Rozmowy


Chłopiec i nosorożec

Małgorzata Południak – Czy masz w swojej kolekcji obrazy, które wspominasz jakoś szczególnie albo wiążą się z nimi anegdoty?

Mirek Antoniewicz – Tak, mam taki obraz wspomnienie, Tadeusz Wroński namalował mój portret.
Był rok 1996. Leniwe, jesienne, popołudnie. Odwiedziłem Tadeusza w pracowni na poddaszu. Siadaj, zrobimy twój portret. Szybko! Ustawił mały blejtram na sztalugi, poprawił okulary na nosie, trzymając cały czas papieros w dłoni. Paletę zawsze miał gotową. Małe pędzle, bo gdzie mi się spieszy? Malował szybko, zdecydowanie. Rozmawialiśmy lekko, o niczym. Wiesz, zrobię cię ze skrzydłami, będziesz rycerzem. Sesja trwała krótko. Powstał nieduży szkic do portretu. Tadeusz w latach 1996 – 1997 namalował kilkadziesiąt portretów osób ze swojego najbliższego otoczenia, planował zrobić wystawę Portrety znajomych. Nie doczekał wernisażu. Zmarł 18 kwietnia 1998 roku po krótkiej chorobie. Wkrótce w jednej z wrocławskich galerii miało miejsce otwarcie wystawy: Tadeusz Wroński. Portrety. Pokazowi towarzyszył mały katalog zawierający reprodukcje i spis 54 wystawionych prac. Wolą Artysty było, by obrazy stały się własnością osób portretowanych.

Tadeusz Wroński, Mirek Antoniewicz

Tadeusz Wroński, Mirek Antoniewicz

W Twoich obrazach najczęściej pojawia się chłopiec lub chłopcy. Używasz go w odniesieniu do siebie? Czy wiąże się z chłopcami szczególna historia?

Chłopiec w obrazach.
porozumienie

To moje zdjęcie wykonane w 1959 roku na wrocławskim Rynku. Jestem bezpośrednią inspiracją cyklu obrazów, który maluję od kilku lat. Mieszkałem w pobliżu Rynku, lubiłem karmić gołębie i tak też zostałem uwieczniony. Pierwszy namalowany obraz przedstawiał chłopca stojącego na symbolicznej linii miłości i śmierci. Postać stoi na bruku, karmi gołębie. Ma twarz owiniętą niebieską wstążką, strzępek trzyma również w dłoni. Z prawej strony obrazu igra miłośnie para ptaków, z lewej leży martwy gołąb. W obrazie tym nawiązuję również do filmu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie we wczesnej młodości. Mówię o Szalonym Piotrusiu /1965/ Jean-Luc Godarda, z Jeanem Paulem Belmondo w roli głównej. Przechowałem w pamięci postać bohatera filmu, malującego twarz na niebiesko w finale. Postać chłopca pełni w moich obrazach rolę przewodnika, prowadzi przez wspomnienia, wydarzenia z życia, fascynacje, inspiracje. Ukazuje w różny sposób zdobywanie życiowych doświadczeń, aż po dialogi ze współczesnością. Rozmowy te bywają niekiedy przewrotne. Są w nich ukryte dialogi z dawnymi mistrzami – Albrecht Durer, Diego Velazquez czy Francisco Goya, ale również ze współczesnymi twórcami jak Tadeusz Kantor czy Damien Hirst. Postać chłopca była inspiracją kilku wystaw malarstwa, książki artystycznej i krótkiego filmu.
na linii życia
szalony Piotruś

                                                                               
Czyli w jakimś sensie obrazy z chłopcem są początkiem najróżniejszych wypraw? Wyjściem z milczenia, tak mogę to określić? Pytam, bo wydaje mi się, że jesteś człowiekiem zamkniętym w sobię, nie wiem, czy mogę użyć określenia introwertycznym, ale właśnie taka myśl mi się nasuwa po wielu naszych rozmowach.

Malarstwo wydaje się być trwającą całe życie wyprawą. Pozwala ciągle być w drodze, daje możliwość skoncentrowania się na pięknie życia. Jest też sposobem komunikowania się malarza z otoczeniem. Gdyby jednak zapytał mnie ktoś – czym jest bycie malarzem? Odpowiedziałbym, że samotnością. Stąd może pojawiające się podejrzenie o introwertyzm. Jednak ukończone obrazy żyją własnym, niezależnym życiem. Niosą malarza innym osobom i tworzą swoje historie. Jan Lebenstein wielokrotnie podkreślał, że nie maluję obrazów nad kanapę, tymczasem rzeczywistość pokazuje, że tam właśnie znajduje się wiele jego dzieł. Posłużę się dwoma anegdotami, by opisać przypadki spotykające moje obrazy. Byłem zaproszony na domowy obiad do osoby kolekcjonującej moje obrazy. Ciekawa była ta możliwość zobaczenia kilkunastu moich prac w innych wnętrzach, w innej kulturze. W jadalni odkryłem dwie maleńkie martwe natury, namalowane przeze mnie bardzo dawno temu. Dodatkowo nie wiedziałem do kogo trafiły. I tutaj usłyszałem ciekawą historię. Gospodarz opowiedział, że dzięki tym obrazkom napływa do niego szczęśliwe wspomnienie odległego dzieciństwa, gdy siedział w kuchni, a jego matka robiła na zimę konfitury. Nigdy bym czegoś takiego nie wymyślił.

Druga historia wydarzyła się po wielkiej powodzi we Wrocławiu /1997/. W Galerii M na ulicy Jatki spotkałem młodą osobę, która akurat kupowała mój mały obrazek. Raczej unikam kontaktu z nabywcami moich prac, ale… Oto co usłyszałem: W powodzi straciłam wszystko. Całe wyposażenie mieszkania uległo zniszczeniu. Postanowiłam budowanie nowego zacząć od kupna tego małego obrazka. Jest ciepły i optymistyczny. Wierzę, że doda mi sił.
Miałem wówczas ochotę podarować większa pracę, ale pomyślałem, że tak postępując, chyba jednak bym coś zepsuł...

Niezwykłe opowieści. Jednak w czasie wernisaży spotykasz się z potencjalnymi nabywcami obrazów? Zawsze zastanawiałam się, czy takie sytuacje bardziej otwierają ciebie jako artystę, czy zamykają? Czy niepokój, który wtedy się pojawia, jest wystarczającym bodźcem do malowania, a może nic takiego nie ma miejsca?

Wernisaż, prezentacja, święto, podsumowanie etapu pracy, spotkanie.

Adolph Gottlieb napisał, że różne czasy wymagają różnych obrazów. Wystawy są ważne z tego względu, że zawsze zamykają etap pracy. Pełnią rolę wydarzenia przenoszącego to, co wewnętrzne, na zewnątrz, a zarazem podsumowują pewien okres twórczości. Prezentowane obrazy zawsze oddają aktualny stan ducha twórcy. Malujemy to, co znajdujemy w sobie. Malarzem nie przestaje się być. Obecnie mam pracownię w mieszkaniu, więc zawsze jestem w warsztacie. Obrazy stoją wszędzie, czekają. Chcę przez to powiedzieć, że nie ma odpoczynku od bycia malarzem. A dodatkowo zamieszkiwanie w miejscu, gdzie się pracuje, potęguje stan ciągłego napięcia. Niekiedy przebudzenie się w nocy rodzi potrzebę spojrzenia na malowany obraz, co w konsekwencji niesie godziny bezsennych rozmyślań. Wielką zaletą wystaw jest fakt, że można w zorganizowanej przestrzeni zobaczyć swoje prace. Wyjątkowe jest również doświadczenie swoich prac w nowych wzajemnych relacjach. Nie mam żadnego specjalnego stosunku do faktu wernisażu. Cieszy mnie możliwość zaprezentowania najnowszych prac, cieszy spotkanie z wernisażowymi gośćmi i wspólne świętowanie wydarzenia. W ostatnich latach odbyło się też wiele wernisaży moich obrazów, w których nie brałem udziału.

Niektórzy malarze nie potrafią opowiadać o własnych obrazach. Introwertyzm jakby dawał im legitymację do milczenia. Mam wrażenie, że gdyby się otworzyli, wszystko rozpadłoby się na małe fragmenty, a wypowiedź nie byłaby zbytnio przekonująca. Czy zdarza ci się czytać źle sformułowane wypowiedzi na temat wystaw, cykli obrazów i jako odbiorca sztuki nie zgadzasz się z komentującym?

Osobiście nie czuję się introwertykiem, powiedziałbym raczej, że interesuje mnie działanie teleologiczne. Nie rozmieniać się, trzymać swój kurs, bo w malarstwie najważniejsze jest malowanie.
Malarze piszący, pewnie i tacy byli. W Polsce dobrym malarzem i ciekawie piszącym był Józef Czapski. Dużo i dobrze pisał o sztuce Tadeusz Kantor. Ale... Przypomniała mi się wizyta u wspomnianego wcześniej Tadeusza Wrońskiego. Kiedyś w czasie ciekawej rozmowy, Tadeusz przyniósł z sąsiedniego pokoju szkolny blok rysunkowy, powiedział Pokażę ci coś. W środku przechowywał różne kawałki przypadkowego papieru, odzyskanego z torebek po cukrze i opakowań, pogniecione i szare. Na tych biednych kartkach były rysunki różnych bosych stóp, zmęczonych, zawiniętych w onuce, poobcieranych. To mój oddział, nie mogłem przecież rysować twarzy. Tadeusz w czasie wojny był żołnierzem Armii Krajowej. Niełatwo jest słowami zrównoważyć takie przeżycie.

Wypowiedzi o sztuce to nie jest taka prosta sprawa. Jestem przekonany, że powstaje każdego dnia mnóstwo tekstów, ale nie czuję się ekspertem w tej dziedzinie. Są artyści, którzy lubią mieć dużo napisane o sobie, mają przesadnie rozbudowane biografie, wyszczególnione wszystkie drobiazgi itd., co na co dzień jest bardziej ciężarem niż ciekawą informacją. Jestem zwolennikiem krótkich, merytorycznych wypowiedzi, których celem jest pokazanie motywu, drogi myślenia, przybliżenie odbiorcy tematu i przede wszystkim unikanie banału i stawiania ocen. Dobrze jest, gdy tekst wspiera dzieło i pomaga nam zbudować własne zdanie. Ale oczywiście są krytycy, którzy pisząc o sztuce, przesadnie koncentrują się na sobie. Popisują się, zamiast pisać. Myślę, że warto mieć zawsze dystans zarówno do obrazów jak i do tekstów. Byli jednak i tacy, którzy swoimi tekstami przeszli do historii sztuki jak choćby David Sylwester, który znakomicie pisał o takich malarzach jak Francis Bacon czy Jasper Johns.

Zatem wróćmy do malowania. Droga twórcza, obecność ludzi, inspiracje. Co lub kto najsilniej pobudza cię do malowania i w jakiej metodzie czujesz się najlepiej. Czym lubisz dzielić się z innymi i co jest dla ciebie paliwem?

W mojej świadomości malarstwo jest procesem, którego mam wielkie szczęście być uczestnikiem. Wspaniała jest świadomość konstatowania, że jest się małą chwilką wielkiego procesu. Podobnie jak tysiące lat temu ważne są: pigmenty, spoiwo i podłoże. Niezbędna jest myśl, wiedza i umiejętności. W tym zakresie nie tak wiele się zmieniło. Malarstwo wydaje mi się ciągłym poszukiwaniem, badaniem uniwersalnego języka, jakim jest obraz. Zarazem jest poszukiwaniem własnego języka, osobistego sposobu obrazowania, nadawania znaczeń, tworzenia.

A droga twórcza? Zawsze chciałem malować. Po prostu zawsze. I tak pozostało. Potrzeba malowania pozwalała przezwyciężać trudności. W młodości na moją wyobraźnię oddziaływali surrealiści, filozofia egzystencjalna. W Polsce bardzo bliski był mi Stanisław Ignacy Witkiewicz, jego uniwersalizm działania i postawa twórcza. Nigdy nie ulegałem bezpośrednim wpływom. Zawsze starałem się zachować refleksję i szerokość spojrzenia. Niezależność myślenia i własny osąd – to są moje wartości.


Kiedy oglądam twoje obrazy, mam wrażenie, że chowasz się w nich za detalami. Wspomniałeś o języku. Czy to nie jest tak, że malarstwo jest również formą obrony? Podsyłasz mi czasami książki i zastanawiam się, wracając do paliwa, czy literatura przydaje się w chwilach, kiedy komponujesz obrazy? Bywa inspiracją?

Jak powiedziałem wcześniej – cenię tradycję w malarstwie, stąd może i przywiązanie do detalu, może bardziej potrzeba nadania ważności każdemu fragmentowi obrazu? Budowanie koloru w klasycznej technologii malarskiej jest bardzo długotrwałe. Nakładanie kolejnych warstw farby wymaga tzw. międzyczasów, okresów, kiedy farba utwardzi się przed nałożeniem kolejnych warstw. Powoduje to konieczność podejmowania pracy nad kilkoma obrazami równocześnie, które powoli dojrzewają, stając się bliższe zamierzeniom. W procesie malowania ważny jest również moment współpracy z obrazem na jego poszczególnych etapach. Dzisiaj ważniejsze wydaje się bycie artystą, niż wiedza, warsztat i umiejętności malarskie. Nie mówię o tym z żalem, raczej konstatuję. Sam jestem osadzony w klasycznym sposobie malowania, ale podziwiam performance Mariny Abramović, które tworzy sama jej obecność.

Wydaje mi się, że malując, tworzy się to, co chciałoby się zobaczyć. Czy jest to forma obrony? Nie odgradzam się od świata tym, co robię. Raczej myślę, że próbuję nawiązać kontakt. Na przestrzeni ostatnich lat tak wiele się zmieniło w naszych możliwościach poznawania sztuki. Wiadomo – podróże, internet itd. Wszystko jest dosłownie w zasięgu ręki.

