nie wierzę liniom. odciśniętym nieumiejętnie
pomiędzy światłem liter. najwięcej mówią odstępy.
sierpień drukuje mnie grafitem.
deszcz poprawia marginesy, a rudzik
przysiada na głogu czekając na czerwoną korektę.
zapominanie nie spada z lotosu. rośnie powoli,
jak porost na kamieniu litograficznym.
coraz trudniej odróżnić odbitkę od tego,
co było płytą.
upiekłam ciasto.
marchew długo oddaje pomarańcz.
borówki zatrzymują zieleń pod cienką skórą.
rodzynki ciemnieją cierpliwie, jak farba na wałku.
patyczek wychodzi czysty. to jeszcze o niczym nie świadczy.
czytam lema ołówkiem. niektóre zdania
zaczynają żyć dopiero na marginesie, jak jemioła,
która wybiera cudzą gałąź, żeby zobaczyć światło.
tak samo przyrastają uwagi. najpierw obejmują słowo.
potem całego człowieka. wieczorem grafitowa pościel
zamyka ciało jak miękka kaszta. sen nie układa fabuły.
tylko sprawdza, czy jeszcze pasujemy do siebie
tak dokładnie, żeby żadna barwa nie wyszła
poza papier.
o kolorach

Zapiski na marginesie, to czasem nowa wartość, przedmiot studiów nad czytelnictwem:-)
OdpowiedzUsuńA kokon ze słów? trudno się czasem z niego wydostać...
Miałam taki czas, że ołówkiem pomiędzy liniakami i w każdym innym niezadrukowanym miejscu spierałam się z autorem albo wyrażałam zachwyt. Przez długi czas brakowało mi kogoś do przegadania tego, co czytam, aż w końcu dorosła mi córka:):)
OdpowiedzUsuńObecnie robię swoje dopiski jedynie w książkach o ziołach. Tam zostawiam trochę swojej wiedzy, bo nigdy nie wiadomo jak potoczy się ten świat i może kiedyś wnukom okaże się moja wiedza przydatna.
Twój wiersz przywołał, jak widzisz, trochę wspomnień. Taka interakcja z wierną czytelniczką:)
Ciekawe co Ty tam Lemowi opowiadasz na tych marginesach?:)
M