wtorek, 13 października 2026

Z cyklu: wychodzimy z cienia

 




Połów

Łapiemy słowa rękami. Niektóre są śliskie.
Inne mają zęby. Jedno ugrzęzło między palcami
i przez trzy dni nie mogłam przestać
myśleć o dzieciństwie.

Drugie było martwe. Trzecie pachniało koperkiem.
Czwarte powiedziało, nie przesadzaj.

To było najgorsze.

Wyrzuciłam je do rzeki.

Wieczorem wszystkie wróciły
do kieszeni płaszcza.
Niektóre rzeczy mają bardzo dobrą orientację.



niedziela, 11 października 2026

Światło, które oddycha przez pory

 



Są książki, które powstają z języka. Z przeczytanych zdań, tradycji literackiej, potrzeby odpowiedzi innym autorom, czytelnikom. Ale są też takie, które rodzą się wcześniej, jeszcze przed słowami, metaforami, przed decyzją o pisaniu. Powstają z temperatury światła na ścianie o piątej po południu. Z zapachu mokrego torfu po deszczu. Z dźwięku dziecięcego oddechu w drugim pokoju. Z ciała, które przez lata uczyło się rozpoznawać straty szybciej niż nadzieję. Nowy projekt książki wyrósł właśnie z takich miejsc. Nie z potrzeby opowiedzenia historii, ale z potrzeby uchwycenia sposobu istnienia w świecie, który coraz częściej wydaje się jednocześnie piękny i wyczerpany. To nie jest książka o katastrofie, choć cień katastrofy przesuwa się przez nią nieustannie, jak późne światło po podłodze. Nie jest też książką o melancholii, mimo że rozpad stał się jej naturalnym językiem. To raczej próba zapisania bardzo szczególnego rodzaju czułości, tej, która pojawia się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje wierzyć w trwałość. Może właśnie dlatego najważniejsze były dla mnie zapachy. Nie idee, program, nawet nie literatura.

Zapach ziemi, która długo utrzymuje wilgoć. Zapach kawy wypijanej nad rzeką, kiedy powietrze jest jeszcze zimne, ale światło już próbuje udawać lato. Zapach drewna cedrowego i kurzu w domach, w których ktoś kiedyś długo czekał. Zapach mokrych ubrań rozwieszonych przy kominku. Skóry dziecka tuż po przebudzeniu. Deszczu zatrzymanego w sierści psa. Pamięć nie jest przecież archiwum obrazów. Pamięć tym miejscu jest chemiczna. Zostaje w człowieku jak pyłek, którego nie da się całkowicie wypłukać z płuc. Kiedy myślę o źródle mojego pisania, wracam do chwil bardzo prostych i bardzo cielesnych. Do obserwowania trawy chwilę po zmroku, kiedy przestaje być krajobrazem, a staje się rodzajem oddychania ziemi. Do dziecięcych pytań zadawanych bez ironii. Do momentów, w których człowiek rozumie nagle, że przyroda nie jest dekoracją dla naszego życia, lecz systemem, do którego należymy nawet wtedy, gdy próbujemy o tym zapomnieć. Może dlatego w tych tekstach tyle jest osmozy. Przenikania. Rozpuszczania granic pomiędzy ciałem a światem. Bo im dłużej żyję, tym mniej wierzę w oddzielność. W młodości wydaje się nam, że jesteśmy autonomicznymi bytami. Mamy własny środek ciężkości, narrację, własne granice. Z czasem przychodzi doświadczenie utraty, choroby, starzenia się, miłości, macierzyństwa, żałoby i człowiek zaczyna rozumieć, że wszystko nieustannie przez niego przepływa. Światło. Ból. Cudze lęki. Zapachy dzieciństwa. Pogoda. Czas. Nie jesteśmy zamkniętymi formami. Jesteśmy membranami.

I chyba właśnie to próbowałam zapisać.

