudniejsze do uchwycenia,
jak zapach po kimś, kto wyszedł bez pożegnania,
ale zostawił otwarte okno.

O intensywności mówię też wtedy, gdy ironia przestaje być tarczą
i zaczyna być sposobem oddychania. Krótkim, poszarpanym,
ale wciąż skutecznym. Bo empatia nie zawsze jest miękka;
czasem ma krawędzie, którymi można się skaleczyć,
jeśli zbliżysz się za szybko.

Widzę cykle tam, gdzie inni widzą koniec: w liściach,
które uczą się upadku, w słowach, które po latach
nagle odzyskują puls, w ciałach, które pamiętają
więcej niż chciałyby przyznać.

I myślę wtedy, że sens nie jest celem, tylko ruchem,
jak chodzenie po kamieniach w rzece, gdzie każdy krok
jest negocjacją między równowagą a ryzykiem,
między wodą a powietrzem.

O intensywności piszę, bo nie umiem jej przeżyć do końca.
Bo życie, jeśli jest czułe, musi też być nieporadne.
Bo wszystko, co naprawdę trwa, robi to tylko na chwilę,
a ta chwila, jeśli dobrze ją usłyszeć, wystarcza,
żeby oddychać dalej.


10 komentarzy:

  1. poeci czują mocniej, bardziej. i potrafią to ubrać w słowa. nie dla wszystkich jest to łatwe.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Życie nie rozwija się liniowo, ono raczej łuszczy się, odpada
    warstwami jak farba na balustradzie, odsłaniając inne wersje mnie,
    które kiedyś uważałam za błędy drukarskie.
    Teraz wiem: to były przypisy."

    Świetne! Jestem fanką Twoich obserwacji - wyrywasz z rzeczywistości fragmenty, które często umykają niezauważone.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten fragment piękny. Mądrość cudowna w całym tekście. Dziękuję, Margot.

      Usuń
    2. O tak. I ja też dziękuję.

      Usuń
  3. Najdotkliwszy, starannie wyłuskany fragment, jak obraz namalowany, zachowam w sobie. Dziękuję Małgoś :*

    OdpowiedzUsuń
  4. ach jak ja kocham takie skrzypce i takie Twoje teksty Margo.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.