czwartek, 28 maja 2026

Życie bez obietnicy

 


Po pewnym czasie przestaje się zostawiać uchylone drzwi, jakby jeszcze ktoś albo coś miało wrócić i wyjaśnić, dlaczego tyle energii poszło na podtrzymywanie narracji, która od dawna przypominała źle spasowany grzbiet książki, rozchodzący się pod palcami dokładnie w miejscu, gdzie miało zaczynać się znaczenie. Najciszej dzieje się właśnie to, że człowiek przestaje układać siebie w kierunku przyszłości. Nie siedzi już na walizkach ani nie sprawdza nerwowo godziny, jakby istniał pociąg mogący wywieźć go do lepszej wersji własnego życia. Na początku trudno odróżnić to od zmęczenia, bo świat panicznie boi się wszystkiego, co nie błyszczy intensywnością. Nawet uczucia reklamuje się teraz jak nowe kroje pisma: bardziej wyraziste, lżejsze optycznie, z poszerzoną rodziną emocji. Tymczasem najważniejsze rzeczy wydarzają się zwykle czarnym na czarnym. W miejscach, gdzie wzrok potrzebuje czasu, żeby nauczyć się odróżniać powierzchnię od głębokości, czyjąś obecność od hałasu wykonywanego wokół samotności. Kiedyś wydawało mi się, że relacja powinna przypominać drogę szybkiego ruchu z dobrze namalowanymi białymi kreskami, które nawet nocą utrzymują człowieka po właściwej stronie ciemności. Teraz bardziej ufam ścieżkom wydeptanym ostrożnie pomiędzy kuchnią a pokojem, jednym zmęczeniem a drugim. Takie małe geometrie przetrwania. Nikt nie robi im zdjęć. Świat wciąż domaga się przecież historii, najlepiej takich, w których wszystko prowadzi do przemiany albo katastrofy, bo zwykłe trwanie fatalnie wygląda w mediach społecznościowych i jeszcze gorzej w cudzych oczekiwaniach. Dlatego ludzie nauczyli się mówić o sobie językiem zwiastunów filmowych. Tymczasem większość życia przypomina raczej instrukcję składu czasopisma, pełną korekt nanoszonych ołówkiem, delikatnych przesunięć światła pomiędzy literami, mikroskopijnych decyzji, od których zależy, czy zdanie zacznie oddychać, a może umrze w zbyt ciasnym układzie. Po czasie zaczyna się rozumieć, że bliskość nie polega na nieustannym odczuwaniu. Czasami największą formą miłości jest brak potrzeby nieustannego interpretowania siebie nawzajem. Nikt nie pyta już dokąd to zmierza. Jakbyśmy wreszcie przestali traktować drugiego człowieka jak projekt architektoniczny przyszłego szczęścia. I może właśnie wtedy pojawia się ostrożność, ale nie ta nerwowa, wynikająca z lęku przed utratą. Bardziej przypomina skupienie konserwatorki papieru, która obraca w dłoniach cienką kartkę, wiedząc, że przetrwała więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. Niektóre dni mają kolor przepalonego grafitu, inne wyglądają jak mleczne litery drukowane na zbyt wilgotnym papierze. I nagle okazuje się, że wcale nie trzeba ich poprawiać. Że życie nie jest projektem okładki, tylko materiałem noszącym ślady składania, ocierania, przenoszenia z miejsca na miejsce. Czasami jeszcze słyszę ludzi mówiących o sensie, jakby był adresem, pod który można kiedyś dojść bez pomyłki. Ale coraz częściej myślę, że sens przypomina cienkie białe kreski na jezdni po deszczu. Widać je tylko pod odpowiednim kątem i tylko wtedy, gdy nie próbuje się jechać za szybko. Reszta jest zwykłym rytmem ciała, oddechem kogoś śpiącego obok, ciszą, która nie wymaga już tłumaczenia ani wielkiej literatury stojącej za plecami. I może właśnie to jest najtrudniejsze, że życie bez obietnicy wcale nie staje się mniejsze. Ono tylko przestaje udawać, że musi być widoczne z bardzo daleka.

10 komentarzy:

  1. Na blogach poślizg z publikacjami, na moim zdjęciowym to już masakra, nie wiem dlaczego:-(
    Gdzieś przeczytałam, że życie nie polega na szukaniu sensu , ale pełnym przeżywaniu, każdego dnia i chwili, bo można przegapić najważniejsze. Staram się z każdego nawet spaceru wynieść coś dla siebie, na teraz, na przyszłość...
    Relacje, to jeszcze inny rozdział tej samej książki, najtrudniejszy chyba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak nie mam na coś wpływu, to sobie tym głowy nie zaprzątam. Wierzę, że wróci wszystko wróci do normy.

      Chyba właśnie o to mi chodziło, że sens nie zawsze czeka gdzieś 'dalej', tylko czasem wydarza się po drodze, w drobnych rzeczach, które łatwo przeoczyć, kiedy człowiek ciągle wypatruje wielkiego momentu. A relacje… tak, chyba są najtrudniejszym rozdziałem, bo nigdy nie dają się przeczytać do końca jednym językiem

      Usuń
  2. Gdy codzienność jest walką z chorobą, słowa o tym, że 'życie bez obietnicy wcale nie staje się mniejsze', dają siłę i prawo do zwykłego trwania. A 'ścieżki wydeptane między jednym zmęczeniem, a drugim' to w moim przypadku nie metafora, lecz codzienność. Dziękuję Ci za ten tekst, przyniósł mi wielką ulgę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem myślę, że największą czułością wobec siebie jest właśnie zgoda na trwanie bez konieczności udowadniania światu czegokolwiek. Pozdrawiem ciepło.

      Usuń
  3. Pieknie ujelas cos, co tez mi sie kolacze po glowie: a co jesli nie ma tego punktu, z ktorego finalnie bedziemy mogli powiedziec 'acha! To wszystko bylo po cos. Nasza celowo-racjonalna perspektywa przeslania nam rzeczywistość, ktora po prostu jest. Nie, ze sie rozwijamy I rozwijamy I bedziemy w koncu rozwinieci.
    Nie jestesmy juz dziecmi. Opowiesci rzadko maja zakonczenie, choc tak bardzo by sie chcialo!
    Innyglos

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Też coraz częściej myślę, że potrzeba domknięcia jest bardziej cechą opowieści niż życia. A życie bardzo rzadko daje nam ten jeden moment 'aha', na który czekamy. Ale cóż....

      Usuń
  4. największą czułością wobec siebie jest pozwolić sobie na trwanie...we własnym świecie, dodam :-) i pozwolić sobie w ogóle. i na brak fajerwerków też. bardzo dobry tekst Margo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, chyba właśnie o to chodzi, o zgodę nie tylko na trwanie, ale też na zwyczajność. Bez przymusu nieustannego stawania się kimś innym. Uściski T.

      Usuń
  5. Zgoda na trwanie bywa czasem wymuszana przez okoliczności. Ja w tym całym trwaniu nadal poszukuje sensu swojego istnienia, a jeszcze częściej sensu istnienia człowieka. Kryzys egzystencjalny nie jest mi obcy, ale na szczęście nie walę głową w pień drzewa jak Robin Hood:)
    Może jak już dostanę demencji to dam sobie z tym spokój:)
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że poszukiwanie sensu i trwanie nie muszą się wykluczać. Samo pytanie bywa czasem ważniejsze niż odpowiedź. A już poczucie humoru w sprawach egzystencjalnych pomaga przetrwać niejeden kryzys, zdecydowanie :P uściski M.

      Usuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.