piątek, 1 stycznia 2016

Cykl o życiu, sztuce i przyjaźni - pierwsza publiczna pogawędka z Katarzyną Tchórz


© Iwona Krwawicz


Małgorzata Południak: Sztuka współczesna jest nieustającym tematem dyskursu akademickiego. Jednak mam wrażenie, że nic z tego nie wynika. Hermetyczny i akademicki język drażni, nie pozwala zrozumieć odbiorcom sztuki, o co właściwie chodzi rozmówcom. Co jest dla ciebie ważne, w jaki sposób interesujesz się sztuką i tematami związanymi z technikami wypowiedzi artystów?

Katarzyna Tchórz: Widziałaś prace laureatów 42. Biennale Malarstwa „Bielska Jesień 2015”? O czym to świadczy? Ludzie nie wiedzą, czy to żart, prowokacja, manipulacja, czy tani chwyt usiłujący wmówić nam, że skoro publika się oburza, to znaczy, że mamy do czynienia ze sztuką zaangażowaną, mocną i ważną. Dla mnie to zwykły blef. Jednak tego rodzaju działań jest znacznie więcej – mylenie pojęć, pełen emfazy bełkot w interpretacji dzieł sztuki, promowanie epigonizmu, ignorancji, przerost treści na formą [sic], inercja, izolacja sztuki, artysty od rzeczywistości – a to zupełne nieporozumienie. Artysta musi mieć swój świat, ale to właśnie rzeczywistość powinna być tkanką, tworzywem dzieła sztuki. Tego mi brakuje – autentyzmu, wrażliwości, obsesji, gorączki, werwy i klasy. Dlatego nieustannie szukam w malarstwie, literaturze, poezji, fotografii. Staram się nie zamykać i nie ograniczać, bo tego potrzebuję, by mocniej czuć, widzieć, rozumieć, wreszcie tworzyć. Nie mam zamiaru dociekać ukrytych metafizycznych treści, rozwiązywać neurotycznych zagadek i pochwalać bezczelnego epigonizmu. Nie dlatego, że jestem leniwa czy zamknięta, po prostu nie interesują mnie nieszczere uśmiechy, komfortowe, trywialne rozwiązania, zdrobnienia i kumoterskie pochlebstwa. Uważam, że sztuka to język, być może trudny – pełen metafor, alegorii, oksymoronów – ale chyba zgodzisz się ze mną, że tylko obcowanie z nią, z jej historią pozwala ten język zrozumieć, nauczyć się odróżniać jego kwiecistą, surową, drapieżną, piękną, brutalną postać od zwykłego bełkotu.

MP: Z zestawu laureatów wybrałabym Kozerę, może dlatego, że jego malarstwu przyglądam się od dawna i właśnie taka technika wypowiedzi do mnie dociera i jest adekwatna. Tutaj pewnie zaraz ktoś się odezwie, że to subiektywne, że profesorowie, historycy sztuki, krytycy wiedzą lepiej. Jednak masz rację. I mnie nie przekonuje ten rodzaj prowokacji, może to rzeczywiście żart, czarny humor. Nie mam na myśli technik malarskich, bo wiem, że ci ludzie się na tym znają, pewnie przeżywają to jakoś duchowo, łączą rękę z okiem, przenikają warstwy, rozpoznają sztukę i… No właśnie. I nic się nie dzieje. Pytanie brzmi, czy dzisiaj, gdy w Internecie możesz wyszperać wszystko, prawie tego dotknąć, ma jakieś znaczenie, że grupa ludzi według znanego sobie klucza wybiera obrazy i próbuje kreować to, co jest dla niej istotne? A może oni są zwyczajnie oderwani od rzeczywistości, jak wiele państwowych instytucji, i nie widzą tego, co się dzieje na świecie, nie dostrzegają, że ludzie zainteresowani sztuką mają wrażenie, jakby niektóre konkursy promowały przeciętność.

