niedziela, 8 listopada 2026

Czyli dalej listopad

 
























To było tak. Umówiłam się z mężem, że w sobotę rano pojedziemy do lasu. Do tego, o którym zapomniałam, a który przypomniał mi się podczas ostatniej wizyty nad oceanem. Jednak w sobotę o szóstej rano małżon spał snem sprawiedliwego i tylko przez sen wyszeptał: kochanie, pojedźmy jutro. Pomyślałam, że właściwie nie robi mi to różnicy. Napisałam do syna, że zmieniliśmy plany i wybieramy się w niedzielę. Odpisał, że do nas dojedzie. Umówiliśmy się na dziewiątą rano na parkingu w lesie. Sobotę spędziliśmy osobno. Mąż robił małą robótkę u znajomych, a ja z dziewczynami poszłam w miasto. Pyszna kawa, księgarnia, trochę rozmów tu i tam z ludźmi, zakupy, zakupy, jakieś przekąski. Miała być jeszcze druga kawa, w nowym miejscu, ale Sophia wyprowadziła nas w zupełnie inną stronę centrum i ostatecznie wylądowałyśmy przy smacznych frytkach z parmezanem i sosem z truflami. Na kawę nie miałam już miejsca. Wróciłyśmy do domu mniej więcej w tym samym czasie co wygłodniały małżonek. Szybko przygotowałam coś z bakłażanów, cukinii, czosnku i kalafiora. Zjedliśmy, posłuchaliśmy muzyki i poszliśmy wcześniej spać, żeby następnego ranka nie podpierać sobie nosów rękami. Rano mgła była tak gęsta, że można ją było kroić, choć nie bardzo wiadomo po co, skoro wcale jej nie ubywało. Na autostradzie byliśmy właściwie sami. I dobrze, bo widoczność z każdą chwilą wydawała się gorsza. Przed zjazdem na Limerick minęliśmy trzy ciężarówki. Tylko jedna miała włączone światła przeciwmgielne. Pomyślałam sobie, że niektórzy najwyraźniej mają do mgły więcej zaufania niż my. A potem, kiedy wjechaliśmy na płaskowyż Burren, nagle wyszło słońce. Niebo zrobiło się czyste, jakby ktoś przesunął zasłonę. Las okazał się lasem. Ładnym, nawet bardzo, ale też, nie będę tu zaklinała rzeczywistości, dla mnie odrobinę nudny. Przeszliśmy się, popatrzyliśmy, a potem malowniczą trasą pojechaliśmy nad ocean. I tam właściwie spędziliśmy resztę dnia. Słońce świeciło tak pięknie, że zupełnie nie mieliśmy ochoty wracać. Było nam dobrze. Bez specjalnego powodu i planu na kolejne atrakcje. Siedzieliśmy nad oceanem i korzystaliśmy z tego, że listopad na chwilę przestał być listopadem. Dzieci kąpały się w oceanie, przekopywały plażę i było jak w lipcu. Też na L... Ruszyliśmy, po drodze na czekoladę do cudnej kawiarni z kubkami bolesławieckimi. Z kawą jest tam różnie, więc tym razem zamówiłam czekoladę do picia. I był to bardzo dobry wybór. Syn wziął swoją z solonym karmelem i miodem. Sztos. Moja ekwadorska też była pyszna, choć miała zupełnie inny charakter. Zdecydowanie lepiej wychodzi im czekolada niż kawa, a ja nie widzę powodu, żeby udawać, że jest inaczej.

No i rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę, my we mgłę i tak już zostało aż do domu. Czyli dalej listopad.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.