Dzisiaj w Babińcu Literackim wiersz, który wyrósł w trawach Mullaghmore, siedziałam na klifie z mężem i obserwowałam przyrodę, jak trawy zapraszają w głąb siebie. A później dostałam od bliskiej mi osoby opowiadanie Dzikie trawy i tak, poczytajcie. Zostawcie tam swoje wrażenie. (klik)



Zdjęcia absolutnie obłędne!
OdpowiedzUsuńMając takie spojrzenie , musisz pisać tak dobre wiersze.
Czytam z zachwytem nad przenikliwością spojrzenia - oczu i duszy...
Dziękuję Jotko. I cieszę się, kiedy trafiam nie tylko w głąb siebie. Uściski
UsuńPatrzysz się jak prawdziwa czarownica, co widzi wiecej🫣🤫
OdpowiedzUsuńInnyglos
z głębokości wyszłam i zobaczyłam :P
UsuńJa się podepnę, pod innyglos. Spojrzenie masz przenikliwe. I bardzo rozumiem tę pierwszą fotografię, chociaż nie wiem, dlaczego. Idę poczytać o trawie.
OdpowiedzUsuń:*
UsuńNiestety, nie poczytam. Nie mam fb.
OdpowiedzUsuńO trawie
UsuńO trawie, która nie pamięta imion, a jednak kładzie się nocą
w jednym kierunku, jakby coś ją wołało spod skóry ziemi,
jakby krążył tam powolny sens, nie do odczytania,
tylko do przetrwania.
Gdy milknę, układa mi się w ustach zielony osad, nie słowo,
lecz obietnica słowa, jak chlorek światła zatrzymany w łodydze;
otwieram usta i wypada z nich czas, bezużyteczny, rozciągnięty
między „było” a „jeszcze chwilę”.
Dawne życie nie odeszło, ono się rozpuściło, przeszło
w stan odżywczy, jak glina, która nie chce już być naczyniem,
woli być polem błędu, miejscem, gdzie wyrasta to, co niskie,
co nie aspiruje do wysokości, a jednak dotyka nieba rosą.
Trawa wie, że nie ma głębokich korzeni, więc uczy się szybko pić:
wodę, cień, rozpad, ślad po czyimś ciele, które oddało ciepło
bez testamentu. Nie jest piękna, ale dokładna w swoim trwaniu.
Depczą ją kalendarze, ideologie, podeszwy dnia,
ścina ją porządek i przypadek, ale każda śmierć jest tu tylko korektą,
nie wymazaniem. Gnicie to praca cicha, najuczciwsza z przemian.
Jestem spokojna, bo widzę, jak krąży pod nami powolny ogień,
nie spektakularny, lecz cierpliwy, jak myśl, która nie chce zbawić świata,
tylko domknąć obieg: wzrost, zanik, powrót w materię.
Śmiałabym się głośno, gdyby śmiech nie był zbyt gwałtownym gestem
wobec tej precyzji istnienia. Śpiewałabym, gdyby śpiew nie rozcinał
powietrza tam, gdzie wszystko już oddycha samo.
Składam więc trawę nie w ofierze, lecz w obiegu:
między światłem a próchnem, tobą a mną,
tym, co było dotykalne, a tym, co dopiero nauczy się kształtu.
Niech zniknie szybko, żeby nie udawała pomnika.
Niech się rozpadnie, żeby było wiadomo, że byłam,
choćby tylko na chwilę, choćby w formie zielonego drżenia
na granicy sensu.
Ja też nie mam, ale wyświetla mi się.
Usuńświetnie wyglądasz, świetne zdjęcia, wszystkie.
OdpowiedzUsuńCzasami musze, bo się uduszę. Siłownia dobrze mi robi :P
UsuńWspaniały ! - waham się pomiędzy zazdrością a podziwem .
OdpowiedzUsuńtak bywa :P
UsuńJa nie rozumiem wierszy. No cóż, defekt mózgu taki, bywa 🤷♀️ Ale z oczami mam wszystko ok i tę ostatnią fotkę widziałabym z chęcią u siebie na ścianie w formie obrazu 🙂
OdpowiedzUsuńCzęsto tu zaglądam, chociaż się nie odzywam 🤫
Aśka, z wierszami to bywa jak z ciszą, nie każdy musi ją od razu 'rozumieć', czasem wystarczy, że coś lekko poruszy, nawet jeśli nie wiadomo co. A co do zdjęcia, bardzo się cieszę, że wpadło Ci w oko. No i nie publikuję tylko wierszy, więc może jeszcze coś kiedyś znajdziesz dla siebie. Dziękuję, że zaglądasz, nawet po cichu :P
Usuń