![]() |
| Daras Bareya |
Przyniósł ją powiew wiatru, pomruk czegoś, co bardziej gnębi
niż nachalność plam na koszulce czy wyschnięty islandzki porost.
Nieskończenie dawno, daleko, gdzieś tam zaprzestałam przyrastać,
jakbym była efektem kolejnej stylistyki. Wypełniona substancją,
zaczerpniętą z wulkanu. Stąd szare ubrania i krwisty odcień lakieru.
Za chwilę wejdzie mężczyzna, już wtedy zabraknie pieniędzy, tchu
i ulotnej chwili. Urwie się kadr, gdy wbiegniemy pomiędzy drzewa,
za plecami zapłonie ognisko. Zerknę później na fotki z satelity,
poprawię się, ciebie, zaprę, że na fotografii widać jak cisnęłam
garść piachu. W jego oczy, w gorącą żarówkę, aż nagle coś zgrzytnęło,
pękło.
Odepchnęłam się nogami od brzegu, woda wychyliła ponad krawędź.
Węzeł na włosach był dostatecznie mocny, choć robiłam go po omacku.
Spoglądałam w górę, szukałam rozwiązań w punktach na niebie
uczepiona do szorstkiego sznura chciałam poczuć, poczułam piasek.
Wbite palce w kamienie, ale wilgoć rozeszła się i wsiąkła, a oddech
parzył, zżerał od środka, jak lawa, której nie możesz powstrzymać.
Uciekasz.
Chciałabym być silna. Bo jeśli nie ma gwiazd, to co zrobisz,
żeby zapomnieć, ile razy zamkniesz oczy, wygniesz się jak do trójskoku,
roześmiejesz, westchniesz. Z ciężką walizką przejdziesz przez próg.