KT: Nie przekreślam umiejętności laureatów, w końcu te obrazy nie wzięły się znikąd, ktoś je stworzył, a zatem była i potrzeba twórcza. Tylko – jak wiadomo – potrzeba i umiejętność sprostania jej to dwie różne sprawy – parafrazując Hausera. Dzieło sztuki to nie tylko forma, ale też kontekst, przekaz. Tu niby wszystko jest, a jednak nie uruchamia mojej wyobraźni, nie pobudza wrażliwości, a tak dzieło sztuki powinno działać. Uwierz mi, starałam się zrozumieć te obrazy, zawsze się staram, usiłowałam patrzeć nieszablonowo, nie powielać schematów interpretacyjnych, ale nie drgnęło. No, może przy Kokosińskim. Dlatego moja odpowiedź brzmi: tak, ma to znaczenie, bo nawet przy niemal nieograniczonych możliwościach, jakie daje Internet, stawianie takich prac i twórców na swego rodzaju piedestał tworzy złe wzorce, umacnia stereotyp sztuki współczesnej jako hermetycznej, niezrozumiałej, zbyt trudnej dla „zwykłego odbiorcy”. To rzuca złe światło także na postać artysty. Tymczasem przekonanie, że odbiorca jest zbędny, ślepy, ograniczony i pozbawiony wrażliwości, to złudzenie. Gdy tak o tym wszystkim myślę, wciąż mam gdzieś z tyłu głowy słowa Bacona:, „Malarstwo zostało wyzwolone, nikt jednak nie wie, co z tą wolnością zrobić”.

MP: Zgadzam się, niektórzy nie potrafią czerpać z wolności. Na chwilę zostawmy ten obszar kultury i sztuki. Tak się przyglądam życiu, nam… Pamiętasz swoje lekcje plastyki ze szkoły?

KT: Szczerze? Niewiele pamiętam, bo nie przepadałam za nimi, nie znosiłam malowania zimowych pejzaży pastą do zębów, do szału doprowadzały mnie plakatówki, których kolory po wyschnięciu traciły intensywność, cienkie kartki bloku pomarszczonego od farbek. Zazwyczaj nie miałam potrzebnych materiałów, nie oddawałam prac na czas, ale… Pamiętam bardzo dobrze lekcję plastyki, gdy mieliśmy namalować pejzaż impresjonistyczny i tak się złożyło, że akurat za oknem był doskonały widok – delikatna mgła, ledwie widoczne słońce, subtelne barwy nieba – więc po prostu go namalowałam, a moja nauczycielka wpadła w zachwyt. Od tamtej pory zawsze podkreślała, że mam niesamowity talent, moje prace stawiała za przykład innym. Jednak mój zapał bardzo szybko opadł, bo mimo ogromnej sympatii do nauczycielki nie mogłam zdzierżyć tematyki prac.

MP: No proszę, u mnie lekcje plastyki wyglądały inaczej. Uczyliśmy się teorii, miałam specjalny zeszyt z pojęciami plastycznymi, musiałam umieć scharakteryzować każdy kierunek w sztuce, podać przykłady dzieł, konkretnych ludzi, umieć zabierać głos w dyskusji. Interesować się i umieć odnieść do teraźniejszości. Nigdy nie zapomnę, jak musiałam przygotować gazetkę szkolną na temat kubizmu, a nie było wtedy Internetu, jedynie szkolna biblioteka. Zdecydowanie wolałam zajęcia praktyczne, z powodzeniem wygrywałam konkursy, ale moja mama nie zgodziła się na egzaminy do liceum plastycznego. Dzisiaj myślę, że dobrze się stało… Zastanawiam się, co ukształtowało ciebie. Co wciągnęło cię w świat sztuki? A może lepiej zapytać – kto?

KT: U mnie tak wyglądały zajęcia z WOK-u, już w liceum i bez praktyki. Wiesz, to jest w sumie trudne pytanie… Każdy zazwyczaj odpowiada, że rysował i malował, odkąd pamięta, ze mną też tak było, ale ja nie widziałam w tym dziecinnym rysowaniu nic szczególnego. Interesowało mnie mnóstwo rzeczy, do teraz tak jest, ale sztuka zajmowała jakieś istotne, nie do końca wówczas zrozumiałe dla mnie miejsce w życiu. Zatem powiem inaczej – odkąd pamiętam, podążałam własnymi drogami, szukałam, odnajdywałam, gubiłam, traciłam, i tak w kółko. Pomimo ciągłego poczucia samotności tak naprawdę nigdy nie byłam sama, bo zawsze w parze ze sztuką. Jej magia pozwalała mi przetrwać w świecie, który wydawał się obcy, nieobliczalny, ale też pełen piękna.

