Drażnią mnie czasami anonimowi komentatorzy i nie sama ich złośliwość, lecz jej przebranie za rzeczowość. Człowiek stawia kropkę, jakby właśnie wygłosił sąd ostateczny, a tymczasem przemyca uprzedzenie, którego nawet nie zadał sobie trudu rozpoznać. Bawi mnie, kiedy ktoś najpierw puszcza w obieg pogardliwą sugestię, a potem poucza adresata o czytaniu ze zrozumieniem, jakby obraźliwy podtekst przestawał istnieć, gdy autor postanowi udawać, że go nie było. Nie moja wina, że sama pani się utożsamiła to retoryczna akrobatyka, najpierw rzucić kamieniem, a potem objaśniać, że przecież nie miało się go w ręku. Do tego poezja jako szlachetna autoterapia, śmiała diagnoza, zwłaszcza jak na kogoś, kto pomylił krytykę literacką z ocenianiem cudzych motywacji. Jeśli pisanie wierszy jest autoterapią, komentowanie cudzej edukacji i twórczości najwyraźniej bywa terapią zastępczą, tyle że bez widocznych postępów. A troska o refleksję w świecie, w którym wszyscy wszystkich oceniają, brzmi osobliwie, gdy zostaje wyrażona w komentarzu, który właśnie to robi. Proust miałby tu używanie, nie tyle nad samą ludzką zawiścią, ile nad talentem do przedstawiania własnej złośliwości jako bezstronnej obserwacji. Nie każda uszczypliwość jest dowodem zawiści, ale żadna nie staje się intelektualną błyskotliwością tylko dlatego, że jej autor opatrzył ją pouczeniem o czytaniu ze zrozumieniem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.