Nie interesuje mnie już literatura, która udaje kontrolę nad światem. Coraz bardziej poruszają mnie dzieła niedomknięte, drżące, świadome własnej prowizoryczności. Być może dlatego tak ważni pozostają dla mnie artyści, którzy potrafili uczynić z kruchości osobny język. David Lynch rozumiał, że rzeczywistość nigdy nie jest stabilna. Codzienność pulsuje jak coś niepokojącego, ale też niezwykle czułego. Jego filmy były dla mnie ważne nie dlatego, że były dziwne, lecz dlatego, że pozwalały światu przeciekać. Przypominały sny pozostawione w połowie drogi pomiędzy ciałem a językiem. Sen mieszał się tam z materią, banalność z metafizyką, śmieszność z rozpaczą. Człowiek nigdy nie był w nich figurą skończoną. Raczej migotaniem. Po obejrzeniu filmu nie czułam w sobie żadnych odpowiedzi, ale miałam inną temperaturę myślenia. I może o to chodzi w prawdziwej sztuce: nie żeby wyjaśniała, lecz żeby zmieniała sposób odczuwania rzeczywistości. Żeby po obejrzeniu filmu inaczej pachniała kawa. Inaczej układał się cień na ścianie. Inaczej bolała samotność. Podobnie działała na mnie twórczość Tomaža Šalamuna, jego zdolność do rozszczelniania sensu. Do tworzenia poezji, która nie tłumaczy świata, ale pozwala oddychać. I Julia Fiedorczuk, która potrafi pisać o biologii, ekologii i czułości tak, jakby wszystkie te porządki były jednym organizmem. Ale inspiracje artystyczne to tylko część prawdy. Bo równie ważna dla mnie była zwykła codzienność. Rdzewiejące ogrodzenia. Mokre Koty. Światło odbijające się od szyby autobusu. Wnuczka pytająca, czy sarny mają sny. Z wiekiem zaczęłam rozumieć, że filozofia nie rodzi się wyłącznie w bibliotekach. Rodzi się również podczas obierania ziemniaków, w kolejkach do lekarza, przy rozwieszaniu prania, podczas słuchania cudzego kaszlu w nocy. Ciało oddycha. Przyroda myśli. Dom lewituje. I literatura, która chce być uczciwa wobec współczesności, musi nauczyć się słuchać tych procesów. Wiele razy miałam poczucie, że żyjemy dziś w kulturze nadmiaru interpretacji i niedoboru obecności. Wszystko natychmiast zostaje nazwane, sklasyfikowane, zamienione w opinię lub reakcję. Tymczasem najbardziej interesujące doświadczenia często wymykają się językowi. Są bardziej cielesne niż intelektualne.

Na przykład zmierzch.

Nie chodzi nawet o sam moment przejścia dnia w noc, ale o szczególną zmianę percepcji, która wtedy następuje. Kolory stają się cięższe. Przedmioty tracą kontury. Człowiek nagle zaczyna widzieć własne życie mniej linearnie, bardziej organicznie. Jakby wszystko było częścią jednego powolnego obiegu. To doświadczenie bardzo mnie interesowało. Nie dramatyczne przełomy. Nie wielkie narracje. Raczej ciche przesunięcia świadomości. Moment, w którym człowiek przestaje walczyć z nietrwałością i zaczyna ją obserwować. Może dlatego w tych tekstach tyle miejsca zajmuje rozkład. Ale nie rozkład rozumiany jako katastrofa. Bardziej jako forma pracy świata i jego dotykanie materii. Trawa gnijąca po zimie. Liście rozpadające się w ziemi. Rdza. Pleśń. Ciało starzejące się powoli i bez teatralności. Przez wiele lat kultura uczyła nas patrzeć na rozpad wyłącznie jak na porażkę. Tymczasem natura nie zna pojęcia porażki w ludzkim sensie. W naturze wszystko jest przemianą. Gnicie nie jest przeciwieństwem życia. Jest jego dalszym ciągiem. Myślę, że ta świadomość przyszła do mnie nie tyle przez filozofię, ile przez obserwowanie ogrodu. To właśnie ogród nauczył mnie cierpliwości wobec procesów. Narcyzy przekwitające zbyt wcześnie. Mokre korzenie. Torf. Ślimaki zjadające liście czosnku. Ptaki budujące gniazda w miejscach, które wydawały się martwe. Przyroda nie zna perfekcji. Zna tylko ciągłość. I może właśnie dlatego daje ukojenie. Bo współczesny człowiek jest śmiertelnie zmęczony koniecznością bycia kompletnym. Musimy nieustannie się definiować, rozwijać, produkować sens, reagować, udowadniać własną wartość. Tymczasem drzewa po prostu stoją. Trawa zwyczajnie rośnie. Rzeka