MP: W średniej szkole nie miałam plastyki, jedynie rysunek techniczny, to mnie chyba nauczyło dyscypliny. Wracając do piękna… Dla poszerzenia mojego słownika zapytam: czym jest dla ciebie piękno? Chodzi mi również o źródło, mechanizmy, jakie w tobie uruchamia. Co potrafi w tobie wykluczyć sprzeciw? Mam na myśli sprawy najważniejsze, pierwsze.

KT: Według mnie piękno wiąże się z transcendencją, pobudza, uwrażliwia, wykracza poza ramy codzienności, rozsadza je w zachwycie, odurzając nas sobą. Zetknięcie się z pięknym obrazem, rzeźbą, wierszem, książką, zdjęciem, filmem czy muzyką wprowadza mnie w stan niemalże transu. Ale to nie dotyczy wyłącznie sztuki, podobnie dzieje się w obcowaniu z naturą, z wyjątkowym dla nas człowiekiem – piękno przenika umysł, ciało, odmienia i wzbogaca… Oczywiście wiadomo, że wzrok ludzki lubi to, co harmonijne, proporcjonalne, uniwersalnie, że piękne jest podobno to, co młode i zdrowe. Cóż, dla mnie to jednak powierzchowne podejście. Właściwie zastanawiam się teraz, co jest dla mnie brzydkie?

MP: Więc co jest brzydkie?

KT: Umberto Eco i jego „Historia brzydoty”, tylko że prawie wszystko mnie tam zachwyca. Brzydkie są twarze zakłamanych, sfrustrowanych, chciwych i zazdrosnych ludzi. Sztuczność i próżność jest brzydka, nachalną brzydotą reklam oklejone są miasta, każde centrum handlowe to dla mnie przykład brzydoty.

MP:
Uzmysłowiłaś mi, że brzydota reklam mnie omija. Tu gdzie mieszkam, nie ma tej nachalnej sztuczności. Wracając w obszar sztuki – rozumiem, że jest dla ciebie ważna. Chodzisz na wystawy, koncerty? Spotykasz się z ludźmi? Rozmawiasz o przeżyciach, o wszystkim, co cię dotyka?

KT: Zazdroszczę ci braku reklam. A zatem widzisz ciekawy budynek, a na tym budynku płachtę przedstawiającą wyretuszowane modelki, modeli, twarze z rozchylonymi ustami usiłujące namówić cię na zakup czegoś. Później te twarze ci się śnią. Już nie wspomnę o graficznych cudach, jak na przykład doklejanie kobiety w bieliźnie do reklamy auta. Albo te „piękne i młode”, olbrzymie twarze celebrytów, aktorów, aktorek reklamujących jakąś sieć telefonów komórkowych, o zgrozo! Pytałaś wcześniej, co wywołuje mój sprzeciw – właśnie tego rodzaju rzeczy. Oraz telewizja, polityka, promowanie przez portale plotkarskie osób, które mają do zaoferowania jedynie pozory i własną głupotę. À propos pozorów, jeśli chodzi o wystawy i koncerty, wydawać by się mogło, że to właśnie jest remedium na nachalność mass mediów, a jednak salonowe pitu-pitu skutecznie mnie zniechęca do bywania, choć wiem, że to właśnie realny kontakt z dziełem jest najważniejszy. Unikam większych skupisk ludzi, coraz częściej rozmowę o tym, co mnie dotyka, co przeżywam, zastępuje mi patrzenie na obrazy. Chociaż uwielbiam rozmawiać, spotykać się z ludźmi, jednak zdecydowanie wolę ich brak niż nadmiar.

