czwartek, 22 października 2026

W ukryciu

 


Nic z wami nie muszę,
a jednak wychylam się, gdy zakręcasz.
Delikatnie, jak wiatr dotyka kurzu na starych ikonach.
Wiersze leżą odłogiem, wytarte chodniki,
ich sylaby to kamienie, znoszą ciężar kroku.
Na palec zwijam żyłkę. Po chwili jest już morszczynem,
potem grzbietem wieloryba, na końcu cieniem,
który zostaje na dłoni po zdjęciu obrączki z deszczu.

Przewijam sny na podglądzie. Prześwity tkanin, nitki rozpięte jak
pajęczyny pomiędzy powiekami. Leżymy w trawie. Merynosy
przesuwają chmury powoli, jakby biel była odmianą cierpliwości,
nie koloru.

Najwięcej hałasu robi fala, kiedy niczego nie zabiera.
Przesuwa tylko bursztyn, pióro mewy,
muszlę z różowym wnętrzem, jak świeżo zagojony język.
Rybę, która dawno przestała oddychać,
lub słowo. Nie zdążyło wybrzmieć?
Oglądam dłonie. Każde przecięcie
ma odcień dojrzałej jarzębiny, której tutaj prawie nie ma,
więc krew udaje owoc, żeby nie przestraszyć piasku.
Liczysz naparstnice. Ich fiolet
zawsze zachowuje się ostrożniej od ludzi.
Zbieram to, czego nie nazwałyśmy:
zapach mokrego porostu, ciemną zieleń,
pojawia się tylko wtedy, kiedy ktoś odchodzi
bez trzaskania gałęziami.

Wracamy osobno, ale droga jeszcze długo
niesie nas obie, jak korzeń cisu ukryty pod torfem,
który nie wybiera kierunku, tylko uważnie
omija kamienie.

2017

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.