Malarstwo próbuje w różny sposób uwolnić się od treści, od narracji. Ale chyba nie jest to możliwe. Mark Rothko protestował, gdy jego sztukę nazywano abstrakcyjną, powiedział Moje obrazy nie są abstrakcją. A przecież wiemy, że dużo czytał, pisał, słuchał muzyki klasycznej.

Wpływ literatury na malarstwo wydaje się naturalny. Wybierają tę drogę najwięksi twórcy, np. Anselm Kiefer w 2006r. namalował znakomity cykl obrazów inspirowany poezję Vielimira Chlebnikova. W ten sposób przypomniał szerzej światu postać zapomnianego poety.

Jedna z moich pierwszych ważnych wystaw miała miejsce w Galerii Teatru Kalambur we Wrocławiu w 1987 roku, nosiła tytuł Świat manekinów i absolutnie była inspirowana prozą Brunona Schulza. A i później malowałem cykl tańców nad brzegiem morza inspirowany poezją Pabla Nerudy.

Dzisiaj, po tylu dziesiątkach lat malowania, wybieram drogę własnych opowieści. Nagromadziłem w sobie zapas energii na wiele lat malowania, raczej problemem jest nadmiar pomysłów i zbyt szybki upływ czasu.

Artyści kształtują świadomość odbiorców ich prac. Czy ten fakt nie jest ciężarem? 

Mój sposób myślenia jest dziewiętnastowieczny.

Tworząc, malując, pracując nad obrazem, nie myślę o odbiorcach, jednak zawsze poszukuję formy, która ma w efekcie mnie zadowolić. W tym przypadku myśli, idee, pomysły powstania obrazu zapisuje się szybko, wystarcza zamknięta w zdaniu myśl lub kilka kresek. Niekiedy jedno słowo. Natomiast namalowanie tego, to zupełnie inna sprawa.

Jest grupa twórców tworzących awangardę, nadających ton epoce. Pewnie zawsze tak było. Myślę, że oni mają największy wpływ na innych twórców. Następcom jest łatwiej podążać przetartą przez innych ścieżką sławy. Można przytoczyć słynne zdanie Pabla Picassa Ukradnij i zrób lepiej. Nie jestem tego wszystkiego pewien, a już wagi oddziaływania na pewno nie. Tak naprawdę to artyści oddziałują często na świadomość odbiorców w sposób nieświadomy. Gdy upłynie stosowny czas ich prace stają się motywem na firanki, pościel, malowanie ścian i inne.

Dzisiaj jest inaczej. Wielu twórców prowadzi działalność na szeroką skalę, działa na wielu polach,  zatrudnia mnóstwo ludzi, specjalistów od marketingu, wspiera się w swoich działaniach na badaniach rynku itd. Jednym słowem – świadomie budują swój portret, merkantylnie wpływają na świadomość odbiorców. Nagrodą jest złoty pieniądz.

Czas ciągle coś zmienia. Nas, świadomość. Kiedy zaproponowałam Ci współpracę w sZAFie, zastanawiałeś się, jaka odpowiedzialność na tobie ciąży w doborze prezentacji artystów? 

Nie czuję tej odpowiedzialności. Uważam, że sztuka jest wartością wspierającą w naszym życiu. Szanuję każdy jej przejaw, cieszy mnie każdy akt kreacji, oczywiście wszystko ma właściwe miejsce i proporcje. Upływający czas nauczył mnie, by nie maksymalizować wartości. Cieszę się ze współpracy z sZAFą. Jest tutaj szansa w migawkowy sposób zaprezentować różnych artystów czytelnikom. Szczęśliwie mam wśród znajomych wielu twórców mieszkających w świecie, chętnie ich zapraszam, dla każdego znajdzie się czas na 15 minut sławy w sZAFIe.

Czym jest dla Ciebie nosorożec w malarstwie?

Pierwsze światło czyli zwierzęta w malarstwie.

Pierwsze światło, gdy cichną cykady i nagle robi się jasno, a ściany pokryte są rysunkami zwierząt. W glinianych naczyniach, gotowe na rozpoczęcie dnia czekają: woda, oliwa i wino. I tak od tysięcy lat niezmiennie każdego dnia od nowa.

Gdy próbuję sobie przypomnieć moje ważniejsze etapy drogi malarskiej, to dobrze wspominam próby tworzenia obrazów abstrakcyjnych. Szczególnie upodobałem sobie jako motyw rysunkowe zapisy muzyki wykonane przez Igora Strawińskiego. Robiłem eksperymenty  polegające na budowaniu kompozycji malarskich, słuchając muzyki, a zarazem inspirując się jego rysunkami. Szybko jednak zmęczyły mnie te poszukiwania. Muzyka zawiera pierwiastki, których nie umiałem  przełożyć na język malarski. Jednakże w środku zawsze tęskniłem za malarstwem przedstawiającym, wydającym się być bliżej człowieka.

Około 1990 roku pojawił się chłopiec w marynarskim ubraniu, papierowej czapeczce, na drewnianym koniku. Proste i jednoznaczne wspomnienie dzieciństwa. Wówczas bardzo powszechne... Ale taka narracja jest bolesna dla każdego twórcy. Pisał o tym m.in. Zdzisław Beksiński, przedrzeźniając pytanie w galerii – Czy są morza Beksińskiego? Konsekwentnie wycofałem się z tego sposobu obrazowania.

Malowanie zwierząt przyjmowałem jako wytchnienie, odpoczynek. Wspominam wystawę pełną świń, kogutów, indyków i kur w Galerii M we Wrocławiu. Był to radosny koniec lat 90-tych, gdy kupowano dużo obrazów w galeriach. W czasie wernisażu pakowano obrazy na podłodze w galerii i po dwóch dniach nie było śladu po wystawie.

Ważną wystawą była ta zorganizowana w Teatrze Pieśń Kozła we Wrocławiu w 2006 roku. Wystawa miała tytuł Dotyk Hioba.

(mój tekst do wystawy)

Dotknięcie Hioba
Hiob był szczęśliwym i bogatym człowiekiem. Niespodziewanie został poddany próbie. Z dnia na dzień utracił wszystko. Pozostał sam. Nie stracił jednak nadziei. Powszechnie znane są wyobrażenia byków w kulturze. Począwszy od malarstwa jaskiniowego, poprzez byki w mitologii greckiej, po sztukę Francisco Goi czy prozę Ernesto Hemingwaya. Malowane przeze mnie byki są symbolem chęci życia. Poddaję je świadomie procesowi uczłowieczenia. Pomimo, iż są naznaczone piętnem Tanathos, nie tracą ciekawości istnienia. Znajdujemy je w punkcie przecięcia ogromu swojego upadku i wiary w lepsze jutro. Upadki i odrodzenia wydają się być źródłem naszego humanizmu. Malując byki, nie zapominam o przesłaniu Hioba, wspieram się również doświadczeniem własnym. Staram się moimi obrazami mówić o nadziei. Malując byki pytam – Kim jest człowiek? Znając nieuchronność przemijania, pytam – co jest sensem ludzkiego życia? Nazywam moje byki symbolicznym motywem nadziei.


Motyw byka odbierano i interpretowano różnie, dla mnie była to pieśń o przetrąconych kręgosłupach. Jestem sparaliżowany i żyłem już wówczas na wózku.
nieuchronność

Nosorożce w moim malarstwie pojawiły się za sprawą włoskiego malarza Gabriela Buratti, który jest rzecznikiem ruchu ochrony nosorożców ART 4 RHINO.  Zaproszono mnie do udziału w cyklu tematycznych wystaw, które zainicjowane zostały w Muzeum Historii Naturalnej w Genui i odbywają się nadal w różnych miastach Italii. Próbowałem przenieść ideę do Polski, ale nie udało mi się. Może nie potrafiłem? Nie wiem. Mam wiele prac z motywem nosorożca, może je kiedyś zaprezentuję. Lubię malować zwierzęta.
porozumienie

Nosorożce niestety giną z rąk człowieka, mimo że są pod ochroną i możliwe, że to właśnie człowiek przyczyni się do wyginięcia  jednego z najdłużej żyjącego na ziemi gatunku zwierząt. Parafrazując Twoje pytanie – kim jest artysta malarz?

Przystępując do malowania nosorożców i udziału w wystawach dotyczących ich ochrony, zacząłem więcej czytać na ten temat. Rzeczywiście – przerażające wiadomości i statystyki. Nawet sama ochrona też jest doprowadzona do okaleczania zwierząt. Niepojęte historie. Przerażające. Bezmyślne.

Bycie malarzem... To jeden z tych zawodów, w którym się nigdy nie odpoczywa i nigdy nie przestaje się pracować. Malarskie obserwowanie świata staje się koniecznością – formą funkcjonowania, ale jest też formą samotności. Spędzane w pracowni setki samotnych godzin dają wiele czasu na refleksję i rozmyślanie. Powstające obrazy są wypadkową tak wielu różnych elementów. Malarstwo wydaje się być ciągłym poszukiwaniem. Choćby odpowiedzi na pytanie – kiedy obraz jest ukończony? Pewnie odpowiedź wymagałaby napisania wielu stron. Słowo przy obrazie zawsze pozostawia margines niejasności. Opinii na ten temat jest bardzo wiele. Zdarzyło mi się kilkakrotnie, że gdy zobaczyłem swój obraz po pewnym okresie,  zawsze miałem ochotę go zaktualizować. Podjęcie decyzji o zakończeniu pracy nad obrazem jest dla mnie zawsze trudne, trudniejsze nawet niż rozstanie z obrazem. Uparte dążenie do ideału niekiedy niszczy świeżość i powoduje zmęczenie materii, co zawsze jest ze szkodą dla obrazu.

Pytanie kim jest artysta malarz, uważam za bardzo trudne. Można na nie odpowiedzieć na wiele przewrotnych sposobów i każdy będzie prawdziwy. Jedną z odpowiedzi może być taka, że artysta malarz jest twórcą. A kim jest twórca? Twórca, to ten co tworzy dzieła. A czym jest dzieło...


Jednak gdy się dłużej zastanowię, to odpowiem, iż Artysta to jest ktoś, kto nadaje własny sens otaczającemu światu.


Idąc twoim tropem – czym jest dzieło?

W powszechnej świadomości dzieło sztuki powiązane jest z estetyką. Immanuel Kant uważał, że piękne jest to, co podoba się powszechnie, bezinteresownie i bezpośrednio, ale już sądy estetyczne przyjmował za czynność subiektywną z natury. Podobnie pisał Ludwig Wittgenstein, który lekceważył ideę estetyki jako nauki, która mówi, co jest piękne – to jest chyba zbyt śmieszne, żeby o tym mówić. Ponoć do czasu namalowania przez Pabla Picassa Panien z Avignon (1907r.) wszystko się zgadzało w pojmowaniu dzieła sztuki. Chwilę później ikonoklasta dwudziestowieczny – Marcel Duchamp wystawia w muzeum dzieło Fontanna (1917r.), którym był pisuar. Twierdzi również, że Wszystko jest sztuką, jeśli artysta powie, że nią jest.

Gerhard J. Durschke  napisał Kultura modernizmu staje się kulturą refleksyjną. Z malarstwa znika całkowicie – motyw, z muzyki – tonalność, z powieści znika najpierw bohater, a następnie akcja, z architektury znika funkcja, z filozofii znika system myślowy i pozostaje dyskurs. Jednak sztuka jest zjawiskiem realnym w naszej rzeczywistości i nie da się tego podważyć. Natomiast w obrębie sztuki obecnie już nie ma reguł. Społeczna świadomość rozumiana jako zbiór akceptowanych poglądów wokół współczesnych dzieł sztuki po prostu nie istnieje. Zanegowano istnienie aktu twórczego, przerwano płynność komunikacji wokół współczesnego dzieła sztuki.

Zapytałem o sztukę artystę działającego w Mediolanie, Rene Pascala. Odpowiedział: Sztuka? Jeśli nikt mnie nie pyta, to wiem. Gdy chcę wyjaśnić, tym którzy mnie pytają, już tego nie wiem.

Artysta pozostawia nam całkowitą dowolność w interpretowaniu własnego dzieła sztuki. Pozostajemy sami z poszukiwaniem odpowiedzi. Możemy się spierać ze zdaniem innych odbiorców, ale twórca nie chce w tym uczestniczyć.

Uważam, że wybitnym dziełem sztuki, kończącym XX wiek, było działanie Mariny Abramović zatytułowane Balkan Baroque (1997), zrealizowane podczas Biennale w Wenecji. Abramović siedziała na stosie kości zwierzęcych, oczyszczając je nożem z resztek mięsa. Był to bardzo mocny akord po zakończonej wojnie na Bałkanach. Mocne, szczere, bezpośrednie przesłanie, jak rzędy spalonych wiosek, odłamki granatów w asfalcie, ostrzelane i naznaczone śladami kul budynki. Byłem rok później w Chorwacji.

A z drugiej strony mamy sztukę zamkniętą w niewoli rynkowej konsumpcji. Domy aukcyjne mamią, sprzedają, robią tabele zysków, oprocentowań, rankingi artystów pożądanych, poszukiwanych, lokowanych itd. Straszne to, ale prawdziwe. Obserwujemy zmanipulowany, nastawiony wyłącznie na zysk handel. Nie jest ważna nawet już reprodukcja obrazu, gazety podają wyłącznie cenę. Jeden ze współczesnych sposobów interpretowania sztuki.

Jak już wspomniałem wcześniej, sam Pablo Picasso mówił, że można kraść pomysł, czy nawet kierunek (przecież wiemy, że nie był twórcą kubizmu, choć tak się powszechnie uważa). Dzisiaj powstały poradniki, bardzo popularne na całym świecie, książki, które uczą, jak być kreatywnym, korzystając z cudzych dokonań. Austin Kleon w swoim poradniku 10 przykazań kreatywności nakazuje kraść, miksować i sprzedawać jako swoje wszystko. Podpiera się cytatami typu – oryginalność jest niewykrytym plagiatowaniem (William Ralph Inge) itd.

