Gdzie skóra nie kończy się na skórze,
tylko przechodzi w cienkie alfabetowe naczynia
i litery krążą wolniej niż krew, bardziej ostrożnie niż sen.
W Irlandii mech rośnie jak pamięć,
nie pyta o zgodę, wchodzi w kamień, w szczeliny kości,
w ogrodzenia, które udają granice.
Tam czarne nie jest czarne, jest czernią na czerni,
jakby świat zapomniał różnicy pomiędzy tłem a początkiem.
Na języku pojawia się nalot po niezapisanej rozmowie.
Topografia nie zgadza się z terenem.
Relacje mają tu kształt mokrej linii brzegowej,
cofają się, wracają, zostawiają osad z ostrożności,
jakby każda bliskość była przypływem, który coś zabiera,
zanim zdąży nazwać się obecnością.
W ciele rośnie świat:
nie taki, który rozszerza się heroicznie,
raczej taki, który zapada się w siebie jak jabłko w listopadzie,
gdy światło staje się cięższe od owocu.
Uwaga to zwierzę nocne,
chodzi po żebrach, nie zostawia śladów,
tylko przesunięte temperatury,
jakby ktoś na chwilę przestawił północ w inne miejsce ciała.
A jednak wszystko jest zapisem:
czerwień z minimalnym błędem widoczności.
Pomiędzy tymi warstwami
ktoś ostrożnie poprawia drogi,
nie wiadomo, czy to granica,
czy tylko oddech, który się spóźnił o jedno zdanie.

taka dość apokaliptyczna wizja... a właściwie wejrzenie...
OdpowiedzUsuńcałość bardzo piękna...
Apokaliptyczna - mam podobne odczucie jak Lusi A.
UsuńTo już trwa, a ja sobie a muzom :)
UsuńJa czuję tu złość poskórną na niopamiętanie ludzkie
OdpowiedzUsuńDobrze napisane - nieopamiętanie! :*
Usuńpięknie układasz słowa ! <3
OdpowiedzUsuń:*
UsuńMrocznie! Ale prawdziwo.
OdpowiedzUsuńI pieknie... :*
Wiesz, zauważam, że każdy ma innym poziom odczytywania mroku, chyba jestem chodzącym mrokiem, ale nie mrukiem, serio. :P
Usuńojezooo Margo mam w duszy to samo ...
OdpowiedzUsuńTrzymaj się siostro :*
Usuń