MP: Wiesz, też lubię ludzi, spotykać się z nimi, poznawać, filozofować, a jednak uciekam od nich i – podobnie jak ty – unikam skupisk. Towarzyskich powiązań. Mam wrażenie, że coś tracę, kiedy tak siedzę w tłumie i nic do mnie nie dociera, że te wszystkie uśmiechy, gadki są bezużyteczne. To jest taki czas, że wolę pisać o obrazach, o tym, co widzę, czytam, przeżywam. O mojej obsesji związanej z głodem, emigracją. O estetyce słów, wewnętrznej strukturze torfu. To mnie bardziej zajmuje niż jałowe dyskusje o skuteczności częstych spotkań z czytelnikami i „pokazywaniu się” na festiwalach. Ostatnio zagadują mnie znajomi. A przyjedź, poznasz tego znanego poetę, poznasz tego wybitnego pisarza, poznasz tych wszystkich znanych i zajebistych ludzi. I nawet przez chwilę mam na to ochotę, ale zaczynam czytać o Klee, oglądam sztuki Becketta i czuję, jak cofam się w siebie, pomijam możliwości wyjścia do innych. Siadam w niezwykle wygodnym fotelu przy biurku, które samo w sobie jest niezłą sztuką, patrzę na twoje obrazy, na ceramikę Baśki Trzybulskiej, na kostki torfu, na muszle, nosorożce i zatapiam się w tym, co mnie tworzy i scala. I kiedy mogłabym polecieć i spotkać się, może nawet coś osiągnąć, przyjrzeć się wybitnym jednostkom, pakuję termos z kawą i jadę na Mullaghmore. Wyobrażam sobie świat ludzi kiedyś tam żyjących, zgaduję, jak myśleli, co ich ukształtowało, dlaczego byli niezależni i kochali ponad życie to konkretne miejsce. Myślisz, że mam prawo pisać o sztuce? Podejmować dyskusje, chociaż unikam tego całego blichtru, znajomości i układów?

KT: Bardzo często zadaję sobie to pytanie. Potem zazwyczaj sięgam po jakąś książkę, wychodzę na spacer, rysuję, oglądam czyjeś obrazy i nagle wszelkie wątpliwości odpływają. Przez wiele lat pozwalałam na to, by ludzie mnie kształtowali, zamykali w jakichś schematach, wykorzystywali moją empatię i naiwność, i choć zazwyczaj kończyło się to rozczarowaniem obu stron, dalej wikłałam się w jakieś dziwne relacje, a potem uciekałam i były żale, pretensje, poczucie odrzucenia, zlekceważenia… A ja czułam się wyczerpana i coraz bardziej wycofana. Zapytasz, ile to ma wspólnego z wystawami, imprezami kulturalnymi? Chyba tyle, że nie chcę nikomu niczego udowadniać i nie chcę się dostosowywać do czegoś, co mi nie pasuje. Dlatego zawsze cenne są dla mnie rozmowy z tobą, bo jako jedna z niewielu respektowałaś moją potrzebę przestrzeni, ciszy, milczenia. I na odwrót. Gdy czytam twoje wiersze, zawsze słyszę oceaniczny szum, zapach wiatru, stykam się z różnorodnością piękna. Z wolnością i miłością. W tym roku dotarło do mnie, że to sztuka, zwierzęta, natura zawsze były w moim życiu tak naprawdę obecne, mogłam nie mieć z kim się spotkać, porozmawiać, ale zawsze miałam pod ręką książkę, ołówek, długopis albo obraz, no i kota. To artyści nauczyli mnie patrzeć, rozumieć, dostrzegać, ale też sprzeciwiać się, wyznaczać swoje granice. Najtrudniejsze momenty mojego życia dzieliłam z Schielem, Baconem, Beckmannem, Soutinem, van Goghiem, Dostojewskim, Millerem, Anaïs Nin czy Artaudem i wieloma innymi, nie z żywymi ludźmi, i w momencie gdy to sobie uświadomiłam, poczułam się niezależna. Paradoksalnie – im mniej skupiam się na ludziach, tym więcej jestem w stanie im dać. Dzielę się moimi fascynacjami, opowiadam o nich, rozmawiam, bo one mnie stwarzają, scalają. Mam też swoje obłędy, obsesje, lęki… Jeśli komuś to nie przeszkadza i mimo wszystko chce mnie poznać bliżej – proszę bardzo. Ale nic na siłę i bez wrzucania do szuflady z etykietą „wariatka”, bez lepienia mnie na swoją modłę. Ktoś ostatnio mi powiedział, że powinnam urodzić się sto lat temu. Nie zgadzam się z tym, świat jest różnorodny, nie każdy musi dostosowywać się do bywania tu i tam, uśmiechania się wbrew sobie, klepania po plecach, by coś osiągnąć. Oczywiście nie mówię, że zawsze tak jest. Jednak mam poczucie, że życie samo w sobie jest na tyle skomplikowane, że nie warto sobie dokładać jeszcze więcej, by coś udowodnić. Akceptuję to, że ktoś żyje inaczej niż ja, staram się nie oceniać, nie postrzegać przez gotowe szablony, nie narzucać, ale bywa ciężko, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej, jak masz żyć, jak tworzyć, kim być...