Współcześni artyści potwierdzają taką postawę w swoich działaniach. Można podać wiele przykładów.

Równolegle od dziesięcioleci głoszony jest koniec sztuki. W Polsce wielkim propagatorem tego hasła był Stanisław Ignacy Witkiewicz. Koniec końca sztuki wydaje się procesem, który trwa, rozwija się i ma się dobrze. I tak pewnie pozostanie.

Jednak uważam, że dziś o wartości dzieła stanowi w sposób decydujący jego spojrzenie w przyszłość. Co przynosi, a równocześnie co znaczy? Czy jest jednodniowym gadżetem czy wartością, którą możemy przekazać innym. Obcowanie z dziełami wydaje się poprzez swoje pozytywne oddziaływanie poprawiać bilans naszego życia. Pomaga znaleźć harmonię ze światem. Zanurzenie w sztukę jest jednym ze sposobów poszukiwania szczęścia.
 
szare miejsce

Dziękuję za rozmowę!

* MIREK ANTONIEWICZ – rocznik 1954. Malarz. Studiował, mieszka i pracuje we Wrocławiu. Redaktor kwartalnika literacko-artystycznego „sZAFa”. Ponad 50 wystaw indywidualnych w Polsce, Włoszech, Niemczech, Szwecji, Danii i w innych krajach. Jest członkiem Immagine&Poesia międzynarodowego ruchu artystyczno-literackiego w Turynie oraz Związku Polskich Artystów Plastyków. Reprezentowany przez Galerię M Odwach we Wrocławiu i PiscinaComunale w Mediolanie.


 Rozmowa z
Wiolettą Leśków-Cyrulik z 15 grudnia 2016

Małgorzata Południak: Chciałam z Tobą porozmawiać wiosną, ale dlaczego czekać do wiosny, skoro świat gna jak szalony. Właściwie nigdy Cię nie zapytałam, a powinnam, jak się czujesz w roli debiutantki?

Wioletta Leśków-Cyrulik: Różnie.

Widzę, że to nie będzie gładka rozmowa. Co to znaczy różnie, rozwiń, proszę, bo taka odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje.

Parę dni chodziłam z Twoim pytaniem, na które pewnie wypada odpowiedzieć w tonie entuzjastycznym, optymistycznym. Ale ja już wiele razy w taki właśnie sposób odpowiadałam, natomiast z dzisiejszej perspektywy, to znaczy dziewięć miesięcy po debiucie, słowo "różnie" jest jedynym, które mi się wydaje właściwe, jeśli moja odpowiedź ma być szczera.

Wyczuwam w Twojej odpowiedzi rozczarowanie. Nie tak to sobie wyobrażałaś? Wydawnictwo przyjęło rękopis, wszystko potoczyło się szybko i gładko, czego chcieć więcej?

Wiesz, to nie jest rozczarowanie, bardziej wiedza, która bierze się z doświadczenia. A doświadczenia są właśnie różne. Dotyczą tego, jak potrafię się po tym debiucie odnaleźć, na przykład w roli autorki podczas spotkań z czytelnikami. To z jednej strony bardzo przyjemne, ekscytujące i budujące wydarzenia, ale z drugiej stresujące, ponieważ... No właśnie. Po debiucie dowiedziałam się o sobie jednej rzeczy, o którą bym się wcześniej nie podejrzewała – że nie będę potrafiła tak do końca otwarcie mówić o własnej książce, odpowiadać na pytania dotyczące jej treści, a takie pytania padały – na początku z ust prowadzących, którzy byli już po jej lekturze, a w późniejszym okresie także z ust czytelników, ponieważ i oni zdążyli się z Sezonem zapoznać. Niektórzy sięgali zaskakująco głęboko, a wtedy mnie zdarzało się milknąć. Choć nie należę do osób małomównych, poza tym mam za sobą lata pracy z uczniami i kilka prowadzonych ze sceny imprez kulturalnych

Zatem zdarzało mi się milknąć, ponieważ tyle, ile mogłam i potrafiłam, powiedziałam już w książce, przy pomocy bohaterów, narratora, stworzonej historii, natomiast mówienie o treści Sezonu, choć pewnie potrzebne i ważne, do pewnego momentu stanowiło dla mnie barierę nie do pokonania, było zbyt intymne – ponieważ ja mam do moich bohaterów stosunek osobisty, oni mówią w moim imieniu kilka istotnych rzeczy.

Ale oprócz uczucia niepewności towarzyszyło mi naprawdę wiele bardzo pozytywnych emocji. Głównie dzięki reakcjom przyjaciół, a także zupełnie nieznanych mi osób, które przeczytały książkę. I te dobre emocje płynęły z zewnątrz, pozwalały przeżyć dni, kiedy bywałam zła na siebie samą, że na przykład nie odpowiedziałam na jakieś pytanie lepiej, bardziej precyzyjnie, bo może dzięki temu zostałabym lepiej zrozumiana. Takie skrajne stany i emocje nie są do końca racjonalne, ale się pojawiają, myślę, że towarzyszą każdemu debiutującemu autorowi. Właśnie dlatego moja pierwsza odpowiedź na Twoje pytanie brzmiała: różnie.

Rozumiem, ludzie są różni i ich odbiór bywa zaskakujący. Sezon rozgrywa się na innym poziomie niż romans. Patrząc na niektóre wypowiedzi na jego temat, odnoszę wrażenie, że zwolennicy miłosnych uniesień nie bardzo mają ochotę czytać go inaczej niż romantyczną opowieść, to zbyt odległe od ich oczekiwań. Tłem książki jest trauma po gwałcie, więc trudno, by czytelnik nie zadawał pytań. Szczególnie kiedy człowieka dotykają podobne historie i wtedy rozkładasz i składasz siebie, wobec doświadczeń innych. I wiesz, nie sięgnęłabym po tę powieść w księgarni ze względu na okładkę, która sugeruje, że to książka zupełnie innego typu. 


Różnorodny odbiór jest prawem czytelników, ale cieszę się, że o tym wspomniałaś, bo rzeczywiście trauma po gwałcie determinuje wszystkie poczynania głównej postaci, jej postawę i relacje z ludźmi, a poza tym ma spory wpływ na życie postronnych osób. Ale – jak zauważyłaś – gwałt jest tłem, wydarzył się dawno temu i w książce bezpośrednio się nie pojawia, bodaj raz jest wspomniany jako przyczyna pewnego zdarzenia, którego jeden z bohaterów nie rozumie, a padł jego ofiarą. To zdarzenie również jest konsekwencją przeszłości. Generalnie w książce starałam się pokazać skutki tego, co wydaje się odległe w czasie, a jednak bezustannie wpływa na teraźniejszość.

Nie przyglądam się samemu momentowi napadu, bardziej interesują mnie, jeśli można tak powiedzieć, kręgi na wodzie, czyli ślady tego, co wydarzyło się przed laty. A mówię o kręgach, ponieważ zależy mi na tym, aby właśnie tak ukazać efekt wrzucenia do wody kamienia, czyli gwałtu, po prostu. Ślad na wodzie nie biegnie w linii prostej, nie dotyczy tylko dalszego życia ofiary, lecz przybiera formę wielu, coraz szerszych kręgów; skutki dramatycznego wydarzenia ogarniają zasięgiem wszystkich, którzy pojawiają się wokół takiej osoby – bliżej lub dalej.

Różnica polega na tym, że prawdziwe kręgi na wodzie w którymś momencie znikają nam z oczu, natomiast skutki gwałtu przeciwnie, pewnie dlatego odbiorcy przykładający do Sezonu szablon romansu mówili, że główna bohaterka ich irytuje, ponieważ nie potrafi „wziąć się w garść”, choć minęło już siedem lat, więc powinna. Tymczasem ona prawdopodobnie nigdy nie „weźmie się w garść”, to zupełnie typowe w takiej sytuacji i na tym polega dramat, a ja opowiadam, jak może wyglądać życie pokrzywdzonej osoby, która mimo wszystko stara się utrzymać na powierzchni

Jeśli zaś chodzi o okładkę, osobiście sądzę, że nie warto ulegać stereotypom, zamykać się, przykładać szablonów, które sami tworzymy, bo to dość ograniczające. A poszczególne elementy okładki, jeśli się im przyjrzeć, odzwierciedlają ideę książki, zostały dobrane przez graficzkę w sposób przemyślany, staranny, na który jednak raczej nie miałam wpływu – jak wszyscy autorzy, co zresztą uważam za zrozumiałe, ponieważ to wydawca inwestuje w publikację, nie ja, a okładka jest opakowaniem mającym przyciągnąć oko masowego czytelnika. Natomiast sposób odbioru zależy właśnie od tego, jak bardzo ulegamy stereotypom – pewien rodzaj grafiki oznacza dla nas treść trudną, natomiast inny przywodzi na myśl romans, czyli gatunek przez wielu uważany za gorszy, choć przecież sam w sobie nie musi być właśnie taki, bo rzecz nie w gatunku, lecz w poziomie refleksji. Inna sprawa, że Sezon, choć mówi o miłości, nie został przeze mnie pomyślany jako romans.

Powiem Ci jeszcze o pewnej rozmowie, która miała miejsce podczas Akademickich Spotkań z Literaturą w Bibliotece Uniwersyteckiej w Bydgoszczy. Otóż prowadzący, Adam Wierzbanowski, powiedział dokładnie to samo, co Ty - że przeczytał trzy zupełnie różne książki (We troje Hanny Dikty, Aż do DNA Renaty Chaczko i mój Sezon zamkniętych serc, bo zaproszono trzy autorki), ale zrobił to w pewnym sensie służbowo, ponieważ tematem spotkania była miłość we współczesnej literaturze kobiecej. Zatem przeczytał, po czym się zdziwił, bo patrząc na okładki, nie tego oczekiwał. Wyraził pozytywne zaskoczenie zawartością, tak dla ścisłości. :) Podobnie jak pozostali uczestnicy panelu.

Natomiast być może do takiego, a nie innego, odbioru przyczyniłam się ja sama, nadając swojej powieści tytuł Sezon zamkniętych serc. Co by nie mówić – brzmi on „romansowo”. Mimo to od początku wydawał mi się – i wciąż wydaje – dość adekwatny do treści, ponieważ problem głównych bohaterów na tym właśnie polega, na zamknięciu serc (jakkolwiek to brzmi, jest prawdziwe), choć może nie do końca sobie go uświadamiają – to między innymi starałam się ukazać, przyczyny takiego stanu rzeczy, mechanizm, któremu oni zupełnie nieświadomie ulegają, czyli brak przestrzeni na przeżycie traumy, zamknięcie się na nią i skutki takiego postępowania. A powieść w przeważającej części faktycznie koncentruje się na zagadnieniu miłości, na jej różnych odmianach, bo wątków miłosnych występuje w niej kilka. Tylko jest to miłość w kontekście przeszłości, owych kręgów na wodzie, o których mówiłam przed chwilą.

A teraz co? Piszesz nową powieść? Dalsze losy wyspiarskie, czy rodzi się coś zupełnie nowego? I właściwie co pisarka robi, kiedy nie pisze?

Piszę kolejną powieść. Z wolnej stopy, bez ciśnienia, bez deadline’u. Robię to, ponieważ mam poczucie, że paru postaciom Sezonu warto jeszcze oddać sprawiedliwość i powiedzieć kilka słów na ich temat, ukazać je w szerszym kontekście. Zwłaszcza że wielu czytelników zwracało uwagę na bohaterów drugiego planu, choć, szczerze mówiąc, ja sama ich jako drugoplanowych nie postrzegałam. Ale może właśnie dlatego się spodobali – dostrzeżono ich prawdziwość, wielowymiarowość i fakt, że nie zostali przeze mnie potraktowani po macoszemu. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ rzeczywiście dokładałam starań, aby tacy właśnie byli.

A zatem piszę o nich. Są to ich dalsze losy, choć tak naprawdę nie o nie chodzi. Bardziej o pogłębienie wewnętrznej motywacji ich działań, o których czytelnik mógł przeczytać w poprzedniej książce.

Zresztą nie tylko słowa czytelników, ciekawych losów postaci drugoplanowych, stanowią przyczynę powstania kolejnej książki, mnie samą interesuje na przykład matka Jóna, Małgorzata, a także to, na czym w rzeczywistości opiera się związek Hanny i Rinke. Chciałabym zastanowić się, kim jest Tomi, skoro jego żona zdecydowała się na krok tak drastyczny, jak pozostawienie dwuletniego dziecka i zerwanie z kontaktu z jego ojcem. I tak dalej, bo jest kilka spraw, nad którymi warto się moim zdaniem jeszcze pochylić.

Ludźmi rzadko kierują jednoznaczne motywy. Sposób ich postępowania mało kiedy wynika z tego, jak chcieliby się zachować, mają na niego wpływ różne czynniki. Generalnie to nic nowego, cała literatura zajmuje się takimi tematami, natomiast moja nowa książka będzie osobistym spojrzeniem na sprawy tych konkretnych postaci, powołanych do życia w Sezonie zamkniętych serc. Nie wiem tylko, czy kolejny raz nie kręcę na samą siebie bicza, ponieważ tytuł, który mi się od początku narzuca, brzmi: Długo i szczęśliwie. Ale on nawiązuje do kilku momentów z Sezonu, na przykład do tego, w którym Małgorzata projektuje sobie wymarzoną przyszłość i podsumowuje swój krótki scenariusz słowami: „A potem wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie”. Robi to zresztą całkowicie świadoma konwencji, nie zważa na to, jak bardzo wyświechtany jest ten zwrot, to dla niej zupełnie nieistotne – ważne, że tego właśnie pragnie: żyć długo i szczęśliwie. Wcale się jej nie dziwię, zwłaszcza w obliczu niewesołej przyszłości, której także jest świadoma. Niemniej zdaję sobie sprawę, że tytuł kolejnej książki znów brzmi „romansowo”, ale trudno. To nie będzie romans, z tego, co widzę, „pisze mi się” dramat. A żyć „długo i szczęśliwie” chcą wszyscy, choćby nie wiem jak bardzo się tego banalnego wyrażenia wypierali. Nowa książka jest o tym, w jakim stopniu jest to możliwe. Albo niemożliwe.