nie buduje narracji o swoim przepływie. To niezwykle wyzwalające. W pewnym momencie zaczęłam myśleć o spokoju nie jako o stanie szczęścia, ale jako o rezygnacji z nadmiaru interpretacji. Nie chodzi o obojętność. Wręcz przeciwnie. To raczej bardzo intensywna forma obecności. Patrzenie bez natychmiastowej potrzeby nazywania. Słuchanie bez przygotowywania odpowiedzi. Bycie z drugim człowiekiem bez konieczności ukojenia jego bólu. To trudne, bo kultura nauczyła nas, że każde doświadczenie musi zostać przetworzone w komunikat. Tymczasem istnieją formy czułości, które nie potrzebują języka. Myślę o tym często, kiedy obserwuję dzieci. Dziecko nie pyta jeszcze, czy świat ma sens. Pyta, dlaczego liście odpadają z drzew, kiedy są wciąż zielone. Pyta, czy zwierzęta śnią. Czy ciemność się boi. Czy można oddychać pod wodą. W tych pytaniach jest coś fundamentalnie filozoficznego, ale pozbawionego akademickiego ciężaru. To filozofia wynikająca z zachwytu i lęku jednocześnie. I chyba właśnie do takiego sposobu patrzenia próbowałam wrócić. Nie do dziecięcej naiwności. Do dziecięcej przepuszczalności. Do umiejętności bycia częścią świata, a nie jego komentatorką. Dlatego tak ważna była dla mnie empatia. Ale nie empatia rozumiana jako moralny obowiązek. Raczej jako biologiczna świadomość współistnienia. Człowiek oddycha tym samym powietrzem co drzewa. Nasze ciała składają się z tych samych pierwiastków co gwiazdy. Rozkład jednej formy życia staje się pożywieniem dla innej. To nie metafora. To dosłowność. A jednak współczesność zrobiła wszystko, żebyśmy o tym zapomnieli. Żyjemy w kulturze separacji. Oddzieleni od natury. Od własnych ciał. Sąsiadów. Starości. Śmierci. Nawet żałoba coraz częściej musi być estetyczna i funkcjonalna. Szybka. Produktywna. Tymczasem prawdziwy smutek jest chaotyczny. Ma własną pogodę. Rytm. Potrafi wracać latami pod postacią zapachu albo nagłego światła na twarzy obcej osoby. Bardzo interesowało mnie właśnie to doświadczenie powracania. Nie tylko ludzi. Również emocji. Ciał. Wspomnień. Miejsc. Bo nic nigdy nie znika całkowicie. Zmienia tylko formę. Może dlatego w projekcie, który obecnie układam tyle miejsca zajmują cienie. Cień jest przecież dowodem obecności światła, ale również dowodem materialności ciała. Nie istnieje samodzielnie. Jest relacją. Od zawsze fascynowała mnie jego ontologiczna niepewność. Jest. Ale nie można go dotknąć. Znika. Ale wraca. Towarzyszy człowiekowi najwierniej właśnie wtedy, gdy światło słabnie. W pewnym sensie cały ten projekt jest próbą pisania z miejsca cienia. Nie centrum. Nie pewności czy dominacji. Raczej obrzeża. Przejścia. Zmierzchu. Być może wynika to także z wieku. Starzenie się, co nie wydaje mi się dziś tragedią. Bardziej zmianą sposobu widzenia. Młodość jest gwałtowna, ekspansywna, przekonana o własnej wyjątkowości. Dojrzałość zaczyna rozumieć skalę świata. To wcale nie musi być smutne. Przeciwnie. Jest uwalniające. Nie trzeba być już w centrum narracji. Można stać się częścią obiegu. Coraz częściej myślę, że największą iluzją nowoczesności była wiara w trwałość indywidualnego „ja”. Tymczasem wszystko w nas jest przepływem. Komórki umierają. Pamięć się przepisuje. Język zmienia znaczenia. Nawet miłość nie pozostaje tym samym uczuciem przez całe życie. Ale to nie oznacza pustki. Raczej ruch. Transformację. Oddychanie. W sztuce zawsze najbardziej poruszały mnie dzieła świadome własnej nietrwałości. Japońska estetyka wabi-sabi. Popękane ceramiki. Fotografie z rozmytym światłem. Filmy, które zostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. Muzyka brzmiąca tak, jakby za chwilę miała się rozpaść. Piękno nie wynika tam z perfekcji. Wynika z obecności czasu. I może właśnie dlatego tak bardzo interesuje mnie dzisiaj zwyczajność. Nie spektakularne wydarzenia. Raczej drobne akty trwania. Robienie kawy. Otwieranie okna. Dotyk dłoni. Powolne rozwieszanie mokrych ubrań. Światło na talerzu. Oddychanie obok kogoś.

