niedziela, 9 października 2016

Traktaty i trakty



Kiedy okazało się, że idę do przedszkola, babcia pojechała ze mną do cioci Poli, aby uszyła dla mnie kilka sukienek. Czułam się wyjątkowo i zawsze po swojemu. Później już w szkole, wymyślała lekkie rzeczy pod fartuch. Pamiętacie stylonowe z białym kołnierzem?! Niestety, nastąpił fatalny moment i przestała szyć, a ja wskoczyłam w jeansy i glany. 

Nie lubię chodzić po sklepach, nie znoszę przebieranek w przymierzalni. Nie lubię tłumów, natrętnych spojrzeń sprzedawców. Teraz, kiedy o tym myślę... ciocia Pola zaszczepiła we mnie miłość do wyjątkowych, naturalnych rzeczy. Poczucie harmonii, własnego stylu, piękna. Ubrania, które chętnie noszę, muszą być uszyte z lnu. Jednak, czasami dobór tkanin układa się tak, że wystarczy tylko część materiału z włókien, które tak umiłowałam. 

Myśliwski w „Traktacie o łuskaniu fasoli” opisał niezwykłą scenę: „Wigilia zawsze zaczynała się od zapalenia świeczek na choince. Potem matka nakrywała stół białym obrusem i znosiła potrawy. A potraw było zawsze dwanaście. Najpierw łamaliśmy się opłatkiem, a potem wszyscy siadali wokół stołu. Każdy miał już stałe swoje miejsce przy Wigilii. I każdy starał się tak jeść, żeby, broń Boże, nie poplamić obrusa. Nawet dziadek po troszeczku nabierał na łyżkę, żeby mu nie kapnęło, nie wypadło. I jak nigdy jadł cichutko, nie siorbał, nie mlaskał. Aż go babka chwaliła, nie mógłbyś tak co dzień jeść.

O, to nie był taki zwykły obrus. Jedynie do Wigilii go matka nakrywała. Sama go utkała, wyszyła, z przeznaczeniem, że tylko do Wigilii. A każdy wiedział, ile staranności ten obrus matkę kosztował. Len sama zasiała, i to na najlepszym kawałku ziemi. Zasiała rzadko, aby do każdej łodygi słońce dochodziło. Potem co dzień wychodziła patrzeć, jak rośnie. Ledwo jakiś chwaścik zaczynał z ziemi wystawać, dobierała mu się od razu do korzenia. Tak że gdy ten len urósł, dorodny był, mówię panu. Sama go sierpem zżęła. O, właśnie, nie wiedział pan, co to sierp. Sierpem dlatego, żeby nie połamać łodyg. Potem długo sechł na słońcu, potem jeszcze w stodole. A potem związany w wiązki, zabity kołkami, moczył się w Rutce, gdzie najbystrzejszy nurt. I znów sechł. Potem na międlicy go wymiędliła. Ale już nie będę panu objaśniał, jak wyglądała taka międlica. W innych stronach mówił się paździerznica. Grubsze czy krótsze włókna od razu odrzucała. A ile potem było jeszcze przebierania, czesania, nie wyobraża pan sobie. Aż zostawała sama pajęczyna. Tak babka mówiła przy każdej Wigilii, że z pajęczyny ten obrus utkany.

Płótno kiedy już utkała, kilka razy prała i suszyła, prała i suszyła. A było słońce, w słońcu rozścielała na trawie, aby jeszcze bardziej zbielało. Choć trudno sobie wyobrazić, żeby mogło być bielsze. Całe niemal lato, dzień w dzień, jeśli tylko było słońce, w tym słońcu rozścielała. I dopiero zimą zabrała się do wyszywania. Miał być gotowy na tę Wigilię, ale wyszywała i wyszywała, tak że był gotowy dopiero na następną. Nauczyła przy tym obrusie i Jagodę, i Leonkę wyszywać. Cały rajski ogród wyszyła. Bogatszy niż się nieraz na obrazkach widzi.

Dziadek gdy już sobie podjadł, lubił wodzić palcem po tym wyszywaniu matki.

- Tam będziemy - mówił. - Popatrzcie, tam będziemy.” 

Właśnie tak czuję. Naturalny materiał, słońce i cisza.

Karinę poznałam przez Darka, Darka przez poezję, poezję dzięki umiejętności czytania ze zrozumieniem. Jednak nie samą poezją człowiek żyje. Wysłałam Karinie moje zdjęcia, wymiary... i właściwie, od tego się zaczęło. 

Tam będziemy


Ubrania: KOIRE   KOIRE FB

FOTO: Małgorzata Cwynar-Owsiak (Owsiak Photo)








Bluzka uszyta z białej tkaniny - LUCA odmiana D - delikatna. Specjalne przeszycia, różnice w długości, naturalne wykończenie. Przy noszeniu, uczucie lekkości. Bardzo wygodna, a zgniecenia, które powstają dodają jedynie uroku. Czarne spodnie z wiskozy z obniżonym krokiem, oczywiście z kieszeniami. Karina pamięta, żeby we wszystkich moich rzeczach były kieszenie, taki fiks. Paddy wścieka się na mnie, że chodzę z krokiem do kolan, ale ja się tak dobrze czuję, właśnie tak. Nasze spotkanie w górach było wyjątkowe. Mnóstwo światła, uśmiechów i rozmów. Każda z nas ma coś na sobie, coś do opowiedzenia.




13 komentarzy:

  1. Rzeczywiście niezwykła ta Wigilia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnie, że samą poezją człowiek żyć nie może, a kobiecie co jakiś czas potrzebne nowe odzienie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Niby nic takiego, a jednak :) i okazuje się że rzeczy też mogą być poezją.

      Usuń
  3. Jesteś niemożliwa: moja ulubiona książka, ukochana tkanina i umiłowany Sting (post obok).
    Mam tak z dzianiną - moja mama robiła nam sweterki na drutach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspaniale, noszę lniane ubrania z ogromną przyjemnością. Nie jest mi wszystko jedno, tak samo jest z muzyką i książkami. Dobrze jest żyć świadomie :) Uściski

      Usuń
  4. wszystko to lubię...bardzo i Myśliwskiego, i len )))
    dziękuję za info Margo ))

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach, uwielbiam len i Myśliwskiego.
    Świetne zdjęcia eM:**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) tak, będą jeszcze inne fotki :)

      Usuń
  6. Zadumałam się nad tym obrusem.....Ty to potrafisz!
    Od teraz zupełnie inaczej patrzę na len :)

    OdpowiedzUsuń

Moderowanie komentarzy, po zatwierdzeniu pojawią się na blogu.