Jeśli zaś chodzi o drugą część Twojego pytania – co pisarka robi, kiedy nie pisze? – odpowiem krótko: ona (to znaczy „pisarka”) pracuje (dużo, za dużo, jak sądzi), wychowuje (a ma kogo, bo jest matką trojga), poza tym, jak pozostali w rodzinie – pierze, sprząta, udaje, że gotuje. Oprócz tego czasem napisze coś na blogu, no i takie tam… Życie „uprawia”, żoną jest, szczęśliwą.

Dobrze, że dajesz nam, czytelnikom, szansę. Jest więc nadzieja na dalszy ciąg. Myślałaś kiedyś o tym, by zamieszkać na dalekiej Północy, ogólnie o emigracji? Czy spełniasz to marzenie w powieści? Do matki jeszcze wrócę, ale za chwilę, jak oswoję się z myślą dramatu.

Nie, nie, nie przywiązuj się za bardzo do myśli o dramacie, przecież mnie znasz. Chyba użyłam za bardzo „dramatycznego” słowa. Powiedzmy: powieść psychologiczna, wejście w emocje, relacje, motywacje – czyli w sumie to, co było w Sezonie, tylko bardziej wprost. Nauczyłam się, że nie zawsze powściągliwość w opisywaniu tych spraw się sprawdza, że poprzestanie na sugestiach, na przedstawieniu zachowań, na przytoczeniu fragmentów rozmów zbyt często prowadzi do odczytań, których nie zakładałam, a także utrudnia odczytanie tego, co jednak chciałam wyrazić. Dlatego tym razem staram się pokonać wewnętrzny opór i więcej rzeczy napisać bardziej wprost. To trudne, ponieważ stale mi się wydaje, że rozpisuję się o tym, co przecież pośrednio wynika ze zdarzeń, ze strzępów dialogów, zdań, gestów.

Natomiast co do emigracji w ten rejon świata – zdecydowanie są to moje klimaty, lubię stalowy kolor nieba, wiatr, deszcz, szum morza, pustkowie, niewielką liczbę ludzi, mogłabym się tam zaszyć, pracować zdalnie i nie wyściubiać nosa poza własne podwórko, kontakty w sieci w zupełności by mi wystarczyły, podobnie zresztą jak mojemu mężowi; czasem żartujemy, że to nas najbardziej łączy. Natomiast bardzo pociąga mnie również życie w naprawdę wielkim mieście, czyli stal, beton, las wieżowców, tłum i możliwość zgubienia się w nim. Być może pustkowie na łonie surowej północnej natury i klimat wielkiego miasta łączy właśnie możliwość odseparowania się – w anonimowym tłumie lub z dala od ludzi. Taki paradoks. Chyba o to właśnie w tych moich sprzecznych pragnieniach chodzi.

Tymczasem mieszkamy w domu, który wybudowaliśmy pod lasem w średnim mieście, zdalnie (w tej chwili) pracuję tylko ja, mąż jak najbardziej stacjonarnie, dzieci chodzą do szkół, w pobliżu żyją nasi coraz starsi rodzice, od których także nie powinniśmy się w tym momencie oddalać, więc raczej nie zanosi się na zmiany, jeśli chodzi o spełnienie marzeń dotyczących wyjazdu i zamieszkania na przykład w Islandii. Ale takie marzenia oczywiście są, bo dlaczego miałabym się ich pozbawiać? Natomiast doceniam to, co już mamy, do czego udało nam się dojść – ciepły dom, rodzina, kojący widok z okna, nieprzesadnie duże poczucie bezpieczeństwa, możliwość snucia planów.

Jesteś matką trojga, w dzieciach przeglądamy się jak w lustrach. Czy one także dają bodźce do pisania?

Oj, dają. :) Jednak są to bodźce innego rodzaju, niż zapewne myślisz. Bardziej chodzi o to, że po intensywnym czasie rodzinnym potrzebuję oddalić się „w zaświaty”. Wtedy rzeczywiście można powiedzieć, że dzieci stanowią bodziec do pisania. :) Natomiast bezpośrednia inspiracja polega na tym, że na przykład od czasu do czasu pozwalam sobie, zwłaszcza w Długo i szczęśliwie, na zacytowanie mojego najmłodszego dziecka, na przytoczenie sytuacji, które miały miejsce w prawdziwym życiu. Oczywiście nie mogę robić tego zbyt bezpośrednio, obudowuję rzeczywistość fikcją, ponieważ prywatność dzieci stoi jednak ponad moimi twórczymi zapędami; one raczej nie chciałyby być portretowane w książkach, a ja nie mogę robić tego, gdy są w wieku, kiedy nie potrafią same o tym zdecydować. Natomiast w życiu rodzinnym rodzą się sytuacje, które prowokują do pewnych refleksji, stają się zaczątkiem tego, co mogłoby spotkać bohaterów.

A słyszysz takie słowa: nic nie mów, nic nie mów, bo mama wykorzysta to w książce! A znajomi, są ostrożniejsi w rozmowach z Tobą?

Słyszę, owszem, ale nie w odniesieniu do książki, tylko do bloga. I przyznam Ci się, że od kiedy zauważyłam obawy dzieci, by nie znaleźć się na moim blogu, wykorzystuję sytuację – to mnie zdarza się mówić: „Uważaj, bo wylądujesz na blogu!”. To oczywiście tylko czcze pogróżki, jednak na razie działają. Natomiast mój mąż, który bywa bohaterem niektórych blogowych wpisów (i nie ma nic przeciwko temu), czytając Sezon, wzdycha od czasu do czasu: „No pięknie…”. Bo to jest tak, że możesz wymyślić stu bohaterów i kazać im przeżywać różne fikcyjne wydarzenia, ale jednak, chcąc nie chcąc, i tak każdego obdarujesz kawałkiem siebie… albo kawałkiem swojej drugiej połowy, choć w tym drugim wypadku będą to kawałki przefiltrowane przez mój sposób widzenia.

Dziękuję za rozmowę, Wiolu. W tym miejscu przerywam naszą pogawędkę. Możliwe, że kiedyś do niej wrócimy, jak nie w sZAFie, to na blogu.

Ja również bardzo Ci dziękuję za rozmowę i cierpliwość.

WIOLETTA LEŚKÓW-CYRULIK - Przez rok publikująca na łamach „sZAFy” pod pseudonimem Wiola Maj. Absolwentka filologii polskiej oraz bibliotekoznawstwa i informacji naukowej na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Od osiemnastu lat polonistka, instruktorka teatrów dziecięcych, koordynatorka kampanii Cała Polska czyta dzieciom, redaktorka. Mama trójki dzieci i wielbicielka prozy Jarosława Iwaszkiewicza, a także miłośniczka niespiesznego i uważnego spoglądania na życie. Autorka bloga My Slow Nice Life. W lutym 2016 r. nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazała się jej powieść Sezon zamkniętych serc.




Repertuar liter

Małgorzata Południak: Żyjemy w czasie, w którym wszystko się zmienia. Dzisiaj jesteś w Warszawie, jutro w Lubinie. Jak ci się udaje zachować równowagę, jaka jest twoja rzeczywistość?

Ewa Frączek: Wcale mi się nie udaje jej zachowywać! Cały czas się chwieję i zataczam. Ale gdybym szła prosto, to przeoczyłabym mnóstwo rzeczy... Poza tym moje życie to Lublin i Warszawa jednocześnie. W Warszawie mam codzienność, pęd, drogę do pracy. W Lublinie przeszłość, która nigdy nie stanie się przeszłością dosłownie. To taka... przeszło-teraźniejszość, wieczne trwanie. Nawet gdy jestem w Warszawie, po troszku jestem też w Lublinie. Zasadniczo są to dwie inspiracje, splatające się ze sobą jak warkocz. Albo jing i jang, różne jak czerń i biel a współbytujące. Ale Lublin współbytuje bardziej.

MP: Pięknie jest być sobą. Pałac Kultury już nie robi wrażenia ani błyszczące sylwetki innych monstrualnych budynków. Co cię w Warszawie pociąga najbardziej, najmocniej, a co w Lublinie? Może są jakieś punkty styczne?

EF: Nie wiem, czy to, co jest między mną a Warszawą, można nazwać "pociągiem", zwłaszcza, że estetycznie częściej ona - niestety - razi niż podnieca. Jeśli już, to chyba fakt, że stolica to takie neverending story. Na pewno to, co jest zaskakujące, to kompletna odmienność dzielnic. Mam wrażenie, że pieluszkowe Kabaty z ich laskiem, przystrzyżonymi iglakami, ścieżkami rowerowymi i zbyt nawet uroczymi knajpkami, to inna rzeczywistość niż korporacyjne Centrum, inna niż snobistycznie wręcz industrialna Praga czy snobistyczny inaczej, zielony Żoliborz. Ale przede wszystkim jest to miasto, w którego każdym kącie roi się od poupychanych niespodzianek i zaskoczeń. Tu spełnia się amerykański sen. Przyjeżdżasz, jesteś nikim, legendarne pensje wprowadzają cię co najmniej w stan zdumienia, podczas gdy rażąco nielegendarne ceny - w stan przerażenia. Potem człowiek krzepnie, skóra twardnieje. Samemu zaczyna się deptać stopy pasażerów metra, a nie tylko rzucać znaczące i pełne rozżalenia spojrzenia. Dziwne, ale tak jest. Lublin z kolei to taki wielki, melancholijny ślimak. Pełznie, nie może się zdecydować, zatrzymuje się. Rozgląda. Myśli. Na jego skorupę wchodzą znajomi, on ich bezinteresownie podrzuci, gdzie trzeba, ale będzie to trwało całą wieczność...

MP: Masz czas na spotkania? Wyrażanie ważnych treści? Kulturalne pogubienie się jest ci bliskie?

EF: Teraz mam... Na początku był szok, że odległości, dojazdy... Ale chyba też zakładałam, że to wszystko kwestia czasu i się poukłada. Nigdy nie sprzedam się pracy, w której musiałabym zostawać po godzinach dla dobra firmy czy coś w tym stylu. Nie pozwolę sobie na tę stronę warszawskości - dziki zachrzan dla dobrej pensji, weekend jako czas na obezwładnienie się, upojenie, urywanie sobie filmu garściami. Wolę skromniej, pokątniej, z dala. Dzięki temu szukam czegoś, co pozwoli mi urwać się z miejsca X, bo kupiłam bilet do teatru. Coś, dzięki czemu o 15.00 jestem wolna, bo przecież wieczór autorski tego i owego. Ale mam też wrodzoną dyscyplinę. Wstaję rano, czytam w komunikacji, słucham w samochodzie. Każda godzina jest cenna, każdą kocham, każdą wykorzystam. Niekoniecznie na jakieś szalenie mądre rzeczy, żeby nie było. Ale na... hm... wchłanianie życia. Także w sensie zupełnie fizycznym. To na pewno.

MP: Poznałam ciebie jako blogerkę, później jako poetkę, redaktorkę, korepetytorkę, mistrzynię jajecznicy... Kipisz życiem, namiętnością. Z czym się identyfikujesz, jakie są twoje ścieżki, co wertujesz w wolnych chwilach?

EF: Z tym "kipieniem życiem" to rozbawiłabyś wielu ludzi do łez i uderzania dłonią o uda w rytm głośnego rechotu. Słyszałam nawet stwierdzenie "Nigdy nie poznałem takiej nihilistki". Ale to nie jest prawda, to z twoim podsumowaniem się identyfikuję, właśnie to, co robię bardziej mnie określa niż sądy, które wypowiadam i które czasem mogą wydawać się takie właśnie... surowe względem ludzkiego życia, od którego dużo wymagam. Od życia, od ludzi, od filozofii, od literatury. Stąd niestety wieczne niezadowolenie ze stanu rzeczy, sceptycyzm i ironia, ale takie przeplecione - mimo wszystko - z wieczną fascynacją wobec tych cudownych rzeczy, które też istnieją i same nieraz pchają nam się w ramiona. Cytując klasyka, "ech ty życie łez mych winne, nie zamienię cię na inne". Kiedy jestem w fazie depresyjnej i powłóczę nogami, smarkając na prawo i lewo oraz głosząc, że nic nie ma sensu, nie czuję się sobą. Wolę fazę odlotu, kiedy miłość wyznaję pięć razy dziennie (i to zawsze szczerze) i kiedy nie ma nic piękniejszego niż sikorka jedząca pestki słonecznika, a "naprawdę cudowny dzień" to dzień słoneczny, bez korków na ulicy i taki, w którym mogę poczytać. A czytam... No, co mam powiedzieć? Bardzo dużo tak naprawdę, choć brzmi to jak auto-pochwałka. Ale co poradzę? Najbardziej lubię grube, wielkie książki z historią w tle, taki Twardoch, Chwin, Rushdie, Coetzee... One wymagają od autora czegoś więcej niż wyrzucania z siebie strumienia świadomości. Ale, choć fascynuje mnie uważność tych pisarzy, to nie znaczy, że się do takich rzeczy ograniczam. A poza tym tak: męczą mnie biografie, z fantastyki mogę przyjąć dwie pozycje rocznie maks, reportaż, tak, jak najbardziej, ale nigdy dwa pod rząd, musi w to wejść klinem beletrystyka. Jeszcze ciągnie mnie do pozycji popularno-naukowych, ale tu wiadomo, jak jest, umysł ograniczony, niestety... Niemniej podłubać w ewolucji i w historii religii lubię, lubię utwierdzać się w przekonaniu, że literatura nie niszczy mi pnia mózgu, że może i będę płakać z Karusią, ale utożsamiać się jednak z mędrca szkiełkiem i okiem.