MP: Dochodzimy tutaj do kwestii uczciwości. Nastały takie czasy, że łatwo zaobserwować, kto jest kim i jakie ma poglądy. Wystarczy zerknąć do mediów społecznościowych. Chwiejne postawy, artystyczna buta wyłaniająca się z różnych środowisk. Jakieś gierki, opowieści umocowane w taki sposób, by dostosować się do aktualnych wymogów, niekoniecznie zgodnych z naszymi przekonaniami. Cały ten wrzask nie pokrywa się z tym, co tworzą najróżniejsi artyści. Czy nie masz jednak wrażenia, że jesteś w złym miejscu? Obserwuję grupę kontestatorską Sztuczne Fiołki. Świetnie komentują niektóre działania w przestrzeni publicznej, obszernie i dobitnie zwracają uwagę na funkcjonowanie nie tylko władzy, ale wielu środowisk, które same uważają się za opiniotwórcze. Wielu ludzi sprzeciwia się dyktatowi nowej władzy, jednak – co mnie uderzyło – wielu artystów, przez to, że sponsorami ich działań są instytucje państwowe, dostosowuje się do oczekiwań, by w ogóle istnieć. Są wszędzie, na każdym festiwalu, wernisażu, byle o nich mówiono. Widać, że ich działania są zdawkowe, nastawione na zdobycie grantu. Robią wiele, byle o nich pisano, niekoniecznie dobrze. W międzyczasie powstają jakieś nowe miejsca, ludzie rozłażą się i lansują. Przyznam, że mnie się odechciewa służyć sztuce, kiedy dostaję e-mail od wydawcy, któremu zależy na recenzjach i bez ceregieli zadaje pytanie, ile kosztuje recenzja. A kiedy odpisuję, że recenzenci sami dobierają sobie lektury, obraża się, pęcznieje i wymyśla niestworzone historie o nas, zespole redagującym pismo. Ci ludzie bez kręgosłupa moralnego wydają się tacy karykaturalni. Oczywiście łatwo jest mi tak pisać, bo jestem niezależna i nie muszę się wkradać w niczyje łaski. Przyznaj, miewamy obrzydliwych znajomych.

KT: To prawda, niektórzy ludzie bywają obrzydliwi, dlatego najważniejsi są nasi bliscy, choć bądźmy szczere – oni też niewiele różnią się od innych, jednak dbanie o nich i, mimo wszystko, o siebie, sprawia, że mocniej dostrzegasz hipokryzję czy wszelkiego rodzaju manipulacje na zewnątrz. Wiesz, nikt nie jest idealny, każdy ma prawo do błędu, zapomnienia się, złamania, zgubienia… Jednak w tym wszystkim jest taki zupełny brak klasy, charakteru, godności. Z drugiej strony jakaś bierność, obojętność, uśmiechy. Artysta nie powinien być takim kameleonem bez charakteru, ale mieć osobowość. Przecież dlatego tworzy, by coś przekazać, coś zmienić, ale jeśli między tym wszystkim widać coraz większy dysonans, to twórczość też niestety traci. Uważam, że wszelkie dziwne zachowania biorą się z jakichś deficytów. Dlatego nie oceniam, jednak czerwona lampka mi się zapala, gdy ktoś po prostu krzywdzi, niszczy, pogrywa, sieje nienawiść. Wtedy moja akceptacja się kończy. Zawsze byłam strasznie wyczulona na wszelkiego rodzaju manipulacje, podprogowe przekazy mające mnie w jakiś sposób do czegoś przekonać, zmusić, ograniczyć. Ale czy nastały takie czasy? Mam wrażenie, że to, co dzieje się teraz, jest eskalacją wszystkiego, co wcześniej było zamiatane pod dywan. Obserwuję to z przerażeniem. Nagle karykaturalne, a w istocie bardzo realistyczne, obrazy Dixa, Grosza okazują się tak boleśnie aktualne, że mam ochotę zamilknąć, ale walczę z dopadającą mnie bezsilnością. Nie można się poddać, zamykanie oczu, odwracanie głowy to ciche przyzwalanie na zło.