W sztuce przez lata uczyłam się podziwiać gest. Wielkie cięcie. Przełom. Manifest. Ale im jestem starsza, tym bardziej interesuje mnie to, co dzieje się po wszystkim. Nie moment eksplozji, tylko pył osiadający na parapecie. Nie krzyk, lecz zmiana temperatury powietrza po wyjściu drugiego człowieka z pokoju. Człowiek przecież składa się głównie z pozostałości. Z rzeczy niedopowiedzianych, źle zapamiętanych, przesuniętych w czasie. Nasza pamięć nie archiwizuje wiernie. Ona kompostuje doświadczenie. Rozkłada je na elementy odżywcze. To niezwykle poruszające, kiedy obserwuje się, jak dzieci traktują naturę nie jako „zasób”, „krajobraz” czy „temat ekologiczny”, ale jako przedłużenie własnego organizmu. Sophia mówi, że nie boi się topnienia lodowców, bo potrafi oddychać pod wodą. I w tym zdaniu jest więcej metafizycznej odwagi niż w większości dorosłych debat o przyszłości planety. Dzieci nie oddzielają jeszcze katastrofy od wyobraźni. Dlatego ich nadzieja nie jest naiwna, lecz organiczna.

Myślę czasem, że współczesny człowiek utracił zdolność miękkiego uczestniczenia w świecie. Wszystko chce kontrolować albo interpretować. Nawet miłość coraz częściej przypomina zarządzanie emocjonalnym projektem. Tymczasem najważniejsze relacje w naszym życiu dzieją się poza kontrolą. Pomiędzy jednym oddechem a drugim. W ciszy po rozmowie. W geście poprawiania kołdry. W tym, że ktoś pamięta, jak pijesz kawę, choć sam już dawno przestał wierzyć w trwałość czegokolwiek. Bardzo długo wydawało mi się, że dojrzałość polega na umiejętności nazywania. Że trzeba umieć opowiedzieć świat, żeby go ocalić. Ale z czasem zaczęłam podejrzewać, że nadmiar języka może być formą przemocy wobec doświadczenia. Są przecież stany, które przestają oddychać, kiedy próbuje się je zamknąć w definicji. Jak światło oglądane zbyt blisko. Jak cień, który znika, gdy próbujemy go dotknąć. Kiedy myślę o sztuce, coraz częściej wydaje mi się, że jej zadaniem nie jest produkowanie znaczeń, lecz przywracanie czułości wobec rzeczy istniejących. Nie chodzi o to, by tłumaczyć świat. Świat doskonale radzi sobie bez naszych interpretacji. Chodzi raczej o to, żeby nauczyć się patrzeć bez natychmiastowej potrzeby zawłaszczania widoku. W tym sensie bliska jest mi sztuka, która pozostawia przestrzeń na niewiedzę. Tarkowski. Lynch. Rothko. Louise Bourgeois. Artyści, którzy rozumieli, że najgłębsze doświadczenia nie kończą się puentą. Zasadniczo, to człowiek przecież nie żyje wielkimi narracjami. A raczej rytmem cykli. Powtarzalnością. Obecnością innych ciał w przestrzeni. Tym, że ktoś wraca wieczorem do domu. Zapala światło w kuchni. Parzy herbatę, choć wszystko wydaje się chwilowe. Wychodzi. Zapomina wyłączyć światło. Wraca. Sprawdza, czy zamknął drzwi. Wyłącza światło i po omacku wspina się schodami do sypialni.

I może właśnie dlatego tak bardzo interesuje mnie dzisiaj pojęcie obiegu. Nic nie znika przecież naprawdę. Rzeczy zmieniają stan skupienia. Miłość staje się pamięcią. Pamięć staje się gestem. Gest staje się rytuałem. Człowiek odchodzi, ale zostawia po sobie temperaturę świata. Sposób składania ręczników. Intonację jednego słowa. Zapach perfum w kurtce wiszącej w szafie przez wiele lat po śmierci. Nie wierzę już w trwałość rozumianą dosłownie. Wierzę raczej w przenikanie. W to, że jesteśmy dla siebie nawzajem substancjami rozpuszczalnymi. Nosimy w sobie cudze głosy, ruchy, lęki, czułości. Nawet po odejściu innych ludzi nadal oddychamy trochę ich rytmem. To chyba najbardziej porusza mnie w sztuce i życiu, świadomość, że wszystko jest jednocześnie kruche i uporczywe. Trawa wyrastająca przez pęknięcie w betonie. Światło wpadające do pokoju po czyjejś śmierci. Dziecko śmiejące się w chwili, gdy dorosły już prawie zapomniał, że można.

I może właśnie dlatego nadal piszę. Nie po to, żeby wyjaśnić świat. Raczej po to, żeby dotknąć go jeszcze raz, zanim zmieni kształt.

O człowieku

Mówię zawsze z pewnym opóźnieniem, jakby sens musiał
najpierw przejść przez magazyn strat, halę, w której sortuje się gesty
na nadające się do użytku i te, które od razu pachną spalonym plastikiem,
bo człowiek jest konstrukcją tymczasową, złożoną z ambicji.
Miały być wieczne. I z ciała, od początku wie, że pracuje
na zwolnionych obrotach, jak fabryka uruchomiona tylko po to,
by udowodnić, że jeszcze potrafi hałasować.

O człowieku myślę jak o istocie, która nauczyła się wzruszenia
tak samo, jak nauczyła się liczenia pieniędzy i martwych godzin,
mechanicznie, z niewielką domieszką wstydu, bo empatia bywa
dziś walutą obiegową: nosi się ją w kieszeni razem z kluczami,
czasem wypada na chodnik, czasem ktoś ją podnosi i oddaje,
ale najczęściej nikt nie zauważa, że coś się stłukło.

Jest w człowieku ta osobliwa zdolność do budowania sensu
z materiałów niskiej jakości: z resztek dzieciństwa, obietnic
składanych w biegu, z miłości, która miała być schronieniem,
a okazała się instrukcją ewakuacji bez wyjść awaryjnych.
I mimo to człowiek wciąż mówi: to jeszcze nie wszystko,
jak aktorka, która po pożarze scenografii wraca na scenę,
poprawia fryzurę i gra dalej na tle czarnej ściany.

Czułość w człowieku nie jest delikatna,
jest ciężka, lepka, czasem nie do uniesienia, jak mokry dywan
wyciągnięty z zalanej piwnicy, i właśnie dlatego tak często udajemy,
że jej nie ma, to tylko przeciąg, reakcja chemiczna, błąd
w odczycie emocji. Ironia pomaga przetrwać:
pozwala nazwać rozpacz zmęczeniem,
a strach realistycznym podejściem do przyszłości.