MP: Pięknie. Też się śmieję. Właśnie skończyłam powłóczyć nogami. Bardzo podoba mi się to określenie. Jak się z tym wszystkim czujesz, bo widzisz, wciąż mam wrażenie, że jestem opóźniona o dekadę. Sięgam w siebie, jakbym była w zupełnie innej historii. I kiedy czytam twoje wiersze, blog, teksty publicystyczne, myślę, że ciebie coś uwiera. Mylę się?


EF: Wiedziałam, że nie jestem oryginalna! Z "uwieraniem" jest podobnie, doświadcza tego chyba każdy człowiek o minimalnej wrażliwości, tak sądzę. Czyli odpowiedź brzmi: tak, uwiera. Ale wysiłki sprecyzowania tego, czym to „coś” jest, choć stanowią moje główne zajęcie od 10 lat, nadal nic konkretnego do świata nie wniosły... To jak swędząca wątroba, śruba w płucu. Nie podrapiesz, nie wykręcisz. Chodzi o świat, o relacje ludzkie, o niedoskonałość. O przemijalność. O to, że śmierć nie jest dla mnie tematem tabu, czuję śmiertelność, w przeciwieństwie do Konrada Gustawa, i dzięki temu wiem, jak trzeciorzędny, małomiasteczkowy egzystencjalista, że absurd istnienia to nasze fatum. Nie chcę łudzić się mrzonkami typu religia, abstrakcyjnymi bytami typu przyszłe pokolenia. Stąd potrzeba czerpania z tego, co tu i teraz, ale potrzeba przykryta częściowo cieniem, zawsze. Zawsze.

MP: Interesuje nas świat, kosmos, teraźniejszość. Zajmujesz się tym, co się mieści na zewnątrz i wewnątrz. Co myślisz o dzisiejszej poezji?

EF: Jestem na nią otwarta. Jest mnóstwo ciekawych osób, konsekwentnych w swoich próbach, oryginalnych. Niby narzeka się, że piszących wiersze jest nawet za dużo, że więcej osób pisze poezje niż ją czyta. Ale tak było zawsze, wystarczy przeczytać byle biografię z dwudziestolecia, co nazwisko to przypis, co przypis to poeta, kompletnie dziś nieznany. No, w dwudziestoleciu jeszcze malarz, tych dziś mamy mniej, ale za to co druga osoba jest fotografem i zakładana fanpage`a, koniecznie z angielskim członem "photography". Więc na nadmiar jako specyfikę czasów bym jednak nie narzekała, choć pewnie miło by było, gdyby za ilością szła jakość, rzetelna krytyka, a nie wzajemne głaskanie się znajomych. Ale wracając do meritum: to Jacek Dehnel jest autorem wiersza mojego życia, a nie, dajmy na to, Świetlicki czy Barańczak. A przecież Dehnel to właściwie rówieśnik. Jeśli jednak chodzi o grzechy główne, to chyba zbytnia zabawa słowem, czasem męcząca. I za dużo przerzutni... Zresztą, podobno ja też stosuję za dużo przerzutni.

MP: Myślę, że to nie jest wada - za dużo przerzutni, tylko kwestia samopoczucia czytelnika. Przynajmniej ja tak mam, że wybieram dla siebie wiersze w zależności od nastroju. Nie wszystko na wszystko. Poruszyłaś kwestię krytyki. Nie masz wrażenia, że współcześni krytycy nie tylko zagłaskują się, ale wystukują podobne foremki krytyczne? Jako czytelnika bardziej interesują mnie emocje, tkanka wierszy i jej składniki, coś, co przynosi ulgę albo inspiruje do działań twórczych. Jeszcze niedawno czytając krytyczne eseje, uczyłam się z nich, czerpałam wiedzę. Dzisiaj krytycy ograniczają się do liczenia wersów, jakiejś niezrozumiałej dla mnie poprawności albo agresywnego zrzucania myśli, bez merytorycznego odniesienia, zrównują autora z ziemią. Ile środowisk, tyle skrajnie odległych wniosków. Wiem, że takie nagonki są typowe i ludzie zawsze byli wobec siebie nieprzychylni. Mnie jednak nie interesuje polityka środowiskowa. Jestem otwarta na polemikę, jednak nie dostrzegam w ludziach potrzeby dzielenia się czymś prawdziwym. Jakby wrażliwość, emocjonalność było czymś passé. Moda na cyberpoezję. Jałowa, niedostatecznie liryczna. Myślisz, że jest początkiem czegoś, co jest warte całej tej wrzawy i wzajemnego zwalczania?

EF: Ooo, to, to, to! Dokładnie! W toruńskim Inter publikowałam niedawno esej "Jak nie infantylizm to Krzysztof Varga, czyli Arystotelesie wróć". Nie dotyczył wyłącznie poezji, ale tendencji do uskrajniania. W kontekście literackim albo obrazimy kogoś, albo zagłaszczemy kotka na śmierć. Narysujemy w serduszku lub wydrapiemy na najbliższej ławce w parku "Miłosz to ch....". Ale są też inne głosy, tu swoją drogą bardzo cenię Twoje zajmowanie się poezją, jej nienacechowanym promowaniem. I Karol Maliszewski to też jest gość. Jakoś potrafi pisać eseje o cudzej poezji i być kulturalny, a jednocześnie wnikliwy. Nie używać sformułowań a la inni krytycy, typu: "czytała swoje erotyki – tak erotyczne, że mocniejsza aura wyuzdania i swawoli bije z oblicza Józefa Glempa". A cytat jest autentyczny, skąd pochodzi, wyszukać łatwo... A poza tym jest też smutny. Tak ogólnie smutny.

MP:  No tak, to wiele wyjaśnia. Wrogość robi się już tak pospolita jak piosenka "Ona tańczy dla mnie”. Ale ja mam dla ciebie inną piosenkę i chciałabym, abyś sobie posłuchała na YT,  Apparat-Goodbye. Wciąż wierzę w prawdziwość liryzmu, powrót do uwagi, do konkretyzacji poezji. Wierzę w ludzi inteligentnych, którzy swoich elementarnych braków nie maskują napastliwymi wpisami na blogu. Wiem, wiem, za chwilę spłynie na nas czyste oburzenie, bo przecież każdy może jak chce i  jak uważa za słuszne. Uwielbiam cię i nigdy nie ukrywałam, że mnie fascynujesz. Nie lubię estradowców, ogromnego audytorium. A ty? Jeżeli masz swoje pięć minut, to jak one wyglądają, a ty w nich?

EF: Oj, ja chyba jestem dalece mniej skromna. To znaczy, mam w sobie do nakarmienia sporo próżności, ona jest wielkości małego borsuka, głodnego na dodatek. Żeby nie być źle zrozumianą: w atmosferze wzajemnych achów czuję się bardzo źle, byłam kilka razy na spotkaniach, nie tylko w lubelskim ZLP, zupełnie na początku swojej drogi (koszmar), ale także tu, w Warszawie. W dwóch galeriach. Gospodarze i goście nosili siebie na rękach w sposób zupełnie absurdalny, nieadekwatny, każdy każdego przedstawiał tak, jak gdyby ten ktoś był Witkacym co najmniej. Wtedy lepiej nie mieć swoich pięciu minut, bo grożą one ciężką niestrawnością. Chociaż to oczywiście sytuacja skrajna, więc uściślając jeszcze innym przykładem: na filozofii, na studiach, byłam takim kujonem i wróżono mi świetlaną przyszłość. Ale ja wiedziałam, że mój lubelski UMCS to nie jest Oxford i że jestem obiektywnie kiepska, choć na tak zwanym tle nie widać... W takich sytuacjach komplementy też nie wnikają mi w krew, a głodny borsuk zasłania łapką swój ryjek. Za to chwile sukcesu wypracowane w pocie czoła, pokonanie przeszkody, komplement od autorytetu, a nawet estradowość, jak to nazywasz, ale dostosowana do moich standardów, może działać euforycznie. Każdy lubi być doceniony, a być docenionym za coś, co kosztowało wiele wysiłku, to dopiero kąsek! Poza tym lubię publiczne występy, jak jest fajna publiczność. Po prostu.

MP: A kto nie lubi fajnej publiczności, wtedy można opowiedzieć nie tylko kilka anegdot o wierszach... można porozmawiać o stęchliźnie języka. o cieple, o krajobrazie po fakcie. Tomik Podsłuchiwałam wydałaś w 2011 roku. Napisałaś wtedy o sobie, że nie masz zawodu, że bezradność, brak poczucia bezpieczeństwa. Jak jest teraz?

EF: Ależ oczywiście nadal nie mam zawodu i moja przyszłość nie jest ani o jotę mniej pewna. Ale inaczej na to patrzę, zaakceptowałam pewną dozę braku poczucia bezpieczeństwa. Wynika to z dwóch aspektów. Po pierwsze, ze wspomnianej wcześniej świadomości tego, czym ludzkie życie jest. Czy poczucie bezpieczeństwa ma matka trójki dzieci? Nie sądzę. Szczęśliwa żona, która pracuje jako lekarka? Też nie sądzę. Zawsze może się załamać, nie wytrzymać, a wspomniany mąż nie dość, że nie jest nieśmiertelny, to pewnie jeździ po polskich drogach pełnych szaleńców. Innymi słowy: to nie jest tak, że jestem katastrofistką, ani mi to w głowie. Po prostu jesteśmy kruszynkami kosmosu i poczucie bezpieczeństwa zawsze jest złudą, nawet wielowiekowy posąg Buddy nie może go mieć, bo choć przetrwał tyle lat, to rozwalą go islamscy fundamentaliści, rozumiesz... A drugi aspekt braku poczucia bezpieczeństwa, to konsekwencja życiowych wyborów. Których nie żałuję tak naprawdę ani trochę. Może nieco żal, że wizji mieszkania brak, ale cóż, można się pocieszać, że zdolność kredytowa też raczej nie da wsparcia psychicznego, czasem wręcz przeciwnie.

MP: "Tomik Podsłuchiwałam powstawał między wierszami. Towarzyszyły mu same sprzeczności, brak pracy i nadmiar obowiązków, bezradność i brak poczucia bezpieczeństwa". Co się zmieniło od 2011 roku w twojej poezji?

EF: Ach, no popatrz... Zapomniałam o tym. Sprzeczności będą zawsze, wiersze się zmieniają, na pewno. Ja na przykład nie akceptuję już połowy tych z Podsłuchiwałam. Teraz jestem ostrożniejsza, bardzo dużo wyrzucam, gniotę, usuwam, delete, delete, delete. A poza tym mniej się boję. Że napiszę "Moja ciocia jest brzydka" i wszystkie ciocie będą szukały siebie w tej frazie. Oczywiście, są wiersze nie do pokazania, nie do wydania, za osobiste. Ale też przestałam pisać nie tyle dla kogoś, co "w razie, gdyby ktoś...". Cały grudzień zeszłego roku powłóczyłam nogami, miałam apogeum powłóczalności. Powstały teksty, które zostały gdzieś tam zauważone... I mówię to rodzicom, chwalę się konkursem czy czymś, a tata na to, że ma nadzieję, że nowe wiersze są apoteozą życia. I ja myślę przez chwilę, o cholera, wręcz przeciwnie, są spełnieniem snu czarnego kruka co najmniej. A po chwili: no tak, ale co z tego? Są autentyczne i takie przede wszystkim mają być.

MP: Kiedy mogę się spodziewać tomu z tymi wierszami?

EF: Nie mam pojęcia... Na pewno nie w 2015, może w 2016? Jeżeli zwiększę tempo i przestanę tak hojnie je wyrzucać, bo w efekcie wierszy jest niewiele, tak naprawdę, szczerze, to gotowa jestem na wydanie może kilkunastu. W tym także te publikowane w "Szafie" kilka miesięcy temu, nie pamiętam kiedy dokładnie.

MP: Dokładnie w grudniu http://szafa.kwartalnik.eu/52/htm/poezja/fraczek.html. Jaka poetyka jest ci bliska? Czy masz sprecyzowane zdanie o poezji, jaką lubisz?

EF: Nie wypowiem się chyba fachowo... Lubię zaskoczenie, lubię też konsekwentną linię, która nie przekreśla liryzmu. Jest taki wiersz Bargielskiej, "Trauma o piesku", który poza liryzmem jest też poprowadzony tak, że wciąga, a nie działa tylko na zmysł słuchu i aparat odpowiedzialny za zachwyt nad brzmieniem słów. Zaczyna się "Myliśmy zęby i powiedziałam do męża: / boję się, czy poznam, że umarłam". A pod koniec obraz, który tak pięknie dalsze rozważania wiąże: "bardzo mnie wystraszył / ten pojedynek pieska z tramwajem, / gdy mąż powiedział: nie patrz, a za kartką dłoni / piesek podniósł się, był taki wielki / i zapraszał nas wszystkich do swojego / rozprutego brzucha, w którym już czekał ksiądz [...]". I uwielbiam nawiązania, bo mam słabość do zagadek, chyba. Jestem niewolnikiem puenty i momentu, w którym zaklasnę w ręce z radości, że tryby w mózgu zadziałały jak trzeba i wszystko połączyło się w całość. Wiele osób uważa tendencję do nawiązywania za przeintelektualizowanie, ale na litość Boską, nie mogę przestać tego lubić, tylko dlatego, że jest niemodne. Kupę radości sprawił mi "Hotel Rzeszów" Dehnela na przykład. Taka satysfakcja, że ktoś polemizuje z Herbertowskim klasykiem...

MP: Znam wiersz Bargielskiej, znam dobrze. Ważne, żeby nie pozwalać innym wmawiać nam bzdur o "niemodzie", czy trendach. Bo dlaczego trzeba trzymać się kurczowo mody?! I co dalej z tobą, Ewo? 

