sobota, 8 sierpnia 2026

Wybaczenie jako krajobraz

 



Pada, chociaż rano obiecywano słońce, więc ktoś na przystanku zbiera z chodnika papiery, rachunki, cudze nazwiska, program kina sprzed trzech lat, mokry bilet do miasta, którego już nie ma, i wkłada wszystko do kieszeni, jakby porządkowanie świata było jeszcze możliwe, jakby wystarczyło znaleźć właściwy kosz. Kobieta obok śmieje się cicho. Nie wiadomo z czego. Jej śmiech jest twardy, metaliczny, przechodzi przez deszcz i uderza w deski jak młotek. Wyciągam rękę. Nie kończę gestu. To wystarczy. Przez wiele lat myślałam, że wybaczenie powinno coś zamykać, drzwi, historię, usta, księgę rachunkową krzywd, tymczasem otwiera tylko okno w styczniu i pozwala rozgościć się zimnu. Płuca przyjmują to bez pytania. Ciało jest głupsze od pamięci. Wie, kiedy trzeba oddychać. Nie wie, komu wybaczyć. Na przystanku stoją ludzie z wiatrem w kieszeniach. Niektórzy patrzą na wyświetlacz, inni na własne buty. Są też tacy, którzy nigdy nie patrzą w oczy. Ich twarze mają kolor zamkniętych drzwi. Przechodzą przez miasto bez dotykania, jakby świat był cudzym mieszkaniem, do którego przypadkiem dostali klucze. Nie lubię ich pamiętać. Przynosi smak spalonego mleka, twardość kamienia, skrzypienie zawiasów, mokre rękawy płaszcza. Czyjeś dłonie zatrzymane sekundę przed dotykiem. Przynosi także owce. Leżą na trawie tak spokojnie, jakby nigdy nikogo nie zraniły, a nad nimi nosorożce mruczą przez sen w rytmie deszczu. To jest właśnie najgorsze. Świat niczego nie wie. Trawa nie wie, drzewa nie wiedzą, autobus nie wie, dokąd wiezie człowieka, kiedy pomyli trasę. Kierowca autobusu krzyczy: proszę państwa, jedziemy na około, a ona nie wysiada, bo za szybą właśnie pojawiają się dziewczyny w falbanach, całe w ruchu, jakby ktoś wysypał śnieg z kieszeni. Ich płaszcze są ciężkie, prawie teatralne. Pod nimi coś się porusza: nogi baletnic, dziecięce kolana, stare fotografie, matki, które czekały pod szkołą, i wszystkie przedstawienia, których nigdy nie wystawiono. Autobus jedzie dalej. Gmach szkoły stoi za szybą. Marmur nie pomaga. Marmur jest tylko marmurem. W zaparowanej szybie jej twarz miesza się z obcymi twarzami, jakby ktoś źle złożył fotografię i nie zauważył błędu. Patrzy tak długo, że przestaje wiedzieć, czy wraca, czy dopiero wyjeżdża. W domu przesuwa książki. Jedna. Druga. Trzecia. Za książkami nie ma odpowiedzi, jest kurz i mały ołówek z odgryzioną końcówką. Matematyka mówi: chaos. Chaos odpowiada: nie przesadzaj. Następnego dnia idzie inną drogą. Dwie przecznice, dwa skręty, przejście przez ulicę, autobus, wysiadanie, ponowne wsiadanie. Miasto zaczyna się wtedy zachowywać jak źle zawiązana wstążka. Każdy ruch zostawia pętlę. Każda pętla domaga się następnej. Patrzy na gmach. Patrzy. Patrzy. I nagle wie, że wybaczenie nie jest światłem. Jest miejscem, w którym światło przestaje być potrzebne.

Na chodniku leży litera.
Mała.
Czarna.
Nikt jej nie podnosi.
Przechodzę nad nią.
Potem wracam.
Podnoszę.
Nie wiem, do którego słowa należy.

1 komentarz:

  1. Twój opis powoduje, że można zmarznąć. nie wiem dlaczego. a najgorsza jest chyba ta źle poskładana fotografia. dużo łatwiej poszło mi z literą - ona należy do Ciebie, bo tylko Ty poczułaś potrzebę jej podniesienia. więc Ty jesteś słowem, do którego należy.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.