MP: Bywają obrzydliwi przy stole, puszczają bąki, ale wiem, że zawsze mogę na nich liczyć, z nich czerpać i że znakomicie się rozumiemy. Tak jest z nami. Chociaż nie znamy się długo, jednak odnoszę wrażenie, jakbyśmy były na swoich miejscach od zawsze. I mimo że różni ludzie przy nas majstrowali, rozumiemy się jeszcze lepiej i czasami bez słów, bez oczekiwań, zbędnych rekwizytów. Wracając do tworzenia. Obrazy zazwyczaj potrzebują zagospodarowania przestrzeni. Tworzysz w sobie narrację, meblujesz świat, przechodzisz wszystkie stany. Przeglądasz się w oczach innych, w odbiciach… Czy nie masz wrażenia, że każdy obraz jest zbiorem pewnych nawyków? Dokreślone, dorysowane światłem ciała, ostentacyjne spojrzenia, pożądanie… Jaki jest Twój emocjonalny stosunek do tej intensywności, którą mnie uwiodłaś?

KT: Wiadomo – kaskaderka emocjonalna. A tak na poważnie – myślę, że ta intensywność to rezultat zaangażowania, wrażliwości, wyobraźni, no i temperamentu. A także odwagi i szczerości wobec siebie. Zdarza się, że jestem autentycznie przerażona i zawstydzona tym, co wyłazi mi spod pędzla, jednak brnę dalej – lęk i pożądanie to dla mnie fundamenty. Gdy maluję, wydaje mi się, że nie myślę, co jest bzdurą, bo mój umysł, ciało są w stanie najwyższego wysiłku. Jednak czuję się zupełnie oderwana od rzeczywistości, odurzona swoją wizją, być może dlatego, że wciąż staram się polegać na intuicji, impulsach, uczuciach, myślach, pragnieniach. Każdy obraz, rysunek jest zapisem czegoś, kawałkiem mnie, metaforą życia – człowieka, kobiety, która zdecydowała się żyć inaczej: poza schematami, stereotypami, pełnią, jednak na uboczu i trochę w cieniu tajemnic. Dlatego nie potrafię pisać i malować jednocześnie, albo malować kilku obrazów na raz. Choć zdarzają mi się takie przypływy, są jednak wyczerpujące. Po nich doświadczam w sobie pustyni, którą muszę napoić doznaniami i refleksjami. Co do nawyków – oczywiście, i właśnie mi to uzmysłowiłaś. Gehenna twórcza, którą przeżywałam w ostatnim roku, wynikała właśnie z tego, że starałam się te nawyki zmienić. Było to straszne i nie miało nic wspólnego z odurzeniem, o którym wspominałam wcześniej. Większość obrazów z tego okresu bez najmniejszego sentymentu zamalowałam, zostawiłam jedynie rysunki, ale rysunek to inna opowieść… Wydaje mi się, że gdy twórca nie stara się zmieniać, pracować nad nawykami, popada w powielanie samego siebie i nawet jeżeli warsztatowo jest fenomenalny, mnie taka wtórność nieco mierzi, zwyczajnie nudzi. Myślę sobie: O! Ktoś znalazł patent na siebie, własne emocje i tworzy, jakby podstawiał pod wzór matematyczny. Jednak razi to chyba nielicznych, więc zazwyczaj ganię się za takie malkontenctwo. W sumie dla siebie też jestem okropna i krytyczna, więc wszystko się jakoś wyrównuje. Harmonia sprzeczności to podstawa.


http://szafa.kwartalnik.eu/56/html/rozmowy/poludniak.html

18 komentarzy:

  1. Sztuka jako nieustanne szukanie, przekraczanie siebie, dojrzewanie, odkrywanie brzydoty. Kisses Małgosiu

    P.S. Ta rozmowa odbyła się przy torcie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam po raz drugi z wielką przyjemnością. A przy okazji pierwszego razu zajrzałam jeszcze na bielskie biennale.