EF: Co dalej? Mogę mówić tylko o perspektywach na najbliższy rok: żyć i kochać. Naprawdę żyć i naprawdę kochać. I nie czekać na Godota, bo on nie przyjdzie. Co najwyżej można go sobie zdefiniować, a następnie przyprowadzić sobie samemu na smyczy, jak niesfornego jamnika.

MP: Ewo, dziękuję za rozmowę i życzę ci spełnienia.

EF: Dziękuję.
 


Marzec 2015


EWA FRĄCZEK - Urodzona na początku lat osiemdziesiątych. Żyje w Lublinie i w Warszawie, a czasem myśli, że mogłaby jeszcze gdzie indziej. Wykształcenie filozoficzne i historyczne, ale pasja przede wszystkim literacka. Na koncie dwa tomiki poetyckie, kilka opowiadań. Czyta głównie grube książki z twardą okładką, żeby starczyło na dłużej, amerykańską klasykę i zupełnie współczesnych autorów polskich.




Na wschód stąd, tylko trochę dalej

Małgorzata Południak: Muszę z Tobą porozmawiać, mogę?

Teresa Radziewicz: Jak sama wiesz, trudno mnie w ostatnim czasie złapać na dłuższą pogawędkę, taki mam nawał różnych obowiązków, ale spróbujemy coś z tym zrobić.

MP: Obowiązki… Jak znajdujesz czas na przyjemności? A może obowiązki to właśnie przyjemności?

TR: Czasami obowiązek BYWA przyjemnością, ale zazwyczaj obowiązek to po prostu obowiązek. Dobrze, jeżeli się samemu go wybrało, a nie on wybrał ciebie, chociaż czasem i taki może być całkiem ok. Jak znajduję czas na przyjemności? Nie wiem, po prostu znajduję, czasami są to krótkie chwile – chociażby kawa na balkonie, a później mówienie sobie – jeszcze w tym tempie dwa tygodnie, jeszcze tydzień, jeszcze kilka dni. I przychodzi jakiś czas wolniejszy, wtedy wyjeżdżam, zwiedzam, oglądam, spotykam się, goszczę u innych bądź innych goszczę u siebie. Albo uprawiam „nicnierobienie”. Uwielbiam ten stan, kiedy ustalam, że dziś nic nie muszę. Rzadko tak bywa, ale zdarza się.

MP: Teresko, kiedy o Tobie myślę, widzę biurko zarzucone rękopisami. Jak wygląda miejsce pracy poetki?

TR: Mój Boże – poetki? To takie poważne słowo, że wprawdzie kiedy ktoś mnie tak nazywa, już nie protestuję, ale wciąż mi ono jakoś nie pasuje. I z tym biurkiem też będziemy miały problem, ponieważ, po pierwsze – biureczko niewielkie mam w sypialni i traktuję je raczej jako toaletkę – lustro, biżuteria, wolne miejsce zajmują książki „do przeczytania” lub „do zwrócenia po przeczytaniu”. Pracuję najczęściej przy dużym stole na granicy kuchennego aneksu i salonu. Co na nim? Laptop, czasami zeszyty uczniowskie i… książki. Czytane aktualnie, przeczytane, do których wracam i te, które natychmiast chcę przeczytać, ale nie mam czasu. Na parapecie w kubeczkach różne pisadła, jakiś notes, kalendarz. Rękopisów brak – najczęściej otwieram dokument tekstowy i piszę od razu w komputerze. Za to siedzę zawsze na tym samym krześle, z widokiem na sad. Na moim blogu można znaleźć zdjęcia tegoż sadu w różnych porach roku.

MP: Mogłabyś opowiedzieć jakąś ładną historię związaną z uczniowskimi zeszytami? Taką zupełnie mało poetycką. Czym dzisiejsi uczniowie zaskakują? Ja pamiętam robiłam piękne szlaczki za które często dostawałam dwójki albo uwagi.

TR: Nie wiem, czy mam w głowie jakąś ładną historię związaną z uczniowskimi zeszytami . Chyba, że kogoś rozbawi wizja mnie ciągnącej do domu zeszyty dwóch klas, sprawdzającej prace w jedno popołudnie, wieczór i kawałek nocy, dźwigającej je następnego dnia do szkoły, żeby usłyszeć pełne zdziwienia uczniowskie: już pani sprawdziła?! A to wszystko dlatego, że chciałam mieć wolny weekend.

MP: Tak naprawdę to nie jesteś tylko poetką, czytałam sztuki teatralne, prozę, pracujesz z młodzieżą, wygrywacie, wiwatujecie… Co najbardziej lubisz w młodych osobach?

TR: Wygrywamy, przegrywamy - różnie to bywa. Oczywiście, miło jest wracać z nagrodami, ale z każdej sytuacji staram się jakąś naukę wyciągnąć, należę do tych nauczycieli, którzy zakładają, że życie nie jest nieustającym pasmem sukcesów, że klęska też może motywować, przytrzeć czasem zbyt wysoko noszony nos i sprawić, że się popatrzy na siebie obiektywniej. Co lubię w młodych ludziach? Kiedy chcą czegoś więcej niż ich rówieśnicy. Kiedy nie wystarcza im telewizor i komputer, szukają czegoś innego, działają, chcą być z innymi i daje to im radość, lubię ich poczucie humoru i cieszę się, jeżeli mają w sobie wrażliwość na innego człowieka.

MP: Juchnowiec – jaka jesteś w miejscu, w którym żyjesz, interesuje mnie również okolica, ludzie?

TR: Zdaje mi się, że jestem wszędzie taka sama – no może czasem poważniejsza w pracy. ;) Juchnowiec to wieś, ale wieś podmiejska, czyli mam „dwa kroki” do Białegostoku i „dwa kroki” do lasów, pól i łąk. Podlasie jest piękne, zielone, jadę kilkanaście – kilkadziesiąt kilometrów i mam Narew lub Biebrzę, Puszczę Białowieską czy Knyszyńską, w okolicy wsie, gdzie kościoły i cerkwie od wieków funkcjonują obok siebie.
A ludzie? Ludzie się znają, są raczej serdeczni, gdyby ktoś przyjechał do Juchnowca i zapytał o mnie, każdy by wskazał, gdzie mieszkam. Podejrzewam, że wszyscy widzieli cykl filmów w reżyserii Jacka Bromskiego „U Pana Boga…” – oczywiście, wiele tam przejaskrawienia, ale coś z tej atmosfery Podlasia mimo konwencji żartu pozostało.

MP: Czy odnalazłabyś się w innym miejscu? Z innymi ludźmi?

TR: Tak. A przynajmniej tak sądzę. Gdyby mi z jakiegoś względu przyszło zmienić miejsce zamieszkania, tęskniłabym za dawnym, ale zdaje mi się, że po pierwsze – wszędzie są ludzie, których warto poznawać, coś z nimi robić, a po drugie – świat się zmniejszył, skurczył, 9 godzin jazdy pociągiem i jestem we Wrocławiu, 9 godzin lotu i jestem w Nowym Jorku. A po trzecie – mam swoje pisanie, książki, to jest świat, który wszędzie ze sobą mogę zabrać.

MP: Co cię w ludziach fascynuje, czego się boisz?

TR: W człowieku fascynuje mnie dobro i inteligencja, a boję się – tego co jest odwrotnością, czyli zła i głupoty.

MP: Przyjaźnie. Potrafiłabyś napisać o nich utwór satyryczny?

TR: Nie lubię, jednak. Ale gdybym musiała… Powyciągałabym z zakamarków łepetyny różne historie moje i znajomych. Musiałabym jednak pozmieniać nazwiska… ;)

MP: No dobrze, zostawmy to. Chociaż kusi mnie, żeby namówić cię do napisania czegoś dla śmiechu…

TR: Piszę czasem zabawne rzeczy… Ostatni spektakl dla dziecięcej grupy pod tytułem „Tylko nie gotujcie Kopciuszka” na przykład. Nie wiem, czy pamiętasz mój wiersz z projektu „Praskie Madonny”, gdzie piszę o kurze-samobójczyni, która ma depresję w deszczowe dni… :)

MP: Pamiętam, pamiętam!
"worki pełne ziemniaków - rzędy garbatych wiedźm majaczą we mgle.
Kiedy przez drogę przebiega czarny kot, mamroczę do siebie: nie wierzę
w przesądy i przyciskam sprzęgło" .

Na co nie potrafiłabym cię namówić?

TR: Eeee… Mogłabym z Tobą konie kraść… ;)
A serio? Chyba na skrzywdzenie kogoś z premedytacją, na działanie wbrew moim zasadom. To strasznie trudne pytanie! Musisz zacząć mnie namawiać na różne rzeczy i wtedy sprawdzimy…

MP: Namówiłam cię do współpracy przy redagowaniu sZAFy, lubisz ten sposób narracji? Czy twoje rozmowy z Kubą, które publikujemy na łamach sZAFy, przychodzą lekko i przyjemnie? Czym się kierujesz wybierając książki do omówień, recenzji?

TR: Lubię sZAFę, cenię ludzi, którzy nią się zajmują, lubię pisać o książkach, zwłaszcza o tych, które jakoś we mnie rezonują i właśnie tym się kieruję przy wyborze. To, co czytam musi we mnie zostawić ślad, nękać mnie, chodzić za mną. Lubię rozmawiać o swoich lekturach z innymi, czasem zgadzać się, czasem wykłócać. Stąd się wziął pomysł na rozmowy z Jakubem – z rozmów na gadu-gadu o tym, co nam wpadło do rąk. Kuba to inteligentna bestia, świetny czytelnik, więc rozmawia nam się bardzo przyjemnie. Czy lekko? Nie, tak bym nie powiedziała – traktujemy te nasze rozważania poważnie – najpierw indywidualnie czytamy, rozważamy, rozkładamy wiersze, a później w rozmowie zestawiamy efekty.

MP: Co widziałaś ostatnio, a spowodowało, że zamarłaś, zabrakło ci oddechu?

TR: Takie wrażenie na mnie zrobiła moja ostatnia wyprawa – Ziemia Święta. Tam oddechu brakowało mi często. Szczególne wrażenie robi na mnie woda, przestrzeń – więc zamarłam, kiedy zza amfiteatru wyszliśmy na nadbrzeże Cezarei Nadmorskiej: woda, piasek, ruiny, zieleń. Albo kiedy wypłynęliśmy barką na Jezioro Galilejskie – brzegi w mglistym świetle. Ale ja opowiadam o dalekich podróżach, kiedy wystarczy, że wyjeżdżam poza miasto, przejeżdżam przez las, doliny i myślę wówczas o wspaniałym ogrodniku – Naturze. Wiem, że to brzmi okrutnie górnolotnie, ale dlaczego mam udawać, kiedy (parafrazuję mój wiersz) „wzrusza mnie świat”.

MP: Kiedy zastanawiałam się kogo przepytać z życia i "powiesić " w sZAFIe, wpadłam na Sonię, wciąż nie mam w tym tomie twojego autografu, ale myślę, że to niedługo nadrobimy. Czy potrafiłabyś Sonię narysować? I proszę nie wykręcaj się jednym słowem. Poza tym pochodzisz z rodziny utalentowanych ludzi, ta ciekawość świata i próba utrwalenia nie bierze się znikąd. Prawda?

TR: Jak to się stało, że nie podpisałam Ci się w Soni?! Nie wiem, czy potrafiłabym Sonię narysować, bo jeżeli chodzi o talenty plastyczne, to raczej jestem odtwórcą niż twórcą, ale mam w głowie obraz Soni „migotliwej” – to jednocześnie młoda dziewczyna i staruszka, rozczarowana życiem i odradzająca się w nadziei, mądra i naiwna – cała Sonia, koniecznie zielonooka.
Pytasz mnie o rodzinę – moi rodzice dorastali w ubogich czasach powojennych i nawet nie myśleli o nauce, zdobyli zawody, w których manualne zdolności są ważne – mama została krawcową, a tata – kowalem. Wspomina się o tym, że malował na szkle, a sama pamiętam, ile wierszy znał na pamięć i lubił je recytować. Więc zdaję sobie sprawę, że gdzieś te zdolności istniały w moich korzeniach.

MP: Jakie masz plany?

TR: Najpierw – dotrwać do końca roku szkolnego, doczekać się wakacji i trochę odpocząć, odwiedzić tego i owego… Nie znaczy to, że będę miała dwa miesiące wolne, na początku lipca kończę pierwszy etap projektu „Podlasie w teatr zaklęte”, są to warsztaty teatralne, a po powrocie z wakacyjnych wyjazdów zamierzam popracować nad doktoratem – i dziękuję bardzo wszystkim, którzy odpowiadają na pytania ankietowe, podpowiadają kontakty, podsyłają informacje. Chciałabym także wydać ponownie, tyle że w jednej książce, „Lewą stronę” oraz „Samosiejki” – tych pozycji nie można już kupić, a często o nie pytają na spotkaniach. No i właściwie mam prawie gotową czwartą książkę, „Rzeczy pospolite”, ale na razie odpoczywa na dysku twardym komputera i czeka na swoje wydawnictwo. Jeszcze nie mam pojęcia jakie…

MP: Co chciałabyś zjeść na śniadanie?

TR: Na śniadanie proszę kawę z mlekiem oraz razowy chleb z białym serem. I rzodkiewki. Najlepiej zerwane tuż przed chwilą z własnego ogródka. :)

MP: Rzodkiewki pięknie rosną w moim ogrodzie, więc takie śniadanie jest do zrobienia. Poza tym życzę ci dobrego wydawcy i tylko przyjemności. Dziękuję.

TR: W takim razie przyjeżdżam na śniadanie. I również dziękuję.

TERESA RADZIEWICZ - jest autorką trzech książek poetyckich: Lewa strona (2009 - Literacka Nagroda Prezydenta Miasta Białegostoku im. W. Kazaneckiego), Sonia zmienia imię (2011), Samosiejki (2011). Publikowała min. w Studium, Tyglu Kultury, Arteriach, Migotaniach, przejaśnieniach, Pro Arte, Notatniku Satyrycznym, Frazie, Toposie. Mieszka na Podlasiu. http://reteskowo.blogspot.com




Bezdomność nie pozostawia plam- z Darasem Bareyą


Małgorzata Południak: Cykl zdjęć rozpoczyna emocjonującą opowieść o ludziach. Kim są ci ludzie, jakie masz związane z nimi wspomnienia?

