sobota, 18 kwietnia 2020

Obrazy z pamięci




Śnieżyca albo udawanie, chociaż nagle pojawia się deszcz i w środku niczego milczymy. Zastanawiałam się, czy mam coś do powiedzenia. Właściwie nie wiem, kim jestem. Takie to kobiece. Wracam do domu, odkładam torbę na półkę, zdejmuję buty, wycieram twarz. Zrób mi herbatę, podaj książkę, zeszyt, co chcesz. Stoimy na przeciwko siebie i głupiejemy albo mądrzejmy, jak kto woli. Chrzanię codzienność, nie będę sprzątać i odkładać na miejsce rzeczy. One nie mają miejsca, tak jak ja nie mam. To nie jest moja łazienka, półka na książki, moje życie. Pył. Coraz trudniej odróżnić dzień od nocy. Właściwie nie mam nic więcej do dodania, do oddania. Nudzę się. Robię to otwarcie. Nie wiem, czego potrzebuję. Wypluwam kamień za kamieniem. Opuszczam poranki. Czekam, aż będę widzieć, wiedzieć. Otaczam się bólem, czekoladą bez oleju palmowego, odfiltrowaną wodą, kawą plujką, warzywami z grilla. Pozabija nas przyszłość bez jakiegoś szczególnego wysiłku. Wdeptuję ściężkę do oceanu, we śnie koszmary mijają się z obrazami wypatrzonymi przez dziurkę od klucza. Wypatroszone. Przeciśnięte jednocześnie. W uniesionej trawie... Te momenty pominę, bo jeszcze nie wiem zbyt wiele o miłości, kochaniu, o tym, co działo się tu i tam. Intymność pakuje się w moje rzeczy, jest wejściem w kolejną dekadę, powtarzającym się schematem. Przejeżdżam palcem po wystającej linii, odcina się, milczy. Mogłabym na chwilę przestać czytać. Nie wiem, czy jest coś gorszego od zaprzestania, odwracania się, przymykania oczu, wmawiania sobie, że mąż bije żonę, bo taka jest tradycja. Upust krwi. Na końcu drogi. Nie wiem, co mogłoby być dalej, skoro wszyscy mówią, że właśnie nadciąga koniec. Że nie trzeba już wstawać, trwonić światła, mleka, chleba. Tylko leżenie w środku. Dotyk. Dzień za dniem. Wracam zatem do imion. I chociaż niewiele pamiętam, a może nie chcę pamiętać, widzę twarze kobiet. Z jakiegoś powodu krwawią, rozplatają warkocze, więzy. Przechodzą z chodnika na jezdnię. Przecinają białe linie, wyglądają na przestraszone, opowiadają bujne historie. Dziewczynka przynosi ulubioną zabawkę. Na dobranoc nucę jej piosenkę o Hance. Mężczyzna odnajduje czego szuka, zakreśla kółka na stoliku nocnym, pociesza się zaplanowanym urlopem. Ścieżka biegnie pomiędzy drzewami i znika. Patrzę w punkt, który umyka i zastanawiam się, czym jest bezruch, cisza, która nie jest ciszą. Ludzie często się mylą, ale udają, że zawsze potrafią usunąć problem, naprawić każdy dzień, zapchaną rurę. Tak naprawdę, to nie wiem, kto pierwszy powinien przerwać milczenie, wyrwać się z tego układu.

Ostatni dzień roku. Dopiero w rozgrzanym pokoju z dala od ruchu ulicznego udaje mi się odpocząć. Przeglądam katalogi z wystaw, myślę o wartości obrazów, o docenianiu innych albo o ich przecenianiu. Nawet widzę, jak układam się w ich oczach, kiedy przechadzam się alejkami w wyznaczonym kierunku. Nie potrafię się zachwycić, zapamiętać. W podrasowanym stylu nie odnajduję tego, co odnajdują kuratorzy. Nie wystarcza mi stwierdzenie, że to jest dobre. Nie mam czasu na rozgrywki, zagrywki, kompletne błaźnienie się w wymyślnych historyjkach, filozoficznych dyrdymałach. To nie jest super, nawet jeśli trochę śmieszne. Nudzi mnie mówienie, nazywanie, rozumienie albo niezrozumienie. Nudzą mnie faceci, którzy tłumaczą gwałty reżysera, producenta, aktora, księdza. Nudzą mnie prawie perfekcyjne kobiety, które rozmyślają się szybciej niż myślą i wybuchają głośnym śmiechem. Drażnią lewicowe aktywistki. Pokazują się dla pokazywania, nic z tego nie wynika i nie wyniknie. Chcą wyjść na pewniaczki, wychodzą na swoje. Zawsze ktoś czuje się skrzywdzony, na innym poziomie, mądrzejszy, ładniejszy, ciekawszy. Uderza tak samo głową o beton jak pozostali. Nie wierzę chichoczącym i wszystkowiedzącym. Wyprostowuję ramiona nad kolejną książką o konstruktywizmie rosyjskim i układam geometryczne kształty. Dzień za dniem. Kompletnie nie w moim guście. Potrafię dotrzymywać tajemnic, więc zwierzają mi się z sekretów. Kilka razy z rozmysłem ciężko wzdychałam, wyciągałam z kieszeni kartki i zapisywałam drobnym pismem, okrągłymi literami, ciut większymi od pozostałych. Po prostu nie pasuję do tego świata, życia, szajsu. Zastanawiam się, ile jeszcze rozmów, niepotrzebnych kłótni, letnich dni musi minąć, bym poczuła upragniony spokój. By praca była pracą, a cała reszta tym, czym powinnać być. Owszem, zmieniam się, nie wypowiadam zbyt wielu słów. Sprawdzam jedynie czujność dni, czułość. I żałuję. Codziennie. Płaczę nad chorymi dziećmi, bezdomnymi zwierzętami. Przykro mi się robi, kiedy podchodzę zbyt blisko. Wydaje mi się, że bycie nieustannie dowcipnym albo odwrotnie - poważnym, musi wiązać się z ogromnym wysiłkiem. Przyglądam się koronom drzew, szukam ptaków, jakiegoś znaku. Trudno obrać jakiś kierunek, kiedy kolejny dzień znaczy coraz mniej i mniej. Kiedy kolejnego dnia słucham i czytam więcej bzdur i kłamstw. Przecieram oczy i pragnę zniknąć w pobliskim lesie, w nadciągającej ciemności, w kieszeni ukochanego, w szklanej kuli. Zaszyć się w refleksach chwili, w czymś dobrym.

Grudzień 2019

5 komentarzy:

  1. Dlatego trzeba mieć pewien dystans, swój rozum i rozważać informacje oraz iść swoją drogą:)

    OdpowiedzUsuń
  2. napisałaś to w zeszłym roku!!
    co teraz?
    ktoś ciebie wysłuchał. Nas.

    OdpowiedzUsuń
  3. Znam doskonale to poczucie braku znajomości siebie. Niefajne toto.

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny, przejmujący tekst... Poetycki, czysty i pełen emocji jednocześnie... Bardzo mi bliskie... Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.