Osoby autorskie wykluczają. W imię idei, w imię czystości, w imię literatury, w imię stylu, w imię osobowości, w imię nowych granic i w imię ich zacierania. Od zawsze. Niektóre z wrażliwością aniołów, inne z precyzją kata, większość z kokieteryjnym zdumieniem, gdy to one same staną po drugiej stronie linii.
A przecież linia ta jest ruchoma, mieni się jak atrament na skraju papieru, który nigdy nie wyschnie, bo ręce, co go zapisują, są zawsze wilgotne od zawiści i niepokoju.
W środowiskach literackich ekskomunika, to rytuał równie stary jak samo pióro. Dziś jednak odbywa się publicznie, z komentarzami na marginesach i obwoźnymi trybunałami sądu językowego. Osoby autorskie, tak pełne potrzeby zrozumienia, nie rozumieją niczego, gdy nagle im coś odebrano. Dostęp, głos, uznanie, znajomości. Własną legendę. Prawo do bycia 'w punkcie'.
Ach, w punkt! Obrzydzono Ci to określenie, zbrukano je jak białe płótno, na które ktoś chlapnął tuszem z taniego długopisu i ogłosił to manifestem. Bo literatura dziś jest w punkt, komentarze są w punkt, każde zdanie musi być w punkt, jakby istniało jedno miejsce na kartce, do którego wszyscy mierzą, a kto chybi – ten poza nawiasem.
Ale przecież literatura nigdy nie była w punkt. Była rozlana, przelewająca się przez brzegi, chybiona, dygresyjna, ślepa na zamysł i oślepiająca w improwizacji. Tęgość frazy i kruchość jej rozbicia, oddech między słowami, który mówi więcej niż słowo – to było i jest rdzeniem pisania. A teraz?
Teraz wykluczający, zdumieni, że wykluczono ich samych, budują nowe ołtarze, podpalają stare książki, wzywają do świeżego początku. Jakby historia literatury nie była jednym długim ciągiem wzajemnych eksmisji. Jakby to oni pierwsi odkryli, że język żyje, ale też gnije, i że z tego gnicia rodzi się następny sezon poezji.
A skoro sami wykluczyli się z wydawnictw, skoro nikt nie docenił ich wielkości, skoro redaktorzy są niedouczeni, wydawcy zbyt komercyjni, graficy profani – to wydają sobie książki sami. Tworzą własne światy, gdzie każda fraza jest nietykalna, każde słowo święte, każda okładka dokładnie taka, jaką sobie wymarzyli. I tam, w samodzielnie wzniesionych świątyniach, klęczą nad stertą egzemplarzy, które kupią tylko inni wykluczeni.
Więc nie będzie już w punkt. Będzie obok. Będzie w przerwach, w pęknięciach, w pominięciach. Bo prawdziwa literatura zawsze istnieje tam, gdzie nic nie zostało nazwane.
co to jest osoba autorska? autor, tylko tak słownie udziwniony?
OdpowiedzUsuńprawdziwa literatura istnieje tam, gdzie prawdziwy czytelnik. jeśli ktokolwiek się wzrusza, reaguje, bierze udział, pozwala myślom podążać za tropem - to rzecz jest literaturą. ale to tylko moje mniemanie, a mnie to nawet wykluczać się nie opłaca.
Osoba autorska to neutralne płciowo określenie autora/autorki, używane w duchu inkluzywności. Dla jednych to wyraz postępu, dla innych sztuczna nowomowa. W praktyce oznacza po prostu kogoś, kto coś napisał. A prawdziwa literatura zawsze znajdzie swojego czytelnika – i to on nadaje jej życie, niezależnie od etykiet, kręgów czy wykluczeń.
UsuńOsoba autorska... No, dla mnie w punkt! ;-)
OdpowiedzUsuńLiteratura, potężne pojęcie, sporo może zmieścić. Kosmos? Życie? Bałbym się nazbyt precyzyjnej definicji. Ale ja się nie znam.
No widzisz, a mnie 'w punkt' już uwiera, ale niech będzie – dziś puszczam oko. 😉
UsuńA literatura? Wchłonie wszystko, jeśli tylko znajdzie się ktoś, kto chce w nią wejść. Kosmos, życie, śmiech, gniew, nawet te słowa tutaj – wszystko może się w niej zmieścić. I to jest piękne.
wykluczenie i poprawność jest w punkt(szkoda, bo lubię to określenie). Poza tym Margo, jak zawsze "w punkt" ;-)
OdpowiedzUsuńDziękuję, Teatralna! 😊 Cieszę się, że trafiłam w sedno – i rozumiem żal za tym określeniem. Czasem język zmienia się szybciej, niż byśmy chciały.
Usuń