Daras Bareya: Znajomi, nieznajomi, rodzina, ktokolwiek... Prawie wszystkie prezentowane zdjęcia są z 2014 roku. Ludzie są dla mnie światłem. Wiązką fotonów, po której zostają powidoki/wspomnienia odczytywane przez każdego inaczej. A tak poważnie, to mój prywatny projekt terapeutyczny pod tytułem "bliskość".

MP: Czyli prawdą jest, że przez obiektyw bliżej do człowieka?! Portrety wyglądają tak, jakbyś nimi komentował sytuacje, jakąś niemożliwość. Ci ludzie nie są zaprogramowani, ustawieni. Czy takie odczytywanie wymaga czasu?!

DB: Nie wiem, czy jest bliżej przez obiektyw. Bliskość nie podlega technice. Nie mierzy się jej w centymetrach, choć dotyk też jest ważnym elementem bliskości. Co do ustawiania: w pewnym sensie są ustawiani, ale nie tak, jak robi się to w studiu. Czasami poproszę o jakiś gest, a czasami rozmawiam i poruszam się, delikatnie obchodzę dookoła tak, aby ten "ktoś" stanął w odpowiednim świetle, tak jak ja chcę go widzieć lub czekam na chwilę aż spojrzy w niebo lub się zamyśli. Pstryk.

MP: Dlaczego fotografia? To dość szczególny sposób utrwalania. Czego doznajesz fotografując?

DB: Dlatego, że nie trzeba się męczyć z farbami (śmiech). Teoretycznie jest prosta. Ustawiasz obiektyw tam gdzie chcesz i pstryk. Łatwizna. Jak już jesteśmy przy świetle i fotonach, to zdaję się wtedy być w jakimś snopie światła, wokół którego nic nie widać. Tak się czuję. Przychodzę do domu, oglądam zdjęcie i widzę te mądre, piękne oczy, których wtedy nie widziałem. Tak bywa. Powidok.

Nie zapominaj, że jestem grafikiem, traktuje portret czy fotografię jako kompozycję plam, światła, linii i wszystkich tych bzdur z tym związanych.

MP: No właśnie, nie zapominam, zastanawiam się, na ile Twoje wykształcenie grafika pomaga w fotografii, cała ta nauka, bzdury. Tak tylko piszę „bzdury”, ale wiem, że to ma ścisły związek. Wypracowane oko, wrażliwość. Można się tego nauczyć? Czy to się ma i już?

DB: Faktem jest, że wielu ludzi nie wierzy, że fotografuję od kwietnia 2013, twierdzą, że to niemożliwe. Widocznie to moje artystyczne wykształcenie nie poszło na marne. Kurt Vonnegut spytał swojego kolegę, malarza, jak odróżnić dobry obraz od złego. Malarz odpowiedział: Jak obejrzysz milion obrazów, będziesz wiedział. To prawda. Po drugie i uczciwie, ja mam siebie za marnego fotografika, choć kilka, może kilkanaście osób, ma nieco inne zdanie.

I nie przynudzajmy już, kto to będzie czytał....

MP: No proszę, skracasz mi głos. Oj, też uważam, że jestem kiepskim fotografikiem i to jest akurat prawda. Jednak obejrzałam milion zdjęć i wiem, dlaczego z Tobą rozmawiam. Skonstruowałeś pewną historię, wydobyłeś z tych ludzi wspólny łącznik, nie wiem, może tylko ja go widzę, a może jednak nie tylko ja. Zatopienie w pewnej odrębności, unikanie pozorów, prosty, a zarazem niezwykły ten świat, czy o to właśnie chodziło? I chciałabym wiedzieć, co Ci daje, oprócz radości, fotografowanie?

DB: Tak, nie lubię owijania w bawełnę i retuszu, choć miło popatrzeć na piękne buzie. Nie powiem. Naprawdę tylko pstrykam, w tym sensie, że niespecjalnie intelektualizuję to, co robię, więc nic mądrego na ten temat nie powiem. Bardzo mi miło, jeśli ktoś widzi to w taki sposób jak Ty. Ja jestem mentalnie bezdomny, jak niektórzy z tych, których fotografuję. Nie mam domu w sensie metafizycznym, jestem jak Zellig Woody Allena. Nie wiem, czy jutro będę fotografował.

A oprócz radości fotografia daje mi możliwość poszukiwania i rozwiązywania nierozwiązalnych problemów. I najważniejsze, powidoki pamięci zapisane na fotografiach.

MP: Czego unikasz w fotografii i dlaczego?

DB: Unikam gładzizny i ornamentacji. Ostatnio wpadła mi w ręce pewna książka o retuszu w fotografii. Miała mnóstwo działów, między innymi takie: retusz włosów, retusz oka, retusz ust, retusz uszu, retusz skóry, retusz szyi etc. Czytając same nagłówki wybuchnąłem śmiechem. Na szczęście książka była w pdf'ie inaczej skończyłaby jako konfetti dla chomików. Unikam „pozy”, której nie należy mylić z pozowaniem, jakiego oczekuję: znalezienie odpowiedniego światła, posadzenie modela, czy taka nim manipulacja, aby osiągnąć efekt, na którym mi zależy. Unikam tych wszystkich „fajerwerków” z doczepionymi do główek modelek listkami, nawet całymi gałęziami, czy skomplikowanymi strojami, pod którymi nic się nie kryje - chociaż nie jest łatwe, dla mnie jednak puste. Ktoś kiedyś odpowiedział na pytanie, dlaczego fotografuje w czerni i bieli a nie w kolorze: fotografując w kolorze, fotografujesz ciuchy, w czerni i bieli fotografujesz emocje.

MP: Co poza fotografią cię fascynuje i jakie masz plany?

DB: Tak między nami, to od prawie trzech lat żyję tylko dniem dzisiejszym. To skomplikowana historia, więc nie czas i miejsce, aby ją wyjaśniać. Skutkiem tego jest brak planów. Oczywiście planuję obiad czy spotkanie ze znajomymi. Zaplanowałem ostatnio, że zrobię doktorat i zaczepię się na uczelni artystycznej jako wykładowca; z racji tego, że mam ukończone Liceum Plastyczne i Akademię Sztuk Pięknych, to rozsądne posunięcie. Zaplanowałem to, ale ktoś miał inne plany co do mojego konta w banku. Więc nici z planów. Zresztą tak z grubsza wyglądają plany w ogóle. Nie tylko moje, z tego, co obserwuję. "Reklama" w której „babrzę się” zawodowo „od zawsze” nigdy mnie specjalnie nie kręciła. O reklamie pięknie napisał Oliviero Toscani w książce „Reklama, uśmiechnięte ścierwo”. Podpisuję się rękoma i nogami pod jego słowami. Fascynuje mnie również wiara. Ta mnogość religii i poleganie na złudzeniach tego czegoś, tam. Ale nie fascynuje mnie na tyle, aby ją studiować, więc nie wiem, czy o taką fascynację chodzi. Na pewno fascynuje mnie muzyka, ale coraz mniej tej fascynującej odnajduję. Literatura. Jeśli miałbym dostateczne środki do życia, pewnie bym pisał tak długo, aż bym zrozumiał, że to była fascynacja, czyli złudzenie. Fascynuje mnie chaos i Cioran. Fascynacja, jak sądzę, chyba leży za blisko egzaltacji.

MP: Co konkretnie masz na myśli pisząc, że fascynacja leży za blisko egzaltacji?

DB: Ty jesteś od słów, więc ty mi powiedz. Fascynacja - rozumiem, że to pewien klucz pytającego, tak jak pasja. Robić coś z pasją. Też nie kumam, co to niby znaczy. Ale mamy tylko słowa, niektórych nie da się podmienić. Więc wyjaśniam: fascynacja przypomina mi egzaltację, ponieważ fascynacja ma dla mnie (możliwe, że błędnie) zabarwienie maniakalne, uzurpuje sobie prawo do czynienia z jakiejś rzeczy czegoś wyjątkowego, czegoś ponad wszystkim. Fascynuje mnie Grecja. Ale dlaczego nie fascynują mnie Włochy? I tak dalej. Ja po prostu nie lubię słów, których pojemnik semantyczny praktycznie nie ma dna. Miłość na przykład. Ktoś mówi: kocham swoje auto. To absurd. Choć w wielu przypadkach to pewnie swojego rodzaju przenośnia. Lepiej bym ci pewnie to wytłumaczył na żywca, więc może po prostu wyrzuć to ostatnie zdanie.

MP: Nie wyrzucę, to stwierdzenie ma pejoratywny wydźwięk i niech tak zostanie. Na koniec: masz jakąś receptę dla początkujących fotografów? Przepis, sugestię?

DB: No wiesz, ja sam jestem początkujący i dopiero szukam. Nie wiem, czy wolę robić street, portret, gołe babeczki, czy coś w rodzaju fotografii koncepcyjnej. Jak na razie dominuje street. Może z braku babeczek lub z całodobowej darmowej dostępności ulicy. Przepisów nie mam, bo przepisów nie ma. To, co u jednych uchodzi za złe kadrowanie, na przykład ucięty kawałek głowy, u innych będzie świetnym kadrowaniem. Po prostu łażę po mieście i czekam na zbiegi okoliczności. Może to zabrzmi głupio, ale kiedy siadam, żeby odpocząć, wypalić papierosa i poprzyglądać się rzeczywistości, po prostu wiem, gdzie mam iść i tam idę. Fakt, szukam światła, zapamiętuję miejsca, gdzie może być najlepsze, chodzę pod mosty, do kościołów, zaciągam się w miejsca, do których wielu nie chciałoby łazić. Może to jest ta fascynacja, o której wspominałaś. Mnie - o ile pomaga - pomaga wykształcenie i wiedza. Tak sądzę. I nie wiedza techniczna, choć jest bardzo ważna. Poza tym dużo oglądam, szukam ciekawych według mnie fotografików i uczę się od nich, podpatruję, analizuję, myślę, jak zrobili to czy tamto zdjęcie. A jeśli miałbym coś radzić takim samym początkującym amatorom jak ja, radziłbym więcej odwagi. Nie bać się zepsuć kadr. Położyć się na ziemi przy tłumie ludzi na ulicy, poprosić babcię na przystanku, aby mogła swoją piękną radosną twarzą uświęcić przypadkową chwilę, etc. Odwaga i otwartość - to klucz do sukcesu, niekoniecznie mam tu na myśli sukces materialny.

MP: Dziękuję

DB: Dziękuję i pozdrawiam.

*
DARAS BAREYA - Urodzony w 1967 r., mieszka w Bydgoszczy. Grafik (serigrafia). Publikował w Rzeczpospolitej Kulturalnej oraz Dookoła Świata.

Blog autorski: http://bareyaart.blogspot.ie/

rozmowa z czerwca 2014






Z Hugo Gizą

Małgorzata Południak: Cześć Hugo. Członkowie Twojej rodziny mają niezwykłe imiona, np. dziadek Hugon Lasecki, co macie ze sobą wspólnego?

Hugo Giza: Cześć, dziękuję. To jest tak: brat Abelard, mama Heloiza, dziadek Hugon, a ja Hugo. Co mam wspólnego z dziadkiem? Wszystko. Hmm... tak serio, to na pewno miłość do sztuki, malarstwa i przyrody. Chęć tworzenia. Jednak różni nas to, co robimy. Dziadek maluje i rysuje niesamowite, odrealnione i pełne ekspresji abstrakcje, ja natomiast działam przestrzenią i spokojem.

MP: Czy to właśnie dziadek miał na Ciebie taki wpływ, że wybrałeś studia artystyczne? Jak to z Tobą było?

HG: Po części tak, dziadek mnie nakierował na malarstwo. Jego marzeniem było, żeby ktoś z rodziny poszedł w jego ślady i padło na mnie. Startowałem na AWF i ASP, bo kochałem sport i sztukę na równi. Najpierw były egzaminy na ASP, zdałem i byłem bardzo szczęśliwy. Już nie próbowałem startować na AWF. Ogólnie nie lubiłem się uczyć, zamiast obowiązków wolałem grać w piłkę, jeździć na rowerze i robić wszystko oprócz zadań domowych i uczenia się na klasówki. To, że dotarłem tak daleko w mojej edukacji, zawdzięczam rodzicom, a w szczególności mamie. Zawsze była wymagająca w stosunku do mnie (bo mój brat uczył się bardzo dobrze) i dzięki temu jestem tym, kim jestem. I za to jej bardzo dziękuję.

MP: AWF - ASP, nie żałowałeś tej decyzji? Jednak studia artystyczne są wymagające, dyscyplinujące. Malowałeś pod okiem dziadka?

HG: Nie. Pierwsza myśl była taka: "Super, nie pójdę do wojska". A druga, że mam ogromne szczęście, że jestem tam, gdzie chciałem być bardziej. Co do malowania pod okiem dziadka - tak, od najmłodszych lat, raz w tygodniu, siedziałem z dziadkiem ok. dwie godziny i malowaliśmy martwą naturę. Zawsze podobały mi się Jego "krechy", sposób myślenia i przekazywania wiedzy. Dopiero rok przed egzaminami na studia chodziłem na specjalne zajęcia przygotowujące do egzaminu. Dzięki mojemu "Mistrzowi" dużo się nauczyłem, dzięki niemu zdobyłem wiedzę na temat malarstwa i rysunku, historii sztuki.

MP: Pamiętam, że moja córka, malując martwą naturę, powtarzała: nuda. Nie nudziło Cię stanie przy sztaludze?

