Trochę się wyciszyłam. Robienie tortu zawsze dobrze układa mi w głowie, jakby coś się w środku równoważyło, wracało na swoje miejsce. W nocy trochę popracowałam, bo w dzień nie było na to przestrzeni. I jakoś się w sobie zebrałam. Słucham Szczupaczyńskiej (zachęcona przez Teatralną), po Czarnym Słońcu Żulczyka i całej serii kryminałów Przemysława Piotrowskiego wchodzi w ucho jak kołysanka. Rytm, który nie przeszkadza myśleć, tylko prowadzi.
Wymyśliłam też tytuł do książki, która układa się we mnie:
Ferrumoria
stan, w którym świat oddaje się ziemi:
zapach wilgoci i rdzy, kolory ciemniejące
jak liście w rozkładzie, ciężar krwi
pamiętającej swój przepływ,
ciało wracające do materii, która je wydała.
to nie koniec, lecz powolne przekształcanie.
organiczna pamięć rozpadu.
wszystko nadal trwa, tylko inaczej.
Ten wyimek przyszedł do mnie, bo ostatnio Sopot wraca w najróżniejszych postach, obrazach, jakby ktoś go stale wywoływał z pamięci. Nosiłam to wspomnienie w sobie od dawna. Może jeszcze do niego wrócę, słowami, obrazem, albo tylko cichym przechowywaniem. We wczesnych latach jeździłam z babcią do Trójmiasta. Klinika okulistyczna pachniała lekami i papierem, ale też perfumami lekarek i różowym pudrem. Sterylna przestrzeń, prawie pusta, błyszczące linoleum korytarzy, szepty ludzi, jakby rozmowy były zabronione. Moje oczy poddawane były cierpliwej diagnostyce, bez zbędnych słów, mówiła głównie babcia Marysia. Po zakropleniu i tak nic nie widziałam. Później dostałam okulary. Dzieliły świat na kawałki, a jeszcze później sklejały go z powrotem, mniej ostro, bardziej uważnie. Wada powoli znikała, a ja, przedszkolna, małymi rękoma przytrzymująca świat, uczyłam się patrzeć po swojemu. Jakby przez cienką mgłę, w której wszystko błyszczało inaczej niż zwykle. Przez kolejne wakacje, rok po roku, spędzałam kilka dni w Sopocie u wujka mojej babci i jego rodziny. Ciocia Pola szyła dla mnie sukienki i kombinezony, całe serie rzeczy, które pachniały bawełnianymi nićmi i czymś niewypowiedzianym. Czułam się jak bohaterka małej powieści, w której każdy guzik, zamek, pętelka, kokarda, każdy fałd materiału, był zaklęty, jakby pamiętał moje imię. Wujek Janek i ciocia Pola mieli dwie córki. Jedna z nich, młodsza, zaraziła mnie muzyką, elektroniczną, pulsującą. Depeche Mode. Od tego momentu dźwięki zaczęły wplatać się w moje kroki nad morze, w spacery po parkach, w kawiarnie i restauracje, gdzie słońce odbijało się w szybach, a czas płynął miękko, jak piasek przesypujący się pomiędzy palcami. Chodziłyśmy po plaży, uliczkami Sopotu, po parkach. Zbierałam te chwile jak kamyki, układałam je w wyimki wspomnień, do zachowania. Ten czas był moim kawałkiem świata. Pachniał morzem, nicią, kawą i dźwiękiem czarnych krążków. Jeden z nich dostałam, kiedy odjeżdżałam.

Uwielbiam takie wspomnienia! Często to gotowa książka, wystarczy przywołać i spisać.
OdpowiedzUsuńMam i z Gdańskiem związane, ale mało pamiętam, bo smarkata byłam, dziadek miał tam brata, a mnie wożono na zabiegi, urodziłam się bowiem z porażeniem prawej nogi.
To taki epizod, który pewnie można rozpisać, trochę dodać i jest, ale ja nie mam aż takiego zacięcia do dłuższych form. Ale Ty, to co inego, widzę tu cały epizod, z którego można niezły kawałek opowieści wykroić :)
Usuńz rozpędu słucham "Śmierci na Wenecji...bo mam, (już to pisałam gdzieś 🤔) na przemian aktualnie z Piotrowskim. i mam tak samo, jak Ty. myslę o tym Żulczyku....mam go na półce. bo ja już tak się znów nie lubię dołować za bardzo.
OdpowiedzUsuńSopot uwielbiam...
Żulczyk nie dołuje, bardziej chodzi o język i obraz, który się we mnie odtwarzał w trakcie, intensywny i brutlany (lubię), Szczupaczyńska jest lekka, retro, przy Czarnym słońcu.
UsuńPrzeczytałam tytuł posta i od razu z zapachem mi się skojarzyło, nazwą perfum 🙂
OdpowiedzUsuńJa kończę "Piaskową Górę" Bator (zachęcona przez Monikę 😄) i zachwycam się każdym usłyszanym zdaniem...
Lubię "Depeszów", przywołują wspomnienia beztroskich lat i ludzi, bardzo ważnych w tamtym czasie 🙂
Dobrze kojarzysz, zapach nie uciekł, będzie miał swoje miejsce, nawet cały rozdział, z unoszącymi się strukturami zapachowymi, które trochę prowadzą, a trochę się wymykają. A Piaskową Górę czytałam ponad dziesięć lat temu, do dziś wraca do mnie fragmentami i takim miękkim, przyjemnym echem. Lubię, kiedy książki tak zostają, nie do końca nazwane. Depesze są zawsze cool dla mnie, chociaż wskoczyłam do innej przegrody muzycznej...
Usuńnie musisz wierzyć - Czarne słońce skończyłem czytać tydzień temu... naprawdę.
OdpowiedzUsuńWierzę, serio :)
Usuń