Dojechałam do rodziców, przepakowałam walizkę i nawet nie zdążyłam dokładnie przyjrzeć się książkom, które przysłała mi wydawczyni. Padłam. Rano wstałam i ruszyłam do Łazieńca. W pociągu słuchałam Kos kos jeżyna Tamty Melaszwili, w przekładzie Magdaleny Nowakowskiej, z polecenia Anny Tatarskiej. Och, krew i orzeszki. Lubię krwiste w języku książki. Ta jest mocna i kolczasta, w obrazie również. Taka, która nie pyta, czy może wejść do głowy.
Dojechałam do Aleksandrowa Kujawskiego, wysiadłam z pociągu i niemal od razu znalazłam się w hotelu. Wielbię miejsca noclegowe blisko dworca. Dwie kawy, szarlotka, bezalkoholowe piwo o smaku arbuza, sałatka firmowa i pojechałam z Miłoszami do Stacji Zagubin. A tam już było inaczej. To był 25. jubileuszowy festiwal Biała Lokomotywa. Dwadzieścia pięć lat poezji, spotkań, koncertów, rozmów i ludzi, którzy wciąż uważają, że warto się spotkać, żeby posłuchać drugiego człowieka. Festiwal odbywa się w Łazieńcu, w miejscu związanym z Edwardem Stachurą, ale dawno przestał być wydarzeniem wyłącznie o Stachurze. I bardzo dobrze. Był jego rodzinny dom, kasztan pod którym siedzieliśmy i czytaliśmy wiersze. Daria Lisiecka zaprosiła mnie do tego niezwykłego świata. Dziękuję jej za zaufanie, za uważność i za to, że potrafi z ludźmi zrobić program, a z programu, dwa dni i właśnie wtedy wydarza się coś niezwykłego. To nie jest łatwe. Zwłaszcza kiedy zaprasza się tak różne osoby i trzeba jeszcze sprawić, żeby chciały ze sobą rozmawiać. Miałam napisać o ludziach, których Daria tam zaprosiła. O tym całym poetyckim towarzystwie, które pojawia się w Łazieńcu i nagle okazuje się, że jest między nami więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. Ale myślę, że oni to zrobią lepiej ode mnie i każdy napisze coś u siebie. Był fantastyczny slam z młodymi ludźmi z Wrocławia. Przywiozła ich Justyna Paluch. Do dziś pamiętam jej kolczyki i zieleń, piękną soczystą zieleń. Nie pytajcie dlaczego. Niektóre rzeczy zostają w pamięci zupełnie bez powodu. Dlatego lubię takie miejsca. Nie tylko za program. Za ludzi, którzy przyjeżdżają, żeby coś powiedzieć, ale też po to, żeby posłuchać. Poezja przetrwa tam, gdzie jest właśnie takie towarzystwo. No i było jedzenie. Wyśmienite. Śliwki. Dużo śliwek. Objadałam się nimi bez żadnych konsekwencji, co samo w sobie należy uznać za sukces. Były koncerty, spotkania z poetkami i poetami, rozmowy, grzyby, mech i wszystko to, co lubię, choć niekoniecznie umiałabym wcześniej powiedzieć, że właśnie tego potrzebuję. I nagle pomyślałam, że na tym festiwalu było właściwie wszystko, co jest w mojej książce, we mnie. Może dlatego czułam się tam tak dobrze. Jak w moich ulubionych klapkach domowych. Zdecydowanie ten wyjazd miał kolor dojrzałej śliwki i smak idealnie dopasowany do mnie.Tylko znacznie ciekawszy. Dziękuję Dario. Dziękuję Twoim współpracownikom, Miłoszowi i wszystkim, których spotkałam w Łazieńcu. Za rozmowy po moim czytaniu, za śmiech, poważne rzeczy, historie opowiedziane trochę ciszej i za te, których nie dało się już ściszyć. Biała Lokomotywa ma 25 lat. I bardzo dobrze, że nadal jedzie.
PS
A we wtorek wybieram się do Wrocławia. Szaleństwo trwa. Mam jeszcz kilka książek do sprzedania, 'Dla córki mojej córki', mogę na życzenie podpisać i wysłać InPostem albo pocztą. Wysyłka najwcześniej 11 września po powrocie z Wrocławia. Dorzucam zakładkę.
PS
A we wtorek wybieram się do Wrocławia. Szaleństwo trwa. Mam jeszcz kilka książek do sprzedania, 'Dla córki mojej córki', mogę na życzenie podpisać i wysłać InPostem albo pocztą. Wysyłka najwcześniej 11 września po powrocie z Wrocławia. Dorzucam zakładkę.


Pójdę precz, daleko do Zagubinowa... Oj jak rezonuje w pamięci i głowie. I będę teraz nucić i wspominać :)
OdpowiedzUsuńBrzmi jak magiczna moc słów i spotkań.
OdpowiedzUsuńNiechaj ta moc i piękni ludzie będą z Tobą na tej trasie:-)