HG: Oczywiście, że strasznie mnie nudziło. Na początku nie czułem, że to przyjemność, tylko obowiązek i nie chciałem tego tak często robić. Musiałem się zmuszać. Dopiero kiedy zaczęły te moje rysunki przypominać to, na co patrzyłem, wkręcałem się coraz bardziej i czułem satysfakcję.

MP: Wsiąkanie w świat obrazu, satysfakcja, fascynacja, która przybliża obserwatorów malarstwa do artysty. Jak wspominasz pierwszy wernisaż?

HG: Pierwszy wernisaż był bardzo stresujący. Musiałem się napić przed spotkaniem z ludźmi, bo inaczej nie wyszedłbym na środek i nic nie powiedział z nerwów. Na szczęście od najmłodszych lat chodziłem na wernisaże dziadka i wziąłem przykład z niego. Po przemówieniu opiekuna galerii (nie wiem, jak taki ktoś dokładnie się nazywa) powiedziałem: "Cóż mogę więcej dodać, częstujcie się, bo wino stygnie." U dziadka działało i działa, to i u mnie też się udało. Co do satysfakcji i wsiąkania. Hm… jest to jakieś miłe przeżycie, ale ja nie lubię mówić o swoich obrazach i pokazywać ich ludziom "na żywo", w tłumie. Każdy ma inne myśli, wrażliwość, doznania i widzi co innego. Nie lubię pytań: "Co przedstawia Twój obraz?" albo "Co chciałeś nam przekazać?". Czasami umieszczę gdzieś na płótnie taki mały szczegół, smaczek, który znam tylko ja, a zobaczy go ktoś, kto naprawdę się dobrze przypatrzy. I to jest fajne. Na pytanie "Co przedstawia Twój obraz?" w odpowiedzi musiałbym go zdradzić albo okłamać, a tak nie potrafię. Dla mnie idealne wernisaże to takie, na których wiszą moje obrazy, a ja jestem w innym miejscu. Wirtualne wernisaże, jak u Ciebie.

MP: Rozumiem doskonale. Co malarz miał na myśli?! Trudno w dwóch zdaniach opowiedzieć, poza tym mam wrażenie, że nigdy nie jesteśmy w stanie zadowolić ludzi, którzy zadają takie pytania. Czy masz jakieś sprecyzowane zdanie o malarstwie? Czym jest, a może czym nie jest? Jakie lubisz najbardziej?

HG: Co do zdania o malarstwie, to nie mam jakiegoś wysublimowanego. Nastały czasy, że wszystko można wygooglować, wpisujesz "malarstwo" i pojawia się mnóstwo pojęć, prac i definicji, czym jest, a czym nie. Przeglądam setki prac, kilka utkwi mi w pamięci, kilka analizuję, jak zostały wykonane, jak ktoś na to wpadł i dlaczego to ja nie zrobiłem tego pierwszy. Malarstwo jest częścią mnie, jest moim oddechem i tym, do czego zawsze tęsknię. Jak wspomniałem wcześniej, miałem długą przerwę w malowaniu i strasznie mi tego brakowało. Kiedy znalazłem miejsce i czas, żeby powrócić, w końcu się uspokoiłem. Przychodzę do pracowni i wyłączam się na kilka godzin z otaczającego świata, problemów i zmartwień. Jestem tu i teraz i robię to, co kocham. Uwielbiam moment, kiedy płótno jest jeszcze białe i ode mnie zależy, co na nim powstanie. Lubię malarstwo Sasnala. Jest proste, ale w niezwykły sposób ujmujące. Dowiedziałem się o nim na 3 roku studiów, kiedy wreszcie odkryłem swoją drogę i kierunek w malarstwie. Zacząłem wystawiać obrazy w sieci, żeby zarobić na płótna pędzle i studenckie piwo. Pewnego dnia zadzwonił telefon i usłyszałem, że pewien człowiek chce kupić obraz. Bardzo się ucieszyłem i zaprosiłem go do pracowni na ASP. Popatrzył, porozmyślał, i kupił dwa obrazy za łączną kwotę 800 zł, ucieszyłem się bo to wtedy była dla mnie duża suma pieniędzy. Oczywiście zapytałem, dlaczego akurat ode mnie i od razu dwa? Odpowiedź brzmiała tak: "Bo jesteś tańszy od Sasnala, a malujesz bardzo podobnie". Zdumiałem się wtedy i nie mogłem doczekać się, kiedy wrócę do domu i sprawdzę w Internecie, kto to jest ten Sasnal. Wróciłem, sprawdziłem i żałuję, że nie byłem przed nim.

MP: Czyli spojrzałeś na swoje malarstwo z dystansu i uchwyciłeś podobny sposób patrzenia na świat? Jak to jest być malarzem, kiedy większość Polaków siedzi przed telewizorem? Czy Twoje życie artystyczne to głęboka izolacja, czy może jednak jesteś otwarty, przekraczasz podwórka w poszukiwaniu inspiracji/impulsu, jak to jest z Tobą?

HG: To jest tak, że też siedzę przed telewizorem. Lubię oglądać niektóre programy (Discovery, Animal Planet i TVN Turbo). Rzadko, bo dużo pracuję, jednak wieczorem zdarza mi się, przyznaję. Bycie malarzem jest czymś niesamowitym, to rodzaj przywileju. To wspaniałe uczucie, że mogę i potrafię przelać myśli, pomysły i projekty na płótno. To tak, gdybym spytał Ciebie, jak to jest być poetką. Odpowiedziałabyś tak samo, tylko zamiast na płótno powiedziałabyś "na papier". Mam coś takiego w głowie, kiedy jestem w miejscach, gdzie jest przestrzeń i spokój, biorę podręczny notes i szkicuję to, co chcę, żeby było na płótnie. Czasem przeglądam zdjęcia i już rodzi się coś, co może zapoczątkować pomysł na obraz. Impuls. Samolot na niebie, który zostawia smugę spalin. Zamykam oczy i już wiem, jak będzie wyglądał na szafirowym tle. Czasem problemy zaczynają się, gdy już jestem w pracowni i nie jest tak kolorowo, jak było w głowie lub na kartce z notesu. Ale po paru dniach, tygodniach walki jest efekt, który sobie wyobrażałem. Czy moje życie artystyczne to głęboka izolacja? Po części tak. Lubię pracować w samotności, lubię decydować, co zrobię i jak to zrobię. Jedyną osobą, która czasem powie: "Pokaż, co tam namalowałeś" jest dziadek. On wie, jaki jestem i nie mówi mi tego raz w tygodniu, tylko raz na dwa miesiące. Stwierdza, że na pewno powstało coś nowego i chciałby to zobaczyć. Wtedy pokazuję mu wszystko, co mam (jak na przeglądzie malarskim na studiach), więc patrzy i wreszcie mówi: "ja bym zrobił to tak, to jest fajne, a jak tło jest takie delikatne, to może ten pas trochę mocniej pociągnąć". Czasami pomaga mi podjąć decyzję. Łatwiej jest coś zmienić lub zaakcentować mocniej, kiedy właśnie dziadek utwierdzi mnie, że tak będzie lepiej.

MP: Fascynujące, że dziadek jest Twoim pierwszym krytykiem. Myślę nawet, że bezcenne. Czytałam kiedyś w jakiejś książce, że artysta odzwierciedla środowisko, w którym żyje. Twój rozwój osobisty wpływa na twórczość, widzisz w sobie zachodzące zmiany? Czy potrafisz je ocenić? Porównać?

HG: Uwielbiam go słuchać. Zawsze biorę do serca jego uwagi, bo ma ogromne doświadczenie w tej dziedzinie. Co do odzwierciedlania środowiska, w którym żyję. Chyba nie ma na mnie wpływu. Jestem zupełnie innym człowiekiem, kiedy jestem przy płótnie. Świat zewnętrzny znika, nie myślę o niczym, tylko o tym, co będzie zaraz się działo, co powstanie i czy efekt końcowy będzie taki, jaki bym chciał. Zupełnie inaczej jest, kiedy wracam do świata, w którym żyję. W życiu codziennym często znajduję czas na myślenie o malowanym obrazie lub o tych już skończonych, czy może coś jeszcze dodać lub zmienić, jakby wyglądało z czymś jeszcze lub bez tego czegoś. Bardziej odzwierciedlam środowisko naturalne, które mnie otacza. Jestem człowiekiem znad morza. Uwielbiam malować obrazy związane z wodą. Przestrzeń, minimalizm i spokój. Patrzenie daleko na horyzont, gdzie niebo łączy się z wodą i linia staje się prawie niewidzialna, jest czymś wspaniałym.

Mój rozwój osobisty nie powoduje zmian w twórczości. Oczywiście zmieniam się, dorastam, jestem mężem i ojcem. Stałem się jeszcze bardziej samodzielny niż wtedy, kiedy zaczynałem swoją przygodę z malarstwem na pierwszym roku studiów. Zachodzą w moim życiu ogromne transformacje, ale na szczęście nie wpływają na twórczość. Może zmieni się ona za jakiś czas, ale jak na razie zbyt długo szukałem w swoim malarstwie tego "czegoś", żeby już myśleć o zmianach.

MP: Zaakceptowanie odrębności w sztuce przychodzi z trudem wielu artystom. Często sprowadzają do wspólnego mianownika, to, co robią inni i deprecjonują wartość ich twórczości. Porusza mnie w Tobie prawdziwość i brak takich emocji jak zazdrość, czy silne dążenie do bycia wszędzie. Widzę ugruntowane poglądy, zainteresowania i akceptację tego, co z Ciebie wyrasta. Mam nadzieję, że lubisz w sobie ten spokój i pełną podziwu skromność?

HG: Dziękuję. Miło mi, że to doceniasz. Czasem mam takie myśli, co by było, gdybym był teraz w innym miejscu, a moje malarstwo znałoby pół świata, ale te myśli szybko znikają i dalej robię swoje. Chciałbym, żeby tak było kiedyś, ale to nie jest najważniejsze w życiu. Taką skromność to chyba mam po dziadku, on właśnie taki jest. Nigdy się przed nikogo nie pchał, wszystkim życzy jak najlepiej. Mimo tego chciałbym być trochę inny. Świat pędzi, jest era Internetu i telewizji. Kiedyś może ktoś mnie dostrzeże. Tak jak Ty. I wiem, że było mi to potrzebne, dzięki takim odkryciom człowiek bardziej wierzy w siebie i w to, co robi. Ale jak wspomniałem wcześniej, nie jest to najważniejsze. A co do spokoju - to tak, jestem spokojny, ciężko mnie wytrącić z równowagi. Co innego kiedy prowadzę samochód. Wtedy o spokoju nie można mówić.

MP: Jakie masz plany? Cele?

HG: Oczywiście chciałbym coś osiągnąć w dziedzinie malarstwa, mieć czas, żeby móc malować codziennie i z tego żyć. Moim celem jest otwarcie galerii w Trójmieście. Jak na razie to odległe plany. Polska to nie jest kraj, który pomaga artystom. Żeby się przebić, trzeba mieć szczęście, albo wszędzie się wpychać. Skoro ja taki nie jestem, to małymi kroczkami będę dążył do celu, aby stworzyć takie miejsce, w którym bym pokazywał twórczość mojego dziadka, moją i młodych artystów, przy okazji pijąc dobrą kawę. Mam nadzieję, że któryś z włodarzy Gdańska, Sopotu lub Gdyni będzie mógł mi pomóc w znalezieniu lokalu, który będzie początkiem wspaniałej przygody w rozpowszechnianiu sztuki.

MP: Życzę Ci wytrwałości w podejmowanych działaniach. Masz jakieś życzenia, pragnienia, które w tym miejscu mogłyby się spełnić?

HG: Dziękuję. Będę do tego dążył ze wszystkich sił. Nie wiem, czy mam jeszcze jakieś życzenia i pragnienia. Spodziewamy się z żoną drugiego dziecka w listopadzie i chyba najważniejsze, żeby wszystko dobrze przebiegło podczas porodu. O tym ostatnio najczęściej myślę. No i chciałbym zacząć robić swoje wystawy, ale muszę do tego czasu namalować kilka obrazów i przełamać nieśmiałość, która mnie w jakiś sposób blokuje /chodzi o wystawy/. A resztę osiągnę sam, oby tylko zdrowie dopisywało. Jak do tej pory jest pięknie, bo wiadomo, jak jest zdrowie, to można zrobić wszystko.

MP: Życzę w takim razie powodzenia na wszystkich płaszczyznach Twoich działań i pomyślnego rozwiązania. Dziękuję za rozmowę

HG: Dziękuję.



20 września 2014



HUGO GIZA - Ukończył Wydział Malarstwa gdańskiej ASP, gdzie w 2008 r. uzyskał dyplom z oceną bardzo dobrą. Maluje odrealnione, surowe w swojej prostocie pejzaże i kompozycje abstrakcyjne. Zajmuje się także witrażownictwem. Od 2010 r. jest członkiem kabaretu Limo. Jego obrazy znajdują się w wielu prywatnych zbiorach w kraju i za granicą (m.in. w Kanadzie, Francji i Austrii).



Z Jakubem Sajkowskim


Małgorzata Południak: Cześć Jakubie. Jaki był początek Twojej działalności literackiej. Masz jakieś związane z tym momentem wspomnienia, anegdoty?

Jakub Sajkowski: „Działalność literacka”, fajna fraza. Kojarzy mi się trochę z różnymi tzw. benefisami; ostatnio zauważyłem że pewien poeta, skądinąd bardzo przeze mnie szanowany, obchodzi 50-te urodziny połączone ze świętowaniem 35-lecia pracy literackiej. Czyli postanowił liczyć swoją „pracę literacką" od dziewiczych, grafomańskich, nastoletnich początków. Ja mam na to nieco inny pogląd: chyba trudno grafomańskie początki zaliczać do literatury, zatem też trudno w tym momencie nazwać je początkiem „działalności literackiej”.

Jeśli jednak ja miałbym również liczyć w ten sposób, to początkiem była klasa maturalna, mniej więcej 2004 rok. Pamiętam że owe dziewicze, pierwsze wiersze były strasznