wracam do tamtego dnia jak do otwartej puszki, z której wypływa słodko-gorzko. przetrzymane dawne ja, jak sardynka w pomarańczy: osolone, nieśmiałe, błyszczące od przesady. pamiętam. wchodziłam w mrok, ale to był mrok złożony z roślin, które kiedyś gotowałam godzinami, żeby wydobyć z nich pigment. mrok pachniał jak woad (Isatis tinctoria), ubijany w kadziach aż do błękitu, który nie był z nieba, lecz z fermentacji, z gnicia, które chciało się stać światłem. moje wspomnienia, te najciemniejsze, też fermentowały, trzymałam je pod pokrywką, aż zaczynały barwić palce, aż poczułam ich zapach na włosach. czerwienie, które noszę w sobie, pochodzą z korzenia madderu (Rubia tinctorum): wykopanego, i oczyszczonego z ziemi, gotowanego jak coś, co ma zostać uświęcone. moje serce też jest jak taki korzeń, przechowane zbyt długo, aż w końcu pękło alizaryną na dłoniach, nie potrafiły mnie utrzymać. a żółcienie? teod weldu (Reseda luteola), z kwiatów wyglądających jak nic, chwast, którego nikt nie chce pamiętać, dopóki nie okaże się, że nosi w sobie luteolinę, czysty, cytrynowy błysk, maleńką drogę wyjścia. właśnie tak. w moim wspomnieniu mrok był roślinny, mokry od soków, głęboki jak noc w spiżarni, w której matki trzymają to, czego nie chcą wyrzucić. wchodziłam w niego powoli, jak w wodę, która zna moje imię od dziecka. nagle zauważyłam, że to wszystko: błękity z woadu, czerwienie z madderu, żółcinie z weldu, chcą się łączyć. że mój mrok jest tylko mieszaniną przedzielonych barw, oczekujących na kogoś, kto powie: potrząśnij tym wszystkim, aż zrobi się zielone. a kiedy potrząsnęłam, zrobiło się zielone, nie z nadziei, tylko z reakcji, jakby historia pigmentów mówiła mi: wyjście nie jest światłem, wyjście jest procesem. i wtedy wyszłam. nie triumfalnie, nie z uniesionymi rękoma, ale jak ktoś, kto po latach gotowania swoich wspomnień, wreszcie przecedza je przez sitko i odkłada do słoików. światło nie przyszło z nieba. przyszło z liści, korzeni, kwiatów, z całej tej roślinnej ciemności, którą nosiłam w sobie tak długo, że zaczęła wytwarzać własny kolor. i teraz wiem: to, co nazywałam mrokiem, było tylko barwnikiem w początkowej fazie. niedokończonym, nieprzefiltrowanym, czekającym na kogoś, kto wreszcie odważy się go podgrzać i zobaczyć, jak wygląda. a kiedy to zrobiłam. mrok otworzył się jak owoc i w środku miał światło.
Róż w środku dnia
wchodzę w siebie jak w ogród, który ktoś pomalował
zbyt hojnie. przechył malinowego światła,
rozlewa się po grzbiecie rzeki, a ja próbuję
ocalić cokolwiek, choćby cień palca na szybie.
wszystko, co dotykam, trzeszczy jak płatek piwonii
zbyt długo ogrzewany w dłoni. soczysty, lepiący,
nieśmiały, w kolorze, który przypomina mi,
że żyłam kiedyś bliżej krawędzi.
porównuję to drżenie do wiatru, potrafi mówić
tylko o odejściach, ale dziś przemawia różem,
jakby chciał mnie zawrócić w ten jeden świąteczny kadr,
w którym jeszcze istniejemy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.