Teatralna zapytała mnie, co myślę o serialu Vladimir na Netflix. Zatem na świeżo, i pewnie jeszcze mnóstwo myśli i interpretacji przyjdzie mi do głowy. Ale oglądam seriale, bo szukam szczelin, przez które widać świat. Dlatego oglądam ten serial nie jako historię o erotycznej obsesji ani o starzeniu się kobiety, jak wszyscy go punktują, ale jako opowieść o uniwersytecie, który przestał wierzyć w literaturę. Scena po scenie odsłania się tam coś znajomego: młodzi ludzie przychodzą na wykłady z literatury jak na zebranie moralne. Nie po to, żeby czytać, tylko żeby oceniać. W pewnym momencie interpretują fragment tekstu Edith Wharton, pisarki, która opisywała subtelności społecznej hipokryzji i delikatne pęknięcia ludzkich charakterów. Dla wielu studentów to już nie była literatura. To raczej materiał dowodowy w sprawie dawnych win. Nie pojmowali zupełnie, co dzieje się w tekście. Ciurkiem polecieli do opiekuna wydziału na skargę i z prośbą o odsunięcie wykładowczyni. Bawiło mnie, że studenci nie rozumieją nie tylko bohaterów powieści, ale i samej literatury. Literatura bowiem nigdy nie była czysta. Była (i jest) miejscem, w którym człowiek pokazuje swoje pęknięcia, słabości, sprzeczności. Tam właśnie rodzi się myślenie. Jakby współczesna wyobraźnia została przycięta do krótkich form: ekranu, komunikatu, natychmiastowej reakcji. A literatura wymaga czegoś odwrotnego, cierpliwości wobec złożoności. W serialu widać to bardzo wyraźnie w historii profesora, który miał kiedyś romanse ze studentkami. Były dobrowolne, przynajmniej wtedy tak się wydawało. Po latach zostają nazwane nadużyciem. I oczywiście można o tym rozmawiać poważnie, bo relacja władzy istnieje i nie znika tylko dlatego, że ktoś mówi tak. Ale tu tylko obserwujemy codzienne rozterki i konflikt wynikający z różnicy potrzeb. Ciekawa jest tutaj zmiana pamięci. Dawne doświadczenia zostają przepisane na nowy język. Historia zmienia sens, bo zmienił się świat. I może to jest naturalne. Jak dla mnie nienaturalna wydaje się natomiast reakcja instytucji. Uniwersytet w serialu nie próbuje niczego zrozumieć. Uniwersytet próbuje tylko przetrwać. Najbezpieczniej jest więc zawiesić, odsunąć, uciszyć. Tak działa instytucja, która przestała wierzyć w swoją rolę. A przecież uniwersytet powinien być miejscem trudnych rozmów. Najbardziej uderza mnie jednak coś innego. Współczesna kultura uwielbia młodość. Młodość jest wzruszająca, autentyczna, wrażliwa. W reklamach, w serialach, w języku publicznym młodzi są zawsze moralnie czyści. Prawie jak świeży śnieg, który spadł i nie zdążył się rozpuścić. Problem polega na tym, że śnieg jest czasem bardzo płytki. Bo za tą wrażliwością często kryje się coś niepokojącego: intelektualna pustka. Nie brak inteligencji, raczej brak cierpliwości do złożoności. Świat musi być prosty. Ktoś musi być winny. Ktoś musi być niewinny. Dla mnie literatura tak nie działa. Przypomina raczej stare lustro: pokazuje twarz z rysami, zmarszczkami, cieniem pod oczami. Pokazuje człowieka takim, jaki jest, nie takim, jakim chcielibyśmy go zobaczyć. Dlatego klasyczne teksty bywają dla współczesnych studentów trudne. Bo w tych tekstach nie ma moralnego komfortu. Są tylko ludzie. I może właśnie dlatego Vladimir jest ciekawy. Nie dlatego, że opowiada o skandalu na uniwersytecie. Takich historii było przecież wiele. Ciekawy jest dlatego, że pokazuje moment, w którym dwie wizje świata przestają się rozumieć. Jedna wierzy jeszcze w literaturę jako przestrzeń myślenia. Druga traktuje ją jak akt oskarżenia. Zostawiam i nie dotykam historii głównej bohaterki, narcystycznej, histerycznej i zaskakującej. Jest świadkiem zmiany epoki, osobą, która jeszcze pamięta, czym był uniwersytet jako przestrzeń myślenia, a teraz obserwuje jego powolne rozmywanie się. Najciekawsze w jej postaci jest to, że nie jest jedynie obrończynią starego porządku. Raczej przygląda się nowemu językowi moralnemu. Czasem rozumie go lepiej niż jej koledzy z wydziału, ale jednocześnie widzi jego ograniczenia. Bo kiedy wszystko staje się przemocą, trudniej rozmawiać o ludzkiej niejednoznaczności. Pomiędzy nimi stoi uniwersytet, trochę zmęczony, trochę przestraszony i udaje, że wszystko jest w porządku. Satyra przeniesiona w epokę #MeToo? Możliwe.

piękne i jakże mi bliskie obserwacje. o tak, dostojewski do pierdla, szekspir do ciupy, i tak dalej, stare oblechy i dziadersy do lamusa...przypomina mi to chińska rewolucję kulturalną niestety. oraz uniwersytety były fermentem i były miejscem gdzie rodziły się idee, a teraz rodzą się pustaki. no to zachęciłaś :-) dziękuję
OdpowiedzUsuń