Byłam gdzie indziej.
Pomiędzy godzinami do oddania tekstów i kubkami niedopitej kawy.
Ciało chorowało, świat robił swoje.
I nagle otworzyły się czarne irysy.
Ciemne, dokładne.
Wychodzę do nich kilka razy dziennie, jakby mogły coś sprawdzić we mnie albo uspokoić rytm dnia.
Mówię do męża: patrz, moje piękne dzieci.
Śmieje się tym swoim spokojnym śmiechem, który niczego nie podważa.
Nie potrafię myśleć o nich inaczej.
Przywiązanie też jest formą wiedzy.
Nie trzeba tego tłumaczyć.






czyli tekst oddany?
OdpowiedzUsuńTak, nie lubię na ostatnią chwilę.
UsuńWychodze do ogrodu kilka razy dziennie I mówię do kwiatkow "jakie jestescie piekne" ..... teraz wiem, ze nie tylko ja tak mówię
OdpowiedzUsuńZdecydowanie, samo piękno!
UsuńJa przemawiam do moich roślin domowych:-)
OdpowiedzUsuńTo ważne mieć obok siebie kogoś, kto niczego nie podważa, a wspiera we wszystkim!
Do domowych też mówię, to daje takie poczucie równowagi ;P
UsuńJa nie mogę chwalić moich pięknych pelargonii, bo zazdrosny clematis gotów udusić je ciemną nocą swymi długimi wąsami czepnymi. A jak pochwalę clematis, to mu aksamitka będzie smrodzić z zazdrości. I tak to leci u mnie na balkonie, muszę chwalić i głaskać wszystkich lokatorów po równo 🤷♀️😉
OdpowiedzUsuńMój tato każdego ranka witał się ze wszystkimi kwiatami w ogrodzie, pytał jak im minęła noc, życzył pięknego dnia I chwalił ich urodę. Tak, rozumiem i uśmiecham się do tych wspomnień...
OdpowiedzUsuń