poniedziałek, 10 października 2016

Gniazdo



Zerkając do statystyk, widzę, że bardziej pociąga Was moda niż poezja. Dzisiaj jednak chciałabym podzielić się z Wami opowieścią Tadeusza Baranowskiego. Pierwsza rozmowa z cyklu, która ukazała się w sZAFie. Tadeusz, wybitny artysta malarz, ekscytujący człowiek i przyjaciel. Jak to życie się układa. Właśnie dzięki blogowaniu poznałam jego córkę Agnieszkę i jej męża Kamila. Spotkamy się za kilka dni w Warszawie i nie ukrywam, że zaczynam przeżywać stres, tremę i ogromną radość. Tak właśnie działa u mnie tęsknota za ludźmi, którzy są życzliwi, wspaniali, niezwykle interesujący.



Gniazdo


Małgorzata Południak: Zapytałeś mnie w jednej z ostatnich rozmów, czy jestem szczęśliwa. Pomyślałam wtedy, że to pytanie jest dobrym wejściem w nasz dialog dla „sZAFy”. Tadeuszu, czy jesteś szczęśliwy?

Tadeusz Baranowski: Zabiłaś mi tym pytaniem niezłego klina, mam za swoje, w zasadzie jestem osobą depresyjną. I akurat w tym momencie nie przeżywam szczęścia. Dzieje się tak ze szczególnych powodów, ale sama to zauważysz w rozmowie. Gdy zadawałem Ci pytanie, czy jesteś szczęśliwa, pytałem nie o to, czy jesteś osobą ogólnie szczęśliwą. Ale akurat w tym właśnie momencie oglądałem Twoje zdjęcia, które zrobiłaś u siebie nad brzegiem oceanu. I patrząc na te fotografie, pełne piękna przyrody, pomyślałem sobie: czy jesteś (tam) szczęśliwa? Uczucie szczęścia nie jest stałym stanem i nie wydaje mi się, aby byli tacy ludzie, którzy znajdują się w nim bezustannie i są euforycznie szczęśliwi. U mnie są to jakieś, zupełnie czasem nieprzewidziane, w sumie krótkie momenty w życiu, które ten stan wywołują. I myślę też, że bardziej od chwil szczęścia zapamiętujemy chwile nieszczęść, łatwiej jest je przywołać w pamięci (albo to jest taka cecha mojej osobowości). Stany szczęścia oczywiście też nie są mi obce. Przeżywałem różne momenty. W życiu rodzinnym, zawodowym, w stanach upojenia miłosnego i upojenia alkoholowego. Najbardziej jednak utkwiły w pamięci te mało, zdaje się, ważne chwile, w których doświadczałem szczęścia. W kontaktach z naturą, która mnie fascynuje, poraża swoim pięknem i przeraża bezwzględnością. Jestem w gruncie rzeczy samotnikiem i czuję się szczęśliwy, gdy patrzę o północy w niebo i łapie mnie burza, gdy płynę samotnie wpław przez środek jeziora. Z wiekiem staję się coraz bardziej wrażliwy i coraz mniej szczęśliwy.

M.P.: Tak, napisałam Ci wtedy o uldze, bo to jest rodzaj uczucia, który powoduje, że nie ma we mnie strachu i sprawia, że przez chwilę jestem szczęśliwa. Pomysł tej rozmowy kiełkował w mojej głowie od dawna. Kiedy pisałam tekst o Twoich obrazach do „eleWatora”, wiedziałam, że muszę dopytać o kilka szczegółów. I mimo że na wiele spraw patrzymy podobnie, zastanawiam się, czy ten dystans do życia, który masz w sobie, towarzyszył Ci od zawsze. Czy miewasz dni, w których czujesz, że coś wisi w powietrzu? Co wtedy robisz z tą pęczniejącą wokół siebie rzeczywistością?

