Strony

sobota, 3 maja 2025

Gdzie nie widać dłoni

 


Wchodziłam w to lato jak w wodę po burzy – nie z rozpędu, tylko z ciężarem, który działał jak kotwica i skrzydło jednocześnie. Beskid Wyspowy – rozdziały ułożone z zapachów i poziomic. Ciocia kończyła dom, w środku tynk jeszcze nieobeschnięty, kafle jak niedopowiedziane zdania, a ja – z rękami pełnymi czerwonych porzeczek, jakby to był jedyny język, którym mogłam mówić. Czarne wbijały się w skórę, zostawały w liniach papilarnych jak szyfry. Deszcz nie padał, on przeobrażał. Potok zmieniał się w coś, czego nie dało się przejść, tylko trzeba było przeczekać, albo objąć. Rwąca rzeka szarpała kamienie, dźwięk jakby nie świat, ale samo jego dno się przesuwało. Wtedy zaganiałam zwierzęta, z namaszczeniem, z jakąś rytualną powagą – zamykałam kury jak tajemnice, króliki karmiłam, jak własne pytania, które nie miały dokąd pójść. W środku dnia było ciemno, i cały świat pachniał ziemią, futrem, błotem, burzą. Nie było telewizora, nie było potrzeby. Mówiły trawy, rynny, psy sąsiadów. Dzieciarnia przybiegała z książkami, bez okładek, bez początku, bez końca. Dzieliliśmy się, wymyślaliśmy – kto przetrwa noc na sianie, kto pierwszy zniknie w sadzie, kto dotknie nieba. Trawy mówiły też do nas – szeptały, jakby znały język innych światów. Czasem parowały po deszczu, jakby świat miał własną skórę i właśnie otwierał pory. Uciekałam nocą, nie jak z ucieczki, tylko z wewnętrznego przymusu ruchu – nogi same prowadziły przez pola, pod urwiska. Leżeliśmy na granicach nocy, patrzyliśmy w gwiazdy, ale one nas nie obchodziły. Chodziło o ten moment, zanim zacznie się mówić. Albo zanim trzeba będzie wrócić. Msza w niedzielę – jedyna ceremonia, której nikt nie kwestionował. Koń sąsiada był staranniejszy od nas wszystkich, brązowy, z białym znakiem na czole. Wóz skrzypiał jak opowieść o przetrwaniu. Buty zakładało się dopiero pod kościołem, jakby ziemia była jeszcze zbyt bliska. Kościół nie stał na żadnym wzgórzu. Nie musiał. Wyrastał z rynku jak najstarsze drzewo tej okolicy – nie przez swoją wysokość, tylko przez pamięć, którą trzymał w szczelinach drewna. Przyklejony do codzienności, a jednak osobny. W jego cieniu sprzedawano lody, pocztówki, gwoździe i czas. Po mszy nikt się nie spieszył. Za kościołem rozciągały się łąki, nieuporządkowane jak myśli przed snem. Tam szliśmy po mszy – dzieci, półdzikie, z bosymi stopami oblepionymi ziemią, i starsi, którzy mieli swoje powody, by na chwilę usiąść na kamieniu i nie mówić nic. Leżeliśmy wśród ziół, których nazw nie znałam, ale znało je moje ciało. Pszczoły, jętki, zapach mlecznego światła. Ktoś gwizdał, ktoś szeptał. Czas się rozłaził, jakbyśmy byli poza porządkiem, który rządził zegarami w domach. Czułam się wtedy częścią czegoś większego – nie wspólnoty, nie krajobrazu, tylko czegoś, co nie potrzebowało nazwy. Jakbyśmy wszyscy, w tamtym rozmazanym świetle popołudnia, znów byli stworzeni od nowa, z tej samej trawy, wody, zapachu lipy i odległych dzwonów.

Najpierw jednak była liturgia.

