piątek, 29 października 2010

Jutlandzkie mosty

Wyjechaliśmy ze Szczecina o świcie, dla niektórych to pewnie była noc. W jakiś sposób ucieszyłam się, że znów ruszam w nieznany dla mnie dotąd świat. Jutlandię znałam z opowieści znajomych i z literatury. Nigdy nie była dla mnie na tyle czytelna, by pod wpływem opinii innych układać w sobie opowiadaną ciszę, której tak naprawdę nie znałam. Poranek poza swoim domem, droga na szóstym biegu i uciekające wiatraki. Zatracałam swoją obecność gapiąc się tępo w okno. Jesień. Dzień zyskiwał na ostrości z każdym kilometrem. Co tu podziwiać oprócz ciemnych chmur. Chyba jedynie dojrzałe rozmowy na przemian z szeleszczącym co chwilę deszczem zmieniały uczucie zmęczenia w ciekawość. Granica. Odsłoniła przede mną dwie kultury. Poukładana niemiecka, o określonej stylistyce architektury, porządku, wielkości i ładu. Dania, specyficznie biała, z małymi czystymi okienkami bez zasłon, symboliczna i zminimalizowana. Przycięte trawniczki, odkurzone liście, jakby jesień opuściła to miejsce. Fiord wbijający się w miasteczko, piękne szerokie żywopłoty i istnienie człowieka jedynie z opowieści. Gdzie ci ludzie? Wymiar egzystencji przestał istnieć, ot tak, o porannej porze nie było żywej duszy. Wiatr bijący w okna, auta na podjazdach, na tarasach puste stoły nakryte krzesłami dawały do zrozumienia, że wolny czas funkcjonuje w tym miejscu inaczej, niestety drugiego człowieka trudno dostrzec na horyzoncie. Czułam się nieogarnięta w tej przestrzeni. Specyficzna kultura. Więc jak tu uchwycić istotę doświadczeń zamieszkujących tu ludzi?
Metafizyczny świat, który odkryłam w domu starców, system i wzajemne zrozumienie. Domeczki poukładane wzdłuż alejek, wszystko przemyślane i zdyscyplinowane. Uśmiechy, szepty i moja walka z myślami. Lepszy ten ich świat, zadbał o miejsce dla ludzi, którzy budowali rzeczywistość tego miejsca przez długie lata. Na twarzach uwieczniony wiatr, który wydobył kolor skóry, wyrzeźbił zmarszczki i umiejętnie ukształtował twarde rysy. Uśmiech, który pozwala uknuć hipotezę, że gości choćby w bólu witamy z uśmiechem. Jemy w ciszy obiad, w przerwach uśmiech za uśmiechem, powolność. Czułam się tam dobrze, mimo, że widok ludzi, którzy nigdzie nie chodzą, specjalnie nie pociąga. A z drugiej strony, znają swoje miejsce, każdy zaułek, i zwiedzili cały świat. W rozmowie pani przekroczyła granice kilkunastu państw, nuci pod nosem hiszpańską piosenkę. Z obojętnym wzrokiem obserwuje ręce i czeka na śmierć. Byłam pełna podziwu dla tych rąk. I mimo, że odpowiedziała jednym zdaniem, wiem, że życie przeżyła w widoczny dla siebie sposób, utrwaliła w nim wszystko, co ją interesowało. Teraz dobiega innych milczeniem i specjalnie nie interesuje się kolejnym dniem. Nie to, co ja. Wychodzę. Z pięknej słonecznej Jutlandii spływają potoki wody, przelotnie reaguję na porozbieranych ludzi, opatulam się szalem i pragnę suchego miejsca. Koncepcja ‘myśleć i mówić’ upadła, siedzimy w jadalni, popijamy herbatę i wdychamy stabilność miejsc, które dotknęliśmy. Niewiele osób wiedziało, że w Sonderborg Stefan Czarniecki wyzwalał Duńczyków spod szwedzkiego ciemiężyciela. Zaśpiewaliśmy hymn nasz piękny w miejscu gdzie w 1658 roku miało miejsce ważne dla Duńczyków wydarzenie, chociaż dla nas Polaków też powinno być ważne. Jakoś miałam niedosyt w sobie i poczucie ignorancji w tym historycznym temacie. Zjawiska, jakie dotykają podróżników takich jak ja pozwalają na uprawomocnienie się myślenia, że jednak świat bywa bardzo mały, zaciska się wręcz do emocji zawartej w kilku wersach. I dobrze jest czasem wejść głębiej w słowa, by dostrzec dla kolejnych pokoleń więzi, które przez lata wojen i przedziwnych perturbacji politycznych rozmywają naszą tożsamość. W oczach tubylców jutlandzkich, czerwone koszulki z białym orłem, roszczącym sobie prawo do trwałości zawartej w dziejach, a o której tak niewiele wiemy, jesteśmy inni. Potrzeba przekraczania granic wzmogła we mnie intelektualną potrzebę poznania tego uroczego miejsca. Wrażenie nie zostało utracone, mimo, że realny świat wyraźnie daje odczuć dysharmonię, w jakiej się znalazłam. W końcu empirycznie usatysfakcjonowana, zaglądałam w twarze Duńczyków. Nigdzie się nie spieszących, bez parcia na bycie oryginalnymi. Dom w dom, biały, szary, niebieski. Okno w okno, lodowate tafle szkła odbijające wiatr i deszcz. Symboliczny czas, który tam spędziłam, mimo trzech koncertów dziennie czułam się oswojona. Z małomównymi Duńczykami pozwoliliśmy wzajemnie odkryć pojmowaną wspólnie kulturę. Chociaż ich świat odbiega od znanych mi milczeniem i każda inność jest postrzegana jako dysfunkcja. Mruczę w sobie ludową piosenkę, daleko, daleko, za górą, za rzeką pozostała chatka biała…


* zdjęcie z kolekcji autorki

3 komentarze:

  1. Ty wiesz, że chłoniesz miejsce, aby je utrwalić w swojej pamięci. Wyciągasz z miejsca coś na kształt esencji, by potem rozkoszować się smakiem. A pamięć przechowuje smaki. Ciekawe czy za kilka lat przypomnisz sobie właściwy smak Jutlandii.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jutlandia..ciekawe..a ja tęsknię za erotykiem. Małgosiu...masz coś? Buziaki wieczorne..

    OdpowiedzUsuń
  3. Asiu... na zimowe wieczory te smaki :)

    Pchełko - ano ja nie wiem, czy Ci się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń

Moderowanie komentarzy, po zatwierdzeniu pojawią się na blogu.