T.B.: Jestem z pokolenia końcówki drugiej wojny światowej i okupacji. Wiele razy zastanawiałem się, czy wywarło to jakiś wpływ na moje życie. Czytałem wypowiedź pewnej brytyjskiej antropolog, która twierdziła, że istnieje w nas coś takiego, jak pamięć genetyczna. Wszystkie emocje i przeżycia pokoleń zostają w tej pamięci zapisane. Według tej teorii moje pokolenie ma genetycznie przekazane przez rodziców wszystko to, co stało się ich udziałem. Moja cała rodzina, ojciec, matka, dziadek, dwóch braci ojca, przebywała podczas okupacji w obozach koncentracyjnych. Dziadek i stryj już stamtąd nie powrócili. Ojciec całą okupację spędził w obozach – na Majdanku, później Flosssenburgu. Wykazał się niezwykłym hartem ducha i siłą woli przetrwania. Opowiadał o tym pobycie niewiele i pusty śmiech mnie ogarnia, gdy czytam teraz o represjach i cierpieniach niektórych bohaterów okresu powojennego. Niczego oczywiście im nie ujmując. Paradoksalnie zaraz po wojnie, moi rodzice (ponieważ nie mieliśmy gdzie mieszkać), dostali przydział na mieszkanie w baraku na Majdanku, znajdującym się w odległości pięciu metrów od drutów kolczastych tego obozu. Był to barak, w którym w czasie wojny mieszkała obsługa SS. Nie tylko moja rodzina tam mieszkała, gdyż mieszkaniem nazywało się wtedy jedno z wielu pomieszczeń tego baraku. Ja, jako małe dziecko, widziałem ten obóz z bliska. Szczątki i pozostałości nie były jeszcze wtedy uporządkowane i zarchiwizowane tak jak dzisiaj, w formie muzeum fotograficznego. Było konkretnie. W krematorium wciąż leżały nie do końca spalone zwłoki ludzkie. W barakach tysiące lalek i misiów, zabawki pozostawione przez dzieci. Barak – przetwórnia ciał ludzkich na mydła, abażury z ludzkiej skóry, barak – wypełniony tylko okularami lub włosami ściętymi z głów kobiet. Oglądałem to jako małe dziecko, gdyż prawdę mówiąc, nikt na mnie nie zwracał uwagi. Tylko w nocy strażnicy obozu, z latarkami i łopatami szukali zakopanego pod tymi barakami złota. Pozostawionego przez więźniów obozu, mających nadzieję, że się nim kiedyś wykupią z rąk oprawców. Nie byłem więźniem, ale chyba nie bez powodu całe życie mam sny, że w tych obozach jestem i bezustannie z nich uciekam. Więc coś jest „na rzeczy”. Dzisiaj, gdy widzę, co się wokół dzieje, zastanawiam się, do czego wy, ludzie, dążycie? Gdy jako siedemnastoletni chłopiec, nic o życiu niewiedzący, dostałem się na ASP w Warszawie, zamieszkałem w akademiku w jedenastoosobowym pokoju. Z mężczyznami dużo starszymi ode mnie. Bardzo chciałem im we wszystkim dorównać, a oni szybko mnie nauczyli, jak należy „korzystać z uroków życia”. Te sześć lat, bardzo radosnych lat bycia studentem także wywarło wielki wpływ na moje późniejsze dorosłe życie. Nie odpowiadam Ci może na temat, ale czy ja wiem… przecież ta historia wpłynęła na moją tożsamość. Zawsze starałem się mieć dystans do życia, a przede wszystkim do siebie. A nawet przyznam się, że miałem lekceważący stosunek do siebie. Teraz, na skutek choroby, życie mnie lekceważy i nie potrafię się z tym pogodzić. Spieszę się na miarę moich obecnych możliwości i żyję tylko od obrazu do obrazu. Mam chwile upadku wiary w sensowność moich działań, ale się z tego podnoszę i zaczynam od nowa. To oczywiście banalne, ale gdy stoję nad obrazem, wszystkie inne problemy przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.


M.P.: Nie można mieć dobrego samopoczucia po takich przeżyciach. Żywy odbiór tego wszystkiego musi odbijać się w twórczości. Kiedy oglądam Twoje obrazy, formują się w mojej głowie przedstawienia, widziałam je wcześniej. Pamiętam, jak kiedyś moi rodzice wrócili z urlopu i przywieźli albumy z Auschwitz. Były tam fotografie, które noszę w sobie do dzisiaj. I w Twoich obrazach siła wyobraźni miesza roślinność ze wspomnieniami, uderza moc odbioru. Właściwie to większość ludzi widzi w Tobie rysownika, autora komiksów. To trudne, przebić się z tego postrzegania? 

T.B.: Kilka lat temu, gdy postanowiłem zakończyć rysowanie komiksów i powrócić do malarstwa, wiedziałem, że nie będzie łatwo odciąć się od tej mojej zakończonej działalności. „Urwać” się od niej definitywnie. Pomimo iż moje komiksy ukazywały się wtedy sporadycznie i praktycznie na rynku nie istniałem, nadal miałem pewną liczbę fanów, którzy nie wierzyli, że to koniec. Że przestałem je pisać i rysować. http://mgzn.pl/artykul/698/tesknota-za-malarstwem

Miałem nawet taki plan, że moje obrazy, na nowo malowane, zacznę pokazywać pod jakimś pseudonimem, aby miniona działalność nie miała wpływu na opinie o malowaniu. Ale przy okazji pierwszej, zresztą niezbyt udanej, wystawy ktoś na ten temat napisał w internecie i taki pomysł spalił na panewce. Czyli maluję jako ja, Tadeusz Baranowski – znany nadal z tego, że onegdaj rysował i pisał historyjki obrazkowe. Zresztą wówczas mało kto traktował poważnie tę wykonaną przeze mnie woltę i moi fani traktowali moje malowanie lekceważąco i z przymrużeniem oka. Jako fanaberię „niespełnionego artysty. Potrzebowałem kilku lat, aby zaczęto to, co teraz robię, traktować poważniej. Powstała po pewnym czasie zupełnie nowa grupa ludzi, których malarstwo interesowało bardziej niż komiksy, i zaczęto doceniać to, co teraz robię. Domyślam się jednak, że wiele lajków, które obecnie otrzymuję, pokazując moje obrazy na FB, pochodzi od fanów komiksowych. Z tak zwanej czystej sympatii do starych komiksów, a nie do aktualnie malowanych obrazów. Jednak wielu z nich przestało się już interesować tym, co aktualnie robię. I dla jasności: z tymi komisami to było tak. Gdy byłem dzieckiem, praktycznie, poza jakimiś paskami komiksowymi na ostatniej stronie lokalnej gazety, dostępu do nich nie było. Owszem, wycinałem, zbierałem i wklejałem je do zeszytów. To były dla mnie takie rysunkowe krainy fantazji. Chodziłem już wtedy do szkoły muzycznej, a ciągnęło mnie raczej w kierunku nauk przyrodniczych i rysowania. Rysowałem na lekcjach w szkole, na ławce miałem ustawione butelki z kolorowymi tuszami i o dziwo żaden nauczyciel mi tego nie zabraniał. Niektórzy nawet uważali, że to mi pomaga w nauce. W liceum w Lublinie zaczął mnie także interesować jazz tradycyjny i grałem w szkolnym zespole ragtime’y na pianinie. Pojawiły się wtedy ponownie komiksy. Ale to już nie na temat.

M.P.: Zaraz zaraz, jak to nie na temat?! Czyli najpierw grałeś na pianinie? To niezwykły zestaw: muzyka i rysowanie. Opowiedz, jak to było. I jeszcze jedno: to, że publiczność się zmienia, jest czymś naturalnym. Jestem fanką Twoich komiksów i malarstwa, wydaje mi się, że zbyt kategorycznie odnosisz się do ugruntowanej pozycji rysownika. Jak napisałeś, tamten rozdział się zakończył, przyszedł czas na malowanie. Twoje obrazy są rozpoznawalne i nie łączyłabym tej niechęci odbiorców z niczym innym, jak tylko z ogólnym chaosem w galeriach w Polsce, z brakiem krytyki i zupełnie innym stanem świadomości ludzi. Myślę, że każdy malarz styka się z podobnym odbiorem i ze ścianą niezrozumienia. Trudno oczekiwać od ludzi, by dali się porwać sztuce, skoro zajmują się głównie sobą. Nie masz jednak wrażenia, że niezależnie od czasów malarz zawsze stykał się z grupką ludzi, którzy rozumieli i podziwiali jego twórczość? Masz w sobie uczucie niespełnienia, z czego to wynika?

