czwartek, 5 lipca 2018

Z niższości



poniższy tekst możecie również przeczytać w 24 numerze eleWatora


Wciąż nie mogę uwierzyć, że Johann Johanson nie żyje. Kropka. Wiem, że wystarczy jego muzyka, by z nim spać, śnić, jeść i by noce były gwieździste, a poranki mniej zamglone. To, co sobie wymyślę, mogę napisać, puścić jakąś historię na sen, wyuczyć się na pamięć nut, na wypadek, gdyby ktoś chciał to wszystko odebrać. Nie ruszam się i niech pan zrozumie. Przejrzy notatki, daty, zdjęcia, szpilki wbite w ścianę. Niech pan się dobrze rozejrzy, przypatrzy obrazom, wymyślnym zawieszkom pod żyrandolem. Pamięć płata różne figle. Zatem niech płata, rozpłata, przeplata. Nie wiem, co powiedzieć śmierci. Kto by pomyślał, żeby jej cokolwiek mówić. Ja jednak mam do niej żal, że tak mnie wyprowadziła prosto pod mur, obliczony na grubość dźwięków, na kwadraty nut i wrażeń. Mogłabym tu zostać, tyle że wciąż uchodzę z życiem, z jakimiś zadaniami, pyłem w kieszeniach, który wciąż przesypuję pomiędzy palcami. Dalszy ciąg dialogu jest nieważny, bo każdy dzień, niby podobny, a jednak inny. Nie wybrałam w życiu lekceważenia jako przewodnika rzeczywistości. Dlatego zmagam się z formami. Jakiej użyć, gdy staję przed okolicznościami, które wymagają sztywności i jakiejś dojrzałości wobec ludzi?

Co chciałabym powiedzieć? Kiedy czytam o plamie na oceanie i o wybuchach na jego dnie, o górze lodowej, która może podtopić Irlandię, to chyba nie potrafię zbyt wiele i logicznie mówić. Zabrnęłam w to wszystko zbyt głęboko. Pojęcia nie mam, kim chcę być, skoro już jestem, kim jestem. Nie wiem, czy potrafię wrócić do pięknych wizji świata. Tryskać humorem, by energia wibrowała niezwykłym blaskiem. Strach, że sztuka nic nie zmienia – ani myśli ludzi ani działań polityków. Śmierdzące kałuże z żółtymi otoczkami, niewinność doznań i omylni fachowcy od środowiska. Bezradność… Uczucie tak rzeczywiste i bolesne, jak okres, który pojawia się regularnie i zawstydza. Ktoś naiwny mógłby mi wiele zarzucić, że nieodpowiednio spoglądam, nie modlę się wystarczająco głęboko albo za mało wrzucam datków do kapelusza. Czasami czuję się głupio jako Europejka. Przechadzam się ubitymi ścieżkami w ciszy i spokoju. Biadolę coś o ekologii. 

Co ja wiem o śmierci? Nic. 

Deszcz, wiatr i sól w oczy. Szelest wiatru powoduje, że nie mam ochoty iść dalej. To nie jest złe, ale mam pewne plany. Czy jestem wystarczająco osadzona w życiu? Wszystkie smaczki, które mi życie serwuje i swoboda powodują, że łatwo uciec od siebie, kiedy tylko ma się na to ochotę. Przenikliwość, z jaką życie prowadzi przez gatunki literackie, muzykę, olśnienia w podsumowaniach filmów. Artystyczny światek - ciasny i epatujący. Tak. Jestem w nim jednym palcem. Wskazującym. I nic mi nie smakuje. Mdli mnie od pijaru, nadmiaru i egzaltacji. Wielu ludzi dotkniętych ślepotą, uwielbieniem siebie, traktujących inteligencję jak coś nieistotnego. Wydaje im się, że erudycja zastępuje te wszystkie luki i niewiadome, a to tak nie działa. Stoję i przyglądam się coraz płytszym obrazom, nieszczerości, czemuś miałkiemu. Karmione superego i pięknoduchy w otoczce lekkomyślności. Mozaika specjalistów - cienki obraz, ale coś tam się maże. Bimbam sobie i jestem kapryśna. Uśmiecham się do tego całego archaicznego przemysłu związanego z trenowaniem. Bez wątpienia wiele osób szkicuje, nieliczni zostają artystami. Mam pewną teorię na temat sztuczności, podszywania się i chęci doklejenia do wrażeń, kompozycji, które układam. Pomiędzy nimi a mną nic nie ma. Nic.

Siedzę i nic nie robię. Jeszcze pobędę tu w wewnętrznej chorobie. Częściowo już się wyspałam, wyprężyłam i naciągnęłam. Częściowo. Bo w moim wieku częściowo to najsensowniejsze określenie. W zasadzie to przez wszystkie lata ziemskie niewiele się zmienia. Domy wariatów, naciski, gotowe formy promowane przez domy kultury, stowarzyszenia, sytuacje sprowadzane do mianownika i interpretowane przez głosy z głębi, takie arcysubtelne i przerośnięte. Próżność, zawężenie pola widzenia, jakieś promocje, pytania. Wprowadzić jeszcze większy zamęt. Och, ta nowoczesność! Ten styl konwenansu i puszenia się w sztucznym tweedzie. Ślepe poruszenie, rozwiązywanie zagadnień, wstęp do niczego.

Lubię gromadzić buty i wszystko, co można przerobić na coś użytecznego. Paddy gromadzi skarpetki. Poza tym on uwielbia smak wody z kranu, ja wręcz przeciwnie. Ogólnie nie lubię smaku wody, nie rozumiem, jak woda może smakować? Znajoma napisała - pustką. I to jest najlepsze określenie dla smaku wody, według mnie oczywiście. Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy w smaku wody doszukują się życia. Tak. Wiem. W naszej ogólnej masie jest jej około 60-70%. Ale w bieżącej wodzie jest mnóstwo bakterii i innych komórek! Ostatnio oglądałam pod mikroskopem. To mnie jeszcze mocniej od wody odciąga. Co innego kawa, jest przecież tyle wariantów, wiem co napiszecie, jest na bazie wody. Woda jest bazą, i to jest wyjście do smaków, do rozmaitości. Niewyczerpalne źródło do testowania. Wczoraj obejrzałam Anihilację i mimo bliskości tematów biologicznych, jakoś tak poczułam, że film oblizuje jedynie problem ekologii. Za to muzyka w filmie piękna. Moderat jak wisienka na torcie. Eksplozja kolorów, młodość i nowoczesność. Okropność świata wdziera się tu we mnie. 

Spoglądam na stertę raportów. All questions carry equal marks. Nie ma znaczenia, ile pominę. Czas zawsze pozostaje w książce i ujawnia się wtedy, gdy otwierasz przedmowę. Oczywiście, że opublikują, o czym rozmawiamy, co napisaliśmy, jak odpowiadam łącznie i rozdzielnie. Ile odbitek pozostało w koszu, jaką intonację mają piosenki. Nucę przed snem Robota Kocha. Z rozmów o sztuce. I nie wiem, czy ciemność albo wspomnienia ze wspinaczki na Knocknarea coś zmienią, bo raz – że oczy mnie bolą, dwa – stopy również. Lęk prowadzi powoli, zawsze rozważnie, z ogromną dozą nieśmiałości. Za cieniem układam dyrdymały z nocy. Zgromadzone w jednym miejscu, pod kontrolą, mają kolor porannego szronu. Nagromadzenie spraw, śmieci, niezbyt jasnych zasłon w kącie. Wykorzenianie się znowu i znowu. W walizkach, torbach podręcznych, w rzeczach ze sztuki. Usiłuję w tym wszystkim widzieć – siebie, was, lenistwo z lewej strony. Rzadko coś tak mocno prowokuje do sprawdzania się przy dodatkowym pytaniu. Pamiętam jak Bernadette ostrzegała mnie, że pewne rzeczy znikają same. I chociaż mam trzy godziny na dobór słów, ominięcie absurdów i zakochanie się (ładnie brzmi – zakochana para), przekładam kolejną stronę, kluczę w odpowiedziach, przyglądam się, jak deszcz wytrąca prędkość na szybie. A przecież dużo jest dobrych stron. O rosnących drzewach, zawziętości, by pozbyć się kretyństwa, patogenów zła, uczucia strachu. Odrzucam impulsy i staję się czymś wygodnym. Do złudzenia przypominam matkę, graną przez siebie przez wiele lat. Jakby powiedział ktoś znajomy – wiedziałem, że to ty. Kształt teraźniejszy, przejrzysty głos. Tylko spojrzenie sprawia, że niewiele mogę zobaczyć, wyjaśnić.

