niedziela, 16 sierpnia 2026

Na skraju

 



Poszliśmy w las. Dosłownie. Bukowy, piękny, pachnący. Daleko, ale blisko. W Polsce u rodziców do lasu mam z trzysta metrów, więc to kwestia optyki, nie odległości. Psy rzucały się na mnie. Pewnie przez kanapkę w kieszeni. Rano nic nie jadłam. Wolałam coś zabrać ze sobą, niż paść przed kolejnym podejściem. Las po sztormie Éowyn jest pełen połamanych drzew. Wygląda jak miejsce po katastrofie. Mech powoli wchłania ten kataklizm. Jedne drzewa leżą, inne stoją w połowie ścięte. Szłam i myślałam, że mój stres ma podobną metodę. Niczego nie sprząta. Nie rozwiązuje. Tylko przesuwa rzeczy dalej i każe iść przed siebie. W pewnej chwili pomyślałam o Sophie. Kiedy dowie się, że jest ławka, na której mógłby przesiadywać Kubuś Puchatek z Krzysiem, będzie chciała tu przyjechać.



Z głębi

Pamiętam, że kropka zamyka drzwi, dlatego długo jej nie stawiam.
Woda z kranu spływa po szkle, zatrzymuje się na sekundę.
Potem znika. Na schodach ktoś stawia stopę. Nie widzę go.
Dom skrzypi tylko tam, gdzie trzeba.

Na krześle zostało ciepło. Na poszewce dwa białe włosy.
W lodówce mleko za 3,25 (€). To jeszcze nie jest wiadomość.

Rano znajduję martwą muchę pomiędzy szybą a firanką.
Leży na plecach.

Kropla z kranu.

Przerwa.

Kropla.

A potem ktoś
przekręca klamkę.



w stresie piszą się wiersze

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.