T.B.: To znowu zacznę „od tyłu”. Muszę najpierw powiedzieć, skąd się wziąłem w tym Zamościu. Rodzina mojego ojca pochodziła z okolic Wilna, a mój dziadek był zawodowym podoficerem Wojska Polskiego. Tuż przed samym wybuchem wojny garnizon dziadka został przeniesiony do Zamościa, a wraz z wojskiem wędrowały za nim całe rodziny. Tak więc wojna zastała rodziców w Zamościu i tu się urodziłem. Po wojnie, tam gdzie wcześniej mieszkali, było już ZSSR i nie mieli do czego wracać. Nastały czasy stalinowskie i tu można by było to i owo opowiedzieć, ale miało być o graniu i rysowaniu, czego wciąż nie mogę zacząć. W Zamościu ojciec zaczepił się na jakiś czas jako nauczyciel w Liceum Sztuk Plastycznych, ale trwało to krótko i zaczął dojeżdżać do Lublina, by pracować i uczyć w tamtejszym liceum. Była nędza. Więc robił, co mógł. Wracając jednak do tematu grania i rysowania. Pomysł, abym został sławnym pianistą, nie narodził się w głowie pięcioletniego chłopca, ale w głowie mojego ojca. W wieku pięciu lat wolałem raczej biegać po łąkach ze starszymi kolegami, wrzucałem naboje karabinowe (których wszędzie było pełno) do ogniska. Naboje ładnie eksplodowały, a my z gałęziami przypominającymi pepesze, prowadziliśmy między sobą zabawę w wojnę. Jeszcze przed rozpoczęciem nauki w szkole podstawowej zacząłem pobierać prywatne lekcje fortepianu. Nie miałem przecież w tym wieku jakichś określonych zainteresowań i do nauki grania na pianinie zostałem przymuszony. To mój ojciec postanowił, że będę wirtuozem. Był to pierwszy podstawowy błąd pedagogiczny popełniony przez mojego ojca, który przez całe życie znany był przede wszystkim z tego, że był właśnie znakomitym pedagogiem, wielbionym przez uczniów. Pierwszy nauczyciel muzyki był wariatem. Bezustannie wrzeszczał podczas lekcji nad siedzącym przy pianinie dzieckiem. Do dziś pamiętam jego nazwisko, chociaż to jest u mnie prawdziwym ewenementem, pamiętać czyjeś nazwisko sprzed lat. A w tamtych latach (koniec lat czterdziestych) największymi wydarzeniami w Polsce były Konkursy Chopinowskie. Transmitowane od rana do wieczora przez radio. Zatem na okrągło leciało z radia: „Ukochany kraj, umiłowany kraj, ukochane i miasta i wioski…” oraz występy Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”. I ponownie transmisje lub retransmisje z Konkursu. Miałem w domu pianino, w drzwiach pokoju zamontowaną huśtawkę i wyglądało to tak: pół godziny ćwiczenia na pianinie, piętnaście minut huśtawki, pół godziny pianina, piętnaście minut huśtawki. I tak przez cały dzień. Wtedy szczerze znienawidziłem ten instrument. Chociaż dużo później, gdy grałem jazz, dostarczył mi wielu chwil prawdziwej euforii i radości. Ale to osobna opowieść. Niebawem przenieśliśmy się do Lublina (najpierw jednak na ten Majdanek) i zacząłem tam chodzić, do normalnej podstawowej szkoły muzycznej, gdzie dalej pobierałem nauki gry na fortepianie. A jakże! Teraz dopiero zacząłem się nieco interesować sztukami pięknymi (oprócz nauk przyrodniczych) i zaczynałem coś nieudolnie rysować. Ojciec w tym czasie całkowicie był pochłonięty szkołą i rzeźbieniem. Tato był moim zainteresowaniom plastycznym całkowicie przeciwny, traktował je lekceważąco i nadal wierzył, że zostanę wirtuozem fortepianu. Był cały czas przeciwnikiem, abym kiedyś został artystą plastykiem. Może tu się skrywają częściowo odpowiedzi na pytania dotyczące niespełnienia i szczęścia?! O zrozumienie mojego malarstwa, lub też o jego niezrozumienie, nie mam do nikogo żalu. Mogę mieć pretensje jedynie do siebie. Po studiach miałem już spore sukcesy, dużo wystaw. Pojawiały się bardzo dobre recenzje z wernisaży. A wystawiałem w Zachęcie i w jej archiwach znajdują się nadal moje obrazy. Józef Szajna, ówczesny dyrektor Teatru Studio, kupował ode mnie obrazy do znajdującej się przy teatrze galerii, podobno wciąż tam są. Pewne wydarzenie z lat osiemdziesiątych spowodowało, że odszedłem od malarstwa. Do przydzielonej mi na Pradze pracowni dokonano włamania i zniszczono wszystkie znajdujące się tam moje obrazy. Zostały połamane, umazane fekaliami i pocięte ostrymi przedmiotami. Nie wróciłem już do tego pomieszczenia, nie próbowałem tego ratować, a że byłem młodym człowiekiem, odnoszącym jakieś „sukcesy”w dziedzinie tworzenia komiksów, łatwiej mi było pomyśleć, że mam jeszcze czas i do tej pracy twórczej wrócę. To była zadra, która tkwiła i tkwi we mnie właściwie przez całe życie. Teraz, malując, tak jak kiedyś rysując komiksy, nie robię tego z myślą o sukcesach komercyjnych. Mam już tak mało czasu. I chyba bezustanny żal do siebie, że tak pokierowałem życiem zawodowym. I bezustanny niepokój, czy jeszcze coś mi się uda zrobić. Tak naprawdę nigdy nie byłem z siebie zadowolony. To wyniesione z domu poczucie niedowartościowania. Wtedy właśnie przestałem malować i nie ma co się dziwić, bo nic nie trwa wiecznie.