Kiedy widzę koniec tego, co robię, już się cieszę, bo za chwilę odpocznę i nabiorę głęboko powietrza. Będę wypuszczać te wszystkie ciężkie gazy jak po nitce. Wtedy okazuje się, że dostaję kolejne zadanie. To nie jest jeszcze ten moment, w którym odwracam się na lewy bok, czytam teksty pisarzy z Peterson. Mało tego! Nawet nie mogę zachwycić się porannym słońcem! Wstaję, ruszam przed siebie, przelotnie traktuję rzekę, ocean i góry. Nie mogę odpowiadać na wezwania, umawiać się na piwa, kawy i inne przyjemności. Wciąż słyszę: nie mam czasu. Ach! I ten moment dzisiaj rano - spojrzałam przez okno na bujające się drzewa, opustoszałą okolicę, gdzie porzucone rowery, hulajnogi leżą przez okrągły rok i poczułam ulgę. Tak wygląda część mnie, kiedy nie śpię, nie bujam nogą i nie fotografuję.

Wyglądasz na zmęczoną, uśmiechasz się i widzę srebro ścieżki, wtedy zerkam na zegarek. Szósta po południu. Lampa zamigotała, zgasła, usłyszałam plusk wody, pękającą podłogę albo tchnienie desek, które prostują się i prężą. Przygnębia mnie dźwięk łopaty. Trudno wtedy miłość nazywać namiętnością. Spadający worek z piaskiem przypomina kształtem ciało. Nie śmiejemy się, zaciskamy dłonie, grzebiemy w pamięci, aż ciepło snu ogarnie tył głowy. Myślę o godności. On o czystej koszuli, czy krawat pasuje do skarpetek, a spinki są większe od rozgrzanej rtęci. Przypomina zabawę na lekcjach chemii, bada naturę i przemiany zachodzące pomiędzy substancjami. Dlatego chodzenie po pokoju jest jak szelest oddychających liści. Opieram się o manifest, o lirycznych bohaterów, którzy budzą się gwałtownie w myślach. Coś odeszło i nie wraca, podnosisz buty, gumowany płaszcz, ukrywasz dłonie pod pachami, nie chcesz skierować lęków w miejsca, w których łatwo wykorzystać zdolności młodych kobiet. To była ta sama szklanka wody, plaster cytryny, gorycz przygryzanej wargi. Poznałam tiki, triki. Wieczory, gdy wychodzę, mimo że leje od kilku godzin. Wracam. Po wykruszonych ciastkach, które nie mogą być podłożem do hodowli kwiatów. A jednak coś zakwitnie. Rozniesie się i przypomnisz sobie nazwy ptaków, owadów. Na wiosnę zieleń i trochę rdzy, co przebija albo nasyca. Dlatego oddalę się grzecznie i pójdę porobić zdjęcia, bez żadnego uzasadnienia. 


2 komentarze:

  1. Jestem przekonany, że sztuka zmienia świat. A co do polityków... Myślę, że tutaj zmiany następują tylko pod wpływem siły: polityków trzeba do zmian zmuszać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Politycy zmieniają kulturę w bagno, nie wiem, czy można ich do czegoś zmusić, oni są władzą.

      Usuń