O człowieku nie da się mówić bez odrobiny okrucieństwa,
bo życie samo w sobie jest niegrzeczne: wchodzi bez zapowiedzi,
przestawia meble, zostawia po sobie kurz i pytania,
na które nikt nie planował odpowiadać na głos. A jednak
w tej niechcianej bliskości, pomiędzy jednym rozczarowaniem
a następnym, pojawia się coś upartego, impuls, by nadal patrzeć,
reagować, próbować nazwać to, co wymyka się językowi.

Człowiek jest więc procesem, nie figurą: ciągłym stawaniem się wbrew
dowodom, że to przedsięwzięcie jest nierentowne. I może właśnie
w tym tkwi jego osobliwa godność, w tym, że wie o swojej prowizoryczności,
a mimo to codziennie rano wkłada ciało, pamięć i ironię,
jak roboczy kombinezon i wychodzi sprawdzić, czy sens jeszcze dziś działa.





piątek, 9 października 2026

Wychodzimy z cienia

 



I


Wychodzimy z cienia w ubraniach z czarnej wełny.
Zamek drażni brodę. Zbyt długi rękaw, by podać komuś rękę.
Na ulicy pachnie mokrym betonem, a może asfaltem
i czymś słodkim, czego nie potrafię nazwać.

Może tak będzie pachnieć planeta po człowieku?

A jeśli przyniosę zapach, nie kwiaty, tylko rękaw płaszcza,
w którym ktoś umarł zanim zdążył zmienić zdanie?
Płaszcz, opada ciężko aż do ziemi.

Patrzę długo.

W szafie znalazłam jeszcze wetiwer, kurz i coś gorzkiego,
jakby skórka pomarańczy przegryzła się przez podszewkę.

Nieobecność w rozmiarze czterdzieści osiem,
nie oddycha, ale zajmuje miejsce. Otwieram okno.
Przeciąg wyrywa słowa, których nie powiedziałam na czas,
i rozrzuca je po parkingu jak ulotki nieistniejącej partii.

Jedna przykleja się do mokrej opony.
Nikt nie musi jej czytać.
Tylko dlaczego stoję przy szybie i czekam, aż samochód ruszy?

Wreszcie rozumiem,
że całe życie chciałam mieć właśnie tę rzecz.
Plecy bez historii.

czwartek, 8 października 2026

Osad

 


Kocham tę akwarelę i tak właśnie wyobrażam sobie zapach.



Drzewo nie zaczyna pachnieć wtedy, kiedy kwitnie.
Najpierw musi zostać zranione.

Potem wchodzi grzyb, pod korę jak ktoś,
kto zna adres, ale nie zna gospodarza.
Resztę robi czas.

Zarażone drewno ciemnieje.
Twardnieje.
Milczy.

Ktoś je ściera, wkłada do ognia, wyjmuje
i sprzedaje w małej butelce.
Mililitry ciemności. Stoję przy umywalce
i pachnę cudzą raną. To dziwnie uspokaja.

Przez chwilę nie muszę wiedzieć,
czy jeszcze jestem człowiekiem,
czy już produktem ubocznym jakiejś rośliny.



wtorek, 6 października 2026

Konkurs konkurs i po konkursie

 



Miałam niewiele czasu by wykonać tę pracę. Wróciłam z Polski 27 września, a termin oddania pracy konkursowej w TUS (moja alma mater) upływał 1 października (no i tutaj żadnych wymówek – termin to termin). Dzisiaj wg regulaminu konkursu nominowani autorzy zostali powiadomieni, że ich prace przeszły do dalszego etapu. Moja praca nie została zakwalifikowana (nie otrzymałam stosownego powiadomienia), więc prezentuję ją tutaj. Na szczęście zdecydowałam się nie oprawiać jej w ramę. Praca ta łączy sztukę, projektowanie, naukę i akt odkrywania poprzez proces całkowicie analogowy. Stworzyłam ten kolaż z fragmentów moich projektów badawczych i końcowych, powstałych w czasie studiów na TUS – w okresie, gdy od studentów wciąż oczekiwano tworzenia, prowadzenia badań, eksperymentowania i myślenia poprzez działanie własnymi rękami. Elementy te zostały celowo wyrwane z pierwotnego kontekstu: to ślady eksperymentów, pomysłów, systemów i obserwacji wizualnych. Interesowało mnie również pismo jako forma pośrednia pomiędzy językiem, obrazem a systemem – nie tylko jako środek komunikacji, ale jako materiał, wzór i świadectwo procesu myślowego. Dla mnie to właśnie w chaosie rodzi się odkrycie: w burzy mózgu, zderzeniu niepowiązanych ze sobą fragmentów, w nieudanym eksperymencie czy nieoczekiwanym powiązaniu. Praca ta nie jest rekonstrukcją moich studenckich projektów, lecz wizualnym zapisem ich pozostałości – tego twórczego chaosu, z którego wyłaniają się pomysły.

