Cisza weszła boso. Zanim ją zobaczyłam, usiadła w rynnie –
udając liść, który nie zdążył opaść.
Nie robiła hałasu. Była dźwiękiem pozostawionym w garnku
po zupie, ciepłym jeszcze, ale już nie do powrotu.
Powiedziała:
dziecko uczy się świata nie przez nazwy,
lecz przez nagłe znikanie.
Dotknęła ściany. Na jej powierzchni wykwitł kształt –
niepodpisany, ale znajomy jak rana na krawędzi filiżanki.
Pamiętasz ten świt, gdy mleko się zagotowało,
a nikt nie zauważył?
Byliśmy tam. Zbierając z podłogi oddechy,
zanim nauczyliśmy się mówić kocham bez pytania.
Widziałam, jak sosna zaczyna się bać.
Nie przed siekierą – przed dzieckiem, które pierwszy raz zapytało:
czy drzewo czuje ból?
A my nie umieliśmy odpowiedzieć ani ciszą, ani krzykiem.
Włożyłam list w środek pomarańczy. Nie po to, by go znaleźć –
tylko po to, by był tam, gdy kiedyś świat pęknie na pół
i ktoś zapragnie wyczytać z miąższu sens.
Cisza nie wyjaśnia. Pojawia się w chwili, gdy odwracasz wzrok
od tego, co zbyt proste.
Być może wszystko zaczęło się od oddechu w skórce mandarynki
albo od łzy, która nie znała powodu – tylko datę.
Jeśli wrócimy tu kiedyś, niech to będzie w języku glonów.
Niech nas uczą te, które nie pytają o przyszłość –
mech, pająki, dzieci śpiące w nieznanym.
Nie zapalaj światła. Nie czytaj listu.
Tylko połknij świt, zanim wystygnie.

Cisza wywołana nagłym znikaniem jest podobna do pustki. To taki bolesny sposób poznawania świata.
OdpowiedzUsuńPodoba mi się to, w jaki sposób piszesz. Jestem Twoją bezkrytyczną wielbicielką:)
M
M. jestem Ci wdzięczna za naszą blogową przyjaźń, która przez lata przetrwała więcej niż niejedna znajomość twarzą w twarz. I za zaufanie. Takie słowa zostają we mnie, dziękuję i posyłam uściski.
Usuń