M.P.: Niezwykłe. To niezadowolenie z siebie mam i ja. Zastanawiam się, czy to nie jest właśnie wynik tego, że nasi niezadowoleni ze swoich osiągnięć rodzice przenosili na nas niespełnione ambicje. Co za tym idzie, każde niespełnienie rodziło poczucie winy, więc te ciągłe ucieczki w różne dziedziny sztuki przynosiły chwilową ulgę, zagłuszały kłębiące się w głowie powinności. Po prostu emocje, od których się uzależniasz. I szukasz siebie, a ciągle łapiesz się na tym, że tego się od Ciebie oczekuje. Czy rysowanie i pisanie komiksów oznaczało umiarkowane zainteresowanie malarstwem? Czy to jednak brak autorytetów, jakiejś siły, która przytrzymałaby Cię przy sztaludze? Wiemy z biografii wielu artystów, że jednak bez tego wsparcia, mecenatu ostatecznie ludzie podążali i wikłali się w zajęcia niezgodne ze swoimi upodobaniami. Zapętlone to wszystko, ale przecież artysta to człowiek wiecznie pobudzony, nerwowy, żyjący w relacjach z pięknymi ludźmi i – niezależne od zwykłej presji – realizujący się. Masz niezwykły talent, jesteś wspaniałym człowiekiem; kiedy patrzysz wstecz, jak siebie widzisz w tym wszystkim? A może jednak miałeś przed sobą autorytet, który wskazywał Ci drogę?