I tak oto kończy się moja krótka przygoda z tym konkursem.

Papier bawełniany o gramaturze 320, wymiary 560 × 760 mm.

I had very little time to make this work. I back from Poland on 27 September, and the deadline for submitting work to the TUS competition was 1 October (No excuses - a deadline is a deadline). The work wasn’t selected, so I’m showing it here instead. And, thankfully, I decided not to make a frame for it. The work brings together art, design, science and the act of discovery through a completely analogue process. I created the collage from fragments of my research and final projects made during my studies at TUS, from a time when students were still expected to make, research, experiment and think through their own hands. The fragments have been deliberately removed from original contexts: traces of experiments, ideas, systems and visual observations. I was also interested in writing as something between language, image and system, not simply communication, but material, pattern and evidence of thought. For me, chaos is where discovery begins: the brainstorm, the collision of unrelated fragments, the failed experiment and the unexpected connection. This piece is not a reconstruction of my student work, but a visual record of its residue, the productive chaos from which ideas emerge. And that’s the end of my little competition adventure.

320 gsm cotton paper, 560 × 760 mm.


Congratulations to everyone at Graphic Design TUS Athlone on 50 years of design education. Thank you to all the lecturers and staff - past and present - who have contributed to this remarkable 50-year journey and continue to give students the space, knowledge and encouragement to create. I dedicate this work to the people who taught me to look, question, experiment and make - and to everyone who has helped keep the creative spirit of Graphic Design in Athlone alive for the past 50 years.

Happy 50th Anniversary, Graphic Design TUS Athlone!





poniedziałek, 5 października 2026

Zastanawiam się

 




Lekcja świata (VI)

– o kolorach do wypicia, zaszeptania i zapomnienia
W jej palcach:
lilac dust i waniliowa sól,
przyklejają się do opuszków.
Dłonie jak paleta bez planu.
Obraz, który właśnie się zaczyna.

– To jest sorbetowy róż śpiącego lisa –
mówi, pokazując na cień za kanapą.

– A ten?
– Budyń z księżyca. Ale tylko z trzeciej nocy.

Stół jak mapa zmyśleń.
W misce pastelowe klocki.
Rozpoznaję: matcha,
słodkie shiso,
i coś, co przypomina smak ciszy po deszczu w Kioto.

Ona nie zna jeszcze nazw.
Mówi do mnie:

– Ten kolor ma dźwięk. Jakbyś dmuchała przez rurkę w mleko.
Uczę się od niej,
jak można widzieć świat, zanim się go wymyśli.
Słowa są późniejsze.
Smaki są pierwsze.
Między nimi: skórka z yuzu,
kiedy nikt nie patrzy.
Patrzę na nią.
Twarz ma w odcieniu mochi z różą.
Uśmiech – prawie przezroczysty.

Zastanawiam się,
czy Japonia wie,
jak bardzo na nią czeka.



Lekcja świata (VII)
(o zapachach, które robią dziury w czasie.
Zabawy w koniec i początek)


Dziś uczymy się nosami. Nie od razu wchodzimy w dzień.
Najpierw: zasłonięte oczy.
Cisza jak zakładka w starym komiksie.
Podaje mi zapach: rękaw koszuli po całym dniu.

– To jest... człowiek, który wraca.
Ale jeszcze się nie przywitał
– mówi.

Z pudełka wydobywa inne.
Skrawki powietrza, które zebrała pod łóżkiem:
cynamon z kąta książki kucharskiej,
zjełczały dżem figowy,
plastik nowej lalki bez imienia.

– Każdy z tych zapachów to osobna droga –
mówię, choć nie wiem, dokąd idziemy.
Zakręca mi pod nosem małą fiolkę.
Zanim cokolwiek powiem:

– To jest zapach, który ma kolor.
Szary z niebieskim końcem.
Jak chmura, która chce być deszczem,
ale nikt jej nie pozwala.

Przypomina mi się:
rękawiczka dziadka z wełny i smoły,
puder babci, który pachniał jak list.

Ona to wszystko zna,
choć nie była wtedy nikim poza przyszłością.

Siedzimy na dywanie, który od lat wchłania historie.
Zapach dnia dzisiejszego: ciepłe stopy i otwarte okno.
I sos sojowy, który rozlała.

Śmiejemy się. Pachnie, jakby coś się zaczynało,
choć nikt nie znał przepisów.


str. 51-53
Dla córki mojej córki


piątek, 2 października 2026

Ściepa

 


Są tacy ludzie, którzy przed laty przeciorali mnie przez hejt, szczucie i publiczny lincz. I żyją sobie świetnie. Mało tego, wokół nich zbierają się kolejni. Jedni lubią szczuć, inni lubią patrzeć, jeszcze inni lubią stać obok właściwych ludzi i mieć z tego swój mały poblask. Do tego dochodzą znajomi, którzy najwyraźniej nie widzą problemu, bo przecież wszyscy się znamy, to tylko czytanie wierszy, nie można rozdrapywać przeszłości. Otóż można. I czasem trzeba. Mnie zatrzymuje coś, co dla innych najwyraźniej nie ma żadnego znaczenia, pamięć i zasady. Nie potrafię być blisko ludzi, którzy wielbią moich oprawców. Nie potrafię udawać, że nic się nie stało, tylko dlatego, że dziś dobrze jest być po właściwej stronie towarzyskiego stolika. Nie potrafię klaskać ludziom, którzy kiedyś szczuli na mnie, a dziś są obudowani zachwytem, znajomościami, wystawami i kolejnymi osobami gotowymi robić im za publiczność. I nie, nie chodzi o to, że oczekuję od kogokolwiek wojny w moim imieniu. Nie oczekuję deklaracji lojalności. Każdy dorosły człowiek wybiera sobie ludzi, z którymi chce przebywać, pić kawę, robić interesy czy wymieniać uprzejmości. Ale ja również wybieram. I jeżeli ktoś świadomie wchodzi blisko ludzi, którzy mnie skrzywdzili, to ja mam prawo zrobić krok w tył. Bez awantury, tłumaczenia się. Bez obowiązku dalszej bliskości. Bo nie, przecież to tylko spotkanie albo to tylko wernisaż, nie jest dla mnie argumentem. Spotkanie na scenie nie unieważnia charakteru człowieka. Wspólny występ nie robi z oprawcy przyzwoitego człowieka, a ze mnie nie robi przewrażliwionej idiotki. Można oczywiście zrobić zrzutkę, komuś pomóc, coś ufundować, pojawić się przy szczytnym celu, mieć zdjęcie z dobrym uczynkiem. I bardzo dobrze, dobroczynność sama w sobie jest dobrem. Tylko nie rozumiem, dlaczego ma być automatycznym wybielaczem charakteru. Można komuś pomagać i jednocześnie być człowiekiem, który krzywdzi innych. Jedno nie kasuje drugiego. Dobry uczynek nie jest środkiem piorącym sumienia. Nie mam też potrzeby przekonywania nikogo, że powinien widzieć tych ludzi tak jak ja. Niech widzi ich, jak chce. Niech się z nimi wystawia. Niech ich podziwia. Niech idzie za nimi. Idziesz z nimi, idź. Mnie tam nie będzie. I nie miej w sobie poczucia, że Ci mnie brakuje. I że przez to wypadnę z jakiegoś obiegu. Być może mnie skreślisz, odsuniesz, uznasz, że jestem trudna, pamiętliwa albo nie umiem odpuścić. Trudno. Mam większy problem z tym, żeby sprzedać własne zasady za święty spokój i miejsce przy cudzym stole. Nie umiem. Nie chcę. I już.

wtorek, 29 września 2026

Artyści

 


No to oglądam Lalkę i Dżentelmenów. I to są dla mnie dwie zupełnie różne przyjemności. Lalka podoba mi się bardzo, każda persona, piórko, perła, koronka, rękawiczka, bruk i brud. Jest w tym wszystkim coś, co mnie wciąga, ta cała materia epoki, jej przesada, elegancja i cały ten syf. Lubię patrzeć na ludzi, którzy są ubrani jak z obrazów, a jednocześnie chodzą po błocie. Natomiast Dżentelmeni odjeżdżają kompletnie, przez Guya Ritchiego, więc trudno abym oczekiwała umiaru. U niego wszystko jest podkręcone, gangsterka, pieniądze, arystokracja, przemoc, dowcip, kobiety, mężczyźni, ubrania, samochody, psy, trupy i angielska posiadłość, która najwyraźniej może być jednocześnie pałacem, meliną i przedsiębiorstwem narkotykowym. Skrajność nad skrajnościami. I dlatego to działa na mnie jako rozrywka. Bo właśnie tak traktuję oglądanie filmów i seriali. To nie musi być wielkie dzieło. Ma mnie jedynie na chwilę wyłączyć z mojego własnego mózgu. Książki są oczywiście najważniejsze, z nimi pracuję, czytam, wracam, grzebię. Film czy serial jest czymś innym. Resetują mnie. Mogę sobie usiąść i patrzeć, jak ktoś inny ma problemy, najlepiej w pięknych wnętrzach i z dobrze zrobioną scenografią. Tym bardziej że nigdy nie byłam wielką fanką książki Prusa. Prus mnie nie uwiódł na tyle, abym chciała do niego wracać z nabożnością. Więc alternatywna wersja bardzo mi odpowiada. Znam historię, znam bohaterów, ale mogę wejść w to od innej strony, przez kostiumy, twarze, wnętrza, gesty, światło. I nagle Wokulski nie musi być Wokulskim z mojej szkolnej pamięci. Może sobie po prostu być facetem w świetnie skrojonym garniturze, który patrzy na Izabelę jak na nieszczęście, którego pragnie. A ostatnio towarzyszy mi jeszcze pizdeczka, w sumie pizda, ale wolę zdrobnienie. To jest znakomite słowo i jak przepięknie się odmienia: pizdeczka, pizdeczki, pizdeczce, pizdeczką, pizdeczko. Można z nim przejść przez całą składnię bez żadnego wysiłku, szczególnie w czasie kierowania autem w mieście. Jest małe, miękkie, a jednocześnie ma w sobie pewną bezczelność. Idealne w czasie oglądania seriali, w których jedni noszą perły, drudzy strzelają do ludzi, a ja siedzę sobie z pizdeczką i mam święty spokój. No i Jakub Jarno, jak Mróz, no temu panu odjechał peron. Marionetka ten Jarno. I jeszcze... Benjamin Clementine, najpierw epizod w Diunie, a teraz w serialu, miód i orzeszki. Jarno pizdeczka, Benjamin artysta. Tak już jest. 

PS

Wpadłam na przerwę śniadaniową do Was. I nie, no nie byłam w kinie i nie pójdę. Przez Kondrata. Bo jak można grać w Lalce, tyle że w wersji kinowej, a jednocześnie opowiadać takie kocopoły o serialu? No co za luj. Wszystko mi zepsuł. A mogło być tak miło. Bo przecież już sama reklama mnie złapała. Jest tam scena ulewy, Łęcka stoi w deszczu i od razu mam skojarzenie z Dumą i uprzedzeniem, z Keirą Knightley i sceną, w której filmowy pan Darcy się oświadcza. I osobiście uważam, że zaraz po zakończeniu, jest to jedna z najbardziej romantycznych scen w całym filmie. Ten deszcz, napięcie, mokre ubrania, emocje pod samą skórą. Niby nic, a jednak wszystko. Więc kiedy reżyserzy zaczynają mi tak pokazywać miłość, to ja już jestem gotowa. Proszę bardzo. Może być grubo. Może być melodramatycznie. Mokro, nerwowo i z wielkim uczuciem. Albo może oczywiście nie być nic z tego ale wtedy po co mi ta ulewa? I już byłam trochę ciekawa tej kinowej Lalki. A teraz Kondrat wyskoczył ze swoimi kocopołami i mi odczarował. No luj pizdeczka. A mogło być tak pięknie.

„Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość”

poniedziałek, 28 września 2026

Klucz

 








Patrz na zdjęcie od dołu. Najpierw był hałas, chaos i myślałam, że zaraz na nas spadnie stado kaczek. Jak w bajce Migration. Ale w końcu kaczki się ogarnęły. Uformowały klucz i odleciały. 

niedziela, 27 września 2026

O śmierci

 



Ktoś mnie zapytał o wiersze, które nie weszły do książki powyżej. Ten wiersz nie pasował do cyklu. Moim zdaniem oczywiście. Wciąż mu się przyglądam i pewnie znajdzie  miejsce w innej książce. 

To się wydarzyło w czerwcu
z trzewi, na zawsze

To było późne popołudnie, ciepłe, ale wietrzne.
Dłonie trochę wilgotne od trzymania się za ręce.
Szłyśmy razem, bez pośpiechu ulicą Cedarwood,
zna nas na pamięć.

Sophie miała dwa dobierane warkocze,
zaplotłam jej świat w symetrię. Czarne,
jednobarwne spodnie, pasiastą bluzkę,
ładny blur, mówi, bo biały z czarnym robi szary,
a szary to nasz kolor, babciu,
najlepszy ze wszystkich, pomiędzy wszystkim.


Na nogach różowe trampki, akcent, ślad, znak rozpoznawczy.
Na bluzce odrobinę wytarta nalepka Good job.
Szłyśmy bez plecaka, tylko z butelką wody.

I wtedy zapytała: Babciu, a ty jesteś średnio młoda czy stara?
Światło przeszło przez jej rzęsy i widziałam tylko drżenie.
Przeszył mnie wiatr, jakby sam chciał usłyszeć odpowiedź.
Odpowiedziałam, że jestem już dojrzała,
ale jeszcze nie stara.

Zatrzymała się. Spojrzała w górę,
prosto w moje oczy, jakby nic poza tym nie istniało.
I powiedziała: Jak umrzesz, to będziesz w moim sercu.
Zawsze. Bo jesteś najważniejsza.
I będę płakała. Długo, babciu, bardzo długo.


I wtedy to przyszło, fala, której nie sposób zatrzymać.
Uklękłam obok niej. Objęłyśmy się mocno, jakby świat
był czymś, co można objąć ramionami.
I powiedziałam, że to wszystko prawda,
i że zostanę w niej.
W tej chwili, w tym blasku,
w naklejce, mimo że odkleja się na rogu,
w cieniu naszych ulubionych kolorów.

W domu kawa na kuchennym blacie, ostygła,
a połówka jabłka brązowiała powoli,
jakby wiedziała, że dziś nie potrzebuję słodyczy.


Czerwiec 2025

niedziela, 20 września 2026

Podsumowanie

 













Zdjęcia powyżej zrobił Paweł Dąbrowski.