Ciemny i stary z drewna, które widziało więcej niż ja kiedykolwiek zapamiętam. Pachniał jak dom, w którym przez dekady modlono się bez przerwy – wilgotno, kadzidlanie, cieliście. Święcona woda cuchnęła jak coś, co długo nie było ruszane, jak zbutwiała tajemnica, którą ktoś próbował oczyścić solą i żywicą. Maczało się w niej palce bez pytania – tak trzeba. Ściany były pokryte obrazami, płaskimi, mocnymi w barwie – opowieści dla tych, co nie czytają, ale czują. Złocenia nie błyszczały jak nowe, tylko jak wspomnienie słońca. Podłoga – z kamienia, chłodna nawet w największy upał. Kroki tłukły się echem, wszystko, co nie było modlitwą, zdawało się zbyt głośne. Ludzie – ubrani jak do pieśni. Kobiety w haftowanych koszulach, spódnicach ciężkich od wzoru i tradycji. Kiedy klękały, materiał szumiał jak woda w lesie. Koraliki, owoce krwi, poukładane przy szyjach, jak różańce. Nie śpiewały – unosiły głosy, które nie znały fałszu. Śpiew był wspólny, pełny, jakby każdy z nich miał wewnątrz siebie tę samą melodię, tylko na chwilę ją oddał. Mężczyźni – wysocy, milczący, ich dłonie miały twardość pracy, której nie trzeba tłumaczyć. Twarde linie twarzy, głosy chrapliwe od milczenia i wódki. Ale wtedy – skupieni, obecni. Czułam się częścią i nieczęścią. Obca, ale oprawiona w znane spojrzenia. Mówili do siebie, nie do mnie, ale kątem ust: „to Ziutkowa”. Wystarczyło. Byłam opisana – córka Ziutki. Tożsamość podana półgłosem, zatwierdzona dotknięciem ramienia, uśmiechem w kąciku ust, spojrzeniem, które nie pytało, tylko wiedziało. Po mszy szliśmy do baru. Jedyny na rynku. Oranżada, butelki tłuste od dotyku, głosy zlepione z dialektów. Dorosłość wtedy była dla mnie językiem, którego niby rozumiałam, ale nie przez znaczenia – raczej przez barwę, drganie, wysokość. Jakby każde zdanie było nie tyle wypowiedziane, co zagrane na instrumencie, którego nie znałam, ale czułam jego rezonans. Siedziałam przy stole, piłam przez rurkę oranżadę z cienkiego plastiku i słuchałam – nie sensów, tylko ciał. Ich słowa miały inne tempo, inne napięcie samogłosek. Jakby w każdym z nich była pogoda, gleba i zmęczenie. Jako dziewczynka z północy, mówiąca czysto, bez żadnego akcentu – jak ze szkoły, z radia, z czytanki – zostałam nagle włożona w coś eterycznego, coś innego, co miało swoje ciało, oddech i puls. Przyglądałam się tym słowom jakby były kamieniem – niezwykłym, oszlifowanym przez czas, żywym – który ktoś wsunął mi w dłonie. Obracałam go powoli w palcach, próbując zrozumieć, co mówi – nie przez definicję, tylko przez kontakt. Przez fakturę, przez ciepło, przez to, jak światło tańczyło na jego powierzchni. I tak właśnie wchodził we mnie ich język – nie przez uszy, ale przez skórę, przez gardło, przez napięcie w brzuchu. Akcent oswajał się jak zwierzę – powoli, ostrożnie. Aż w końcu wskakiwał na odpowiednią półkę w mózgu i zsuwał się w dół, jak woda po kręgosłupie. I wtedy słowa same się rozpływały w ciele rozumienia. Nie musiałam już nic tłumaczyć. Znałam ten język – nie ze szkoły, tylko z wnętrza. Jakby był we mnie od zawsze, tylko czekał na tę częstotliwość, na to drżenie, które go obudzi.

A za oknem łąki falowały jak teksty psalmów, które dopiero nauczyłam się słyszeć.

10 komentarzy:

  1. Brawo.

    Byłem tam, nawet się przeżegnałem, palce uprzednio zmoczywszy w wodzie, święconej, chociaż cuchnącej.

    Dzięki, żeś mnie tam wpuściła, zabrała na tę ekskursję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię myśleć, że te miejsca trochę nadal istnieją, skoro można do nich wracać choćby tylko tekstem. Dziękuję i poozdrawiam :)

      Usuń
  2. Ziutkowa... nic piękniejszego dotąd u Ciebie nie przeczytałem. pochłonęłaś mnie bez reszty. Hrabal na trzech stronach opisał spacer od szpitalnych schodów do furtki - Ty, gdybyś zechciała, mogłabyś napisać z tego całą książkę wciągającą bardziej niż wódka lana w opętaną głowę. będę wracał do tego tekstu - bo są takie teksty, których nie wystarczy raz przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam w sobie Hrabalowej cierpliwości do opisywania furtki, ale coś we mnie chyba rzeczywiście wciąż drąży. Dziękuję Ci za takie czytanie

      Usuń
    2. kiedy wpadam w te słowa, to nie ma kropek, jest jedno wielkie wspomnienie, nieuczesane, pełne emocji, które zawsze znajdzie zakamarki wcześniej nie zauważone, detale warte pamiętania. czytam akapitami, ale chyba już nie oczami. znakomicie to napisałaś. ciągnie mnie tu jak do jakiejś tajemnicy, pozwala płynąć w nieznane nie ruszając się z fotela. to naprawdę dobre pisanie. takiego szukam.

      Usuń
    3. Twoje słowa są jak przedłużenie tamtego wspomnienia – jakby ktoś je dalej niósł, otworzył jeszcze inne drzwi w tej samej pamięci. Tak właśnie to czuję, kiedy piszę: że wspomienie płynie, że nie trzeba się zatrzymywać. Dziękuję :)

      Usuń
    4. przyszedłem znów. zabłądzić. i dopiero teraz widzę, że kiedy smakuję pierwsze zdanie, to już jestem stracony. a potem dzieje się coś nie w kilkudziesięciu linijkach, tylko chyba w trzech tomach, bo kończąc tekst mam wrażenie, że czas zaplątał się i został wewnątrz. ratują mnie falujące łąki, które zdają się być wyjściem z tego magicznego lata zaczętego burzą. względność czasu staje się zrozumialsza, kiedy po lekturze patrzę nie czytając (żeby nie zabłądzić raz jeszcze).naprawdę to zaledwie strona?

      Usuń
    5. Dziękuję Ci za to zabłądzenie – takie, które zostawia ślad i pozwala wrócić inaczej. To dla mnie ogromne, że ten tekst aż tak z Tobą został. Strona, może jeszcze kiedyś się odważę na jakieś wspomnienie.

      Usuń
  3. znowu jestem. nic nowego nie powiem. jestem, bo... a raczej bezzasadnie. po prostu.

    OdpowiedzUsuń