Słowa. Wchodziłam w nie. Porywałam te trudne i przymierzałam do dłoni, szerokości stóp, upychałam na głębokość miednicy, dwóch łyżeczek do herbaty. Szarpało jak nigdy, kiedy zapisywałam semantyczne ciągi skarg i zażaleń. Chociaż ubrudzone, w listach do przyjaciółki sprawiały wrażenie barwnych ptaków, magentowych kwiatów ścinanych o świcie z klombu przed domem. Dręczą mnie ich nazwy. Sucha ziemia, twardy ląd, od którego zależne jest życie, jakieś bezpowrotne ruchy. Czekanie na słońce, liczby nieparzyste, nieobecność, trudności na literę p.
Strony
środa, 28 października 2020
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

I ja czekam na słońce i najmniejszy promyk nadziei...
OdpowiedzUsuńWszystko co złe kiedyś minie..
OdpowiedzUsuń