T.B.: Rysowanie komiksów w Polsce, odkąd pamiętam, zawsze było czynnością niezbyt chlubną dla „prawdziwego” artysty. Pomimo iż w latach siedemdziesiątych komiks drukowany w „Świecie Młodych” był głównym wabikiem, dla którego młodzież kupowała tą gazetkę. Stosunek do komiksu był zawsze lekko pogardliwy i nawet teraz, gdy sporo się już w tej materii zmieniło, użycie określenia „komiks” lub „komiksowy” jest sposobem na wyrażenie lekceważącego stosunku do na przykład recenzowanej literatury i deprecjonuje jej wartość. Takie uwagi obserwuję często czytając wywiady, felietony pisane przez znane osoby, uznanych recenzentów, felietonistów. Na przykład: „Ta powieść [sztuka, obraz] to jest właściwie taki komiks…”. Komiks, czyli coś gorszego. Moich komiksów nie chciano tłumaczyć na języki obce. Mówili: „Proszę pana, ja nie czytam komiksów…”. Pewnie. Komiks to nie to samo, co Miłosz czy Szymborska. Byłem, i nadal jestem, całkowitym amatorem, jeśli chodzi o rysowanie komiksów. Niewiele o nich wiedziałem, nie było do nich dostępu. Na ASP komiksami się nie interesowałem, jak już, to tylko próbowałem grać na fortepianie, czasem przypadkowo grając z renomowanymi zespołami lub też przez pewien czas akompaniując w powstającym kabarecie Macieja Zembatego. Zbaczam z tematu, ale przecież tylko sobie gawędzimy. Na ASP także dostałem się jako chłopiec bez przygotowania plastycznego. I mój pierwszy profesor, Andrzej Jurkiewicz, wspaniały pedagog, mógłby być nazwany moim prawdziwym mentorem. Gdyż to on szczerze wierzył, że będzie ze mnie wielki malarz i przez pierwsze dwa lata studiów wpływał na kształtowanie mojej plastycznej świadomości. To on obudził we mnie tego prawdziwego ducha twórczego i uwolnił od stereotypowego myślenia. Mogę teraz powiedzieć, że jako malarz zawiodłem profesora. Po ukończeniu studiów malowałem intensywnie i, jak pisałem wcześniej, brałem udział w licznych wystawach. W komiksy wkręciło mnie życie, potrzeba pracy i utrzymania rodziny, wypadek z włamaniem do pracowni. I tak do tego doszło. Zaprojektowałem pierwszą kolorową szatę graficzną „Świata Młodych” i przyjęli mnie do roboty. Rozpocząłem tam pracę jako grafik. Gdy zacząłem pisać i rysować swoje komiksy, miałem do nich stosunek kompletnie luzacki i podchodziłem bez nabożeństwa do tego, co robię. Bardzo mnie to wtedy bawiło. Żartowałem sobie ze wszystkiego, przede wszystkim z komiksu. Denerwowało mnie sztampowe podejście rysowników do tego gatunku. Te napompowane „gierojszczyzną” postacie. Nie byłem dobrym warsztatowo rysownikiem komiksów, więc raczej bawiło mnie to, co robiłem ze scenariuszami. Pisałem absurdalne scenariusze i nie wiem, jak to się stało, że ludzie to kupili. Nikt mi się wtedy nie wcinał w moją pracę, co wyszło tylko na dobre. Myślę, że stało się tak głównie dlatego, że „Świat Młodych” potrzebował trzech odcinków komiksu w tygodniu i nie było zbytnio dużo czasu na dywagowanie nad wykonaną pracą. Powiem też szczerze, że chyba i redaktorów to niewiele interesowało, chcieli mieć komiks na czas, i tyle. Nie wiem, czy się jakoś specjalnie wczytywali w scenariusze. Rysowanie i pisanie szło mi wtedy łatwo. Podkpiwałem sobie wówczas w tych historyjkach z samego siebie i z pseudobohaterów opowieści komiksowych. Na malowanie miałem więc coraz mniej czasu, bo nagle pojawiło się wielkie zapotrzebowanie na historyjki, a ja uznałem, że mam przed sobą całe życie, żeby do malarstwa wrócić. Uznawałem to za chwilową przerwę w twórczości malarskiej, do której już za chwilę, już zaraz – wracam. O malowaniu cały czas myślałem. I miałem z powodu odwlekania powrotu do niego coraz większe kompleksy. Ale kula już się z górki toczyła. Któregoś dnia, w latach osiemdziesiątych, idąc ulicą w Warszawie, natknąłem się na kolegę ze studiów, dzisiaj uznanego już artystę. I ten artysta powiedział wtedy, patrząc mi w oczy z ironiczną satysfakcją, mniej więcej tak: „I cóż to, kolego, miało się się takie wielkie «zadęcie» bycia artystą, a skończyło się na rysowaniu komiksów?”. To był bolesny policzek. Twórczość tego kolegi pamiętam jeszcze ze studiów. Polegała ona z grubsza na kopiowaniu w zaciemnionym pomieszczeniu, z rzutnika na płótno, starych czarno-białych fotografii. Przyglądałem się mu wtedy podczas tej pracy i miałem wrażenie, że on sobie robił ze wszystkich „jaja” i że doskonale o tym wiedział. Te kopiowane ze zdjęć obrazy przyniosły mu uznanie „znawców” malarstwa, sławę i pozycję uznanego artysty. Zacząłem więc unikać środowiska artystycznego, jako ten gorszy. Ja, ze swoimi historyjkami obrazkowymi, byłem raczej wtedy znaną ciekawostką komiksowych spotkań autorskich. Dzieła „zniszczenia” mnie jako malarza dokonała wówczas wspomniana już wcześniej historia włamania do mojej pracowni i dewastacja dotychczasowego dorobku. W latach siedemdziesiątych wydawnictwa wyczuły, że komiks może być dochodowy, i zaczęły wstydliwie wydawać komiksy, oczywiście jako narzędzie propagandowe. To tłumaczyło ich drukowanie. O ile były komiksami o dzielnej, jak zawsze, milicji („Kapitan Żbik”), komiksami historycznymi (o zwycięstwach oręża polskiego nad Germanami), komiksami o partyzanckiej przyjaźni polsko-radzieckiej. Pożądany był także komiks na podstawie „Stawki większej niż życie”. To były komiksy pożyteczne. Miały charakter wychowawczy i naginały historię do aktualnych potrzeb. Albo jeszcze na przykład komiks sportowy, o sukcesie drużyny Górskiego w mistrzostwach świata w piłce nożnej. Nikt nie umiał napisać sobie scenariusza i rysownicy rysowali to, co im do rysowania podkładano. Pisaniem słusznych scenariuszy zajmowali się zatrudnieni w wydawnictwach politrucy. Taki komiks o dzielnym kapitanie milicji miał uzasadnienie, był dopuszczany do druku, a miłośnicy tego gatunku, jak to miłośnicy, czytali to, co aktualnie było na rynku dostępne. Dzisiaj te komiksy nazywa się „kultowymi”. Transformacja ustrojowa niewiele zmieniła. Komiks był dalej wykorzystywany do celów „dydaktycznych”, i tak powstawały komiksy o Solidarności, o papieżu Janie Pawle II, komiksy o Powstaniu Warszawskim i tak dalej. Mówimy o polskim komiksie. Pełniły one dalej ściśle określoną rolę i kto chciał mieć komiks wydrukowany, takie rzeczy rysował. Odrzucałem te propozycje. Komiksy rysowane na zapotrzebowanie polityczne były wydawane w dużych nakładach, ambitne, rysowane przez wybitnych twórców, wędrowały do szuflad autorów, ewentualnie, często z łaski, były drukowane przez jakieś znaczące wydawnictwo. Nie szły już za tym duże honoraria. Posiadanie wydrukowanego albumu w twardych okładkach miało dać autorowi wystarczającą satysfakcję. Zawsze byłem sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Przez długi czas byłem w tym szczczęśliwym położeniu, że taka postawa się sprawdzała, liczono się ze mną i jeszcze zarabiałem pieniądze. Po zmianach ustrojowych bardzo cierpiałem, gdy musiałem się naginać do żądań nowo powstałej kasty dorobkiewiczów, wykonywać różne chałtury i realizować poronione pomysły, aby mieć z czego żyć. W wieku pięćdziesięciu lat zostałem uznany za „towar przeterminowany” i nienadający się już do czegokolwiek. Myślałem, że to jakiś okres przejściowy. Ale wówczas okazało się, że nawet ewentualne wydawanie moich komiksów jest uzależnione od czyjegoś widzimisię. „A takiego!” – pomyślałem. Dlatego przez pewien jeszcze czas sam sobie drukowałem. Aż w końcu doszedłem do wniosku, „że trzeba umieć się wycofać z arenki, gdy zaczyna służyć sofa do drzemki…”.

M.P.: Ale czy to nie jest tak, że nie wiadomo, kim są czytelnicy i czego tak naprawdę oczekują? To trudne, kiedy przygotowujesz propozycję artystyczną, a zewsząd dociera do Ciebie, że ludzi interesują plakaty z Ikea. Jesteśmy w defensywie od zawsze i nie ma, przynajmniej ja nie znajduję, na to recepty. Może właśnie teraz przyszedł czas, na to, co chcesz powiedzieć. Róbmy swoje! Ale wróćmy do Twojej opowieści. Skończyłeś pięćdziesiąt lat i co działo się dalej? Przecież nie przedrzemałeś tego czasu.

T.B.: No nie, nie przespałem. I siłą rzeczy, jednak wracam do czasów, gdy byłem uczniem Podstawowej Szkoły Muzycznej w Lublinie. W końcu mój ojciec, jako dyrektor Liceum Sztuk Plastycznych i obywatel zasłużony dla miasta Lublina, otrzymał służbową norę na strychu w szkole i tam zamieszkaliśmy. Po Majdanku. Mieszkaniem nazywały się dwa pomieszczenia przy strychu, przedzielone korytarzem szkolnym. Za ścianą były klasy szkoły i odbywały się tam lekcje liceum. Była też w tym „mieszkaniu” kaflowa wiejska kuchnia, do której trzeba było nosić z piwnicy (trzy piętra) węgiel, aby coś ugotować i mieć ciepłą wodę. Robiła to codziennie moja matka. Ze szkoły muzycznej niewiele pamiętam. Dalej nie cierpiałem przymuszania mnie do nauki muzyki. Z tym że teraz była to już nauka profesjonalna, obejmująca wiele dziedzin przygotowania ucznia do późniejszej roli artysty muzyka. W domu znajdowało się sporo przedwojennych książek poświęconych sztuce i wiele godzin, leżąc na podłodze, wertowałem grube tomy z malarstwem, rzeźbą i architekturą. Szczególnie utkwił mi w pamięci opasły tom z malarstwem Rubensa. Pewnie ze względu na wielką liczbę nagich kobiet tam namalowanych, co – oprócz samego malarstwa – dziewięcioletniego chłopca niezwykle interesowało. Były to obrazy w stylu klasycystycznym i dość kiepskie. Tak więc dzięki Rubensowi wzrastało moje zainteresowanie malarstwem, a także i ciekawość wobec płci odmiennej. Coś tam wówczas usiłowałem już rysować, ale ojciec nie traktował tego poważnie. Z ojcem bywały wypady przyrodnicze na łąki i ryby, więc wzrastały we mnie również inne zainteresowania, w tym przyrodnicze. Zacząłem zbierać znaczki pocztowe poświęcone przyrodzie. Zdobywałem je za pieniądze, które otrzymywałem od matki na bułki, które miałem sobie kupić na śniadanie do szkoły. Miałem póżniej duży zbiór cennych znaczków i wielokrotnie je traciłem i kolekcjonowałem na nowo. Pieniądze przeznaczone na śniadania, wracając ze szkoły, zacząłem także wydawać na literaturę piękną w pobliskiej księgarni. Były to takie pozycje jak: „ Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej podróży”, „Wyspa skarbów”, „Biały kieł” czy „Tajemnicza wyspa”. Taki tomik kosztował wtedy dwa złote i czterdzieści groszy. Jakieś dwie bułki. W szkole muzycznej, oprócz zwykłych przedmiotów, były też inne zajęcia muzyczne, do których należało między innymi uczestniczenie w chórze. Nie cierpiałem tego, tym bardziej że moi koledzy zaczęli przechodzić już mutację, byli zwolnieni na tę godzinę ze śpiewania i szli na boisko grać w piłkę. Więc i ja któregoś dnia za poradą mojego szkolnego kolegi zasymulowałem zbliżającą się u mnie mutację. Polegało to na „robieniu kogutów” głosem, gdy nauczyciel kazał mi powtarzać śpiewem, wystukaną przez niego na klawiszach melodyjkę. Zostałem z chóru zwolniony, godzinami grałem w piłkę i byłem potem bardzo „usportowiony. Jednak moja niechęć do grania gam, palcówek i pasaży nadal trwała, a tu zbliżał się (na zakończenie siódmej klasy), egzamin, który miał mnie zakwalifikować automatycznie do dalszej nauki muzyki w Liceum Muzycznym. Na tym egzaminie dokonałem niezwykle bezczelnego wyczynu, który miał mnie z premedytacją zdyskwalifikować jako potencjalnego pianistę. Otóż egzamin odbywał się sam na sam z wysoką komisją egzaminacyjną. Delikwent siadał przed komisją przy fortepianie i na jej żądanie musiał zagrać z pamięci (!!!) wymienione przez komisję gamy i utwory tak zwane poważne. Wówczas ja wyciągnąłem z przyniesionej przez siebie teczki nuty, postawiłem je na fortepianie i zacząłem udawać, że próbuję rozczytywać z nich zadany mi do zagrania utwór, choć oczywiście znałem wszystkie na pamięć. Zrobił się skandal, wyproszono mnie z sali egzaminacyjnej i myślałem, że mam już szkoły muzyczne z głowy. Siłą rzeczy będę musiał teraz zdawać egzamin do Męskiego Liceum Ogólnokształcącego imienia Stanisława Staszica w Lublinie. Jednak rodzic nie poddał się całkowicie. Może o tym następnym razem, jeśli ma to jakiś sens.

CDN



18 komentarzy:

  1. Wspaniała rozmowa, to cenne przeżycie posłuchać niezwykłych, mądrych i wrażliwych osób.
    Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo interesująca rozmowa, ale Ty już to Wiesz, że ja czekam ciąg dalszy:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozmowy o życiu też bardzo lubię i jest coś takiego jak pamięć genetyczna, to dowiedzione.
    Losy, wybory i drogi nie wybrane, braki i to co dostaliśmy - niezwykła mozaika.
    No i mój Lublin:)) - czytam z przyjemnością, czekam na jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mi się własnie wydawało, że zahaczając o Twój świat, Tadeusz dotknie różnych emocji... :)

      Usuń
  4. az wstyd sie przyznac - ale ja kojarzylam TB tylko z komiksami...
    (Które swoaja droga sa rewelacyjne i na których sie wychowalam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pasjonująca rozmowa, czekam na ciąg dalszy, bo czuję, że wszystko przed nami. Rzeczywiście niezwykły i bardzo interesujący człowiek! Obrazy poznałem, te stany świadomości, które kumulują płótna są przepiękne. Pozdrawiam Tadeusza i Ciebie Małgosiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozmowa Cię wciągnęła :) Pozdrawiam

      Usuń
  6. Szkoda... Szkoda, że tak wszytko wartościujemy w imię, no, właśnie, czego? Komiksy, be, a za to obrazy malowane ze zdjęć cacy. Komiksy dla niewyrobionego pospólstwa, a za to malarstwo PRAWDZIWE, dla tych WYbranych, WYrobionych i wo ogóle WY... Smutne. Bo czyż nie powinno być tak, że ważne jest to, co zrobimy dla kogoś, a co go ucieszy, zaciekawi, zachwyci? A komiksy mogą zachwycać, i nie sądzę abym tylko ja była takim wyjątkiem od WYszukanych odbiorców. Fascynowało mnie w komiksach ruch, akcja, humor, albo smutek i jakaś taka bardziej bezpośrednia relacja z rysownikiem. Może też cykliczność sprawia, że taka więź się zadzierzga?

    Czekam na CDN.

    P.S.
    I oczywiście zawsze przy takich okazjach przypomina mi się scena z filmu "Nie lubię poniedziałku", gdy nośnik treblinek trafia na wystawę w Zachęcie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ci co tak wartościują i wciąż Wy i Wy, są w zupełnie innym miejscu, właśnie, smutnym miejscu. I dobrze, że PS dopisałaś, bo mnie dzięki Tobie olśniło :) uściski nieustające BB

      Usuń
  7. kolaże bardzo interesujące i na swój sposób przejmujące...no mam kłopot z pisaniem o sztuce... o malarstwie w tym wypadku, o Twojej poezji, o muzyce ...mam kłopot tak w kilku zdaniach ... tak zwyczajnie...nie umiem, o teatrze bardziej umiem )) ale wiesz..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że czytasz, znajdujesz coś dla siebie i wiem, jak jest, wiem :)

      Usuń
  8. Bardzo ciekawa rozmowa! Idę teraz jeszcze raz spojrzeć na obrazy Pana Tadeusza.

    OdpowiedzUsuń

Moderowanie komentarzy, po zatwierdzeniu pojawią się na blogu.