    Dla mnie, ( byłej ) nauczycielki nauczania początkowego, bardzo ciekawy jest wątek
    lekcji plastyki :)

    Uściski ślę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak wyglądały Twoje lekcje plastyki? I nie chodzi mi o czas, kiedy byłaś nauczycielką :)

      ściski ciepłe... aaa jeżeli odpowiedź będzie obszerna, to wklej ją na blogu, podejrzewam, że będzie bardzo interesująca :)

      Usuń
    2. Plastykę miałam tylko w podstawówce, bo w LO wylosowaliśmy (chyba?) tylko muzykę. Od IV klasy miałam wtedy plastykę z ... artystą, Panem Michałem Paryżskim. Nie pamiętam nic szczególnego, poza taką jedną lekcją, gdy tematem był 1 maja - robotnicze święto. Namalowałam (plakatówkami) jakby metalowe, kratkowane rusztowanie (szare) i taką malutką postać ludzką, uczepioną gdzieś poniżej środka (czarną), w ręce miała czerwony ( a jakże) sztandar. Dostałam 5+ z komentarzem nauczyciela: masz talent, dziewczyno! No, cóż, to wtedy po raz enty :))) uwierzyłam, że mam talent !


      http://www.artinfo.pl/pl/blog/relacje/wpisy/michal-paryzski-galeria-infra-w-sztokholmie2/

      http://www.artinfo.pl/pl/blog/relacje/wpisy/michal-paryzski-wystawa-w-galerii-kordegarda2/

      Uściski ponoworoczne ślę <3

      Usuń
    3. Ach, zapomniałam o zajęciach na studiach na UW, metodyce nauczania plastyki. To były już zajęcia pełną gębą, baza i nadbudowa + praktyka. No i jeszcze półtora roku przygody na podyplomowych na Historii Sztuki na UKSW :)
      Buziaki, kwa, kwa ...

      Usuń
    4. Pięknie :) i dobrze, że uwierzyłaś :) masz niezwykłe wyczucie koloru, to widać w Twoich pracach :) ściskam

      Usuń
  4. I ja przeczytałam drugi raz z ogromną przyjemnością. To bardzo ciekawa pogawędka !
    Ślę do Was uśmiech :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie umiem nic namalować, narysować, ulepić i w ogóle ;) A ludzi, którzy to potrafią, uważam za magików. Przyjemnie Was słuchać :)))
    Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale potrafisz naprawić każdy tekst, mamy różne talenty :) ściskam i dziękuję

      Usuń
  6. Z wielkim zaciekawieniem Małgoś wpadłam na dzisiejsze poczytanie... Mnie w tej szeroko pojętej sztuce najbardziej irytuje ten cały zgiełk, mający na celu szybkie wypromowanie , nieważne jak, nieważne gdzie, nieistotne jest to, co naprawdę w duszy gra... hmmm... Serdeczności przesyłam, kiss :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Olimpio... bez zgiełku nie ma sztuki, problem pojawia się w innym miejscu, w tym parciu na szkło. Odnoszę wrażenie, że większość ludzi chciałaby przyspieszyć, nie rozumiejąc, że światło o które się starają, jest zbyt jaskrawe :) Nisza nigdy nie była na mainstreamie. Zostawiamy coś po sobie i to powinno być ważniejsze, dbanie o szczegół. Dbanie o wygodne buty i ciekawe otoczenie :)

      Usuń
  7. bardzo interesująca rozmowa :)
    oczywiście dla mnie do przemyślenia wątek plastyki w szkole, ponieważ prowadzę lekcje i plastyki, i zajęć artystycznych plastycznych

    pozdrawiam obie Panie
    cicho

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak myślałam, że wejrzysz głębiej w te warstwy :)

      Usuń

Moderowanie komentarzy, po zatwierdzeniu pojawią się na blogu.