Lotność to przecież właściwość nieba, nie boi się opadania,
jak dziecko, które zapomina o ciężarze,
zanim nauczy się upadać z wdziękiem.
W domu z torfu i wosku, wyjmuję palcami z powietrza kolory,
żeby je przypiąć na ścianie pamięci, zanim przyjdzie kolejny front.
Sophia pyta, czy sarny mają sny i dlaczego liście odpadają z drzew,
kiedy w środku są jeszcze zielone.
Odpowiadam: to nie drzewa się starzeją,
tylko świat potrzebuje miejsca dla nowej historii.
Rdzewiejące pręty w ogrodzeniu trzymają w ryzach niebo,
ale przecieka przez nie śmiech, niesiony językiem,
wymyślonym przez dzieci dla kotów i planet.
Sophia śni, że zjada ogień, potem mówi, że nie boi się
topnienia lodowców, bo potrafi oddychać pod wodą.
Zbieram w słoiki wszystkie resztki czułości,
krople po kawie, mgły z torfowisk, przyciskany policzek,
gdy słowo babciu znowu zawiśnie nad stołem jak niezjedzony owoc.
Niech przyroda nas bierze w płuca, kłącza, w kory.
Niech nas rozkłada na składniki pierwsze i ostatnie.
Zgoda.
Ale jeszcze uczę dzieci jak mówić do deszczu,
żeby nie padał za mocno, jak szeptać do ciemności,
żeby nie zapomniała, że jest tylko przerwą w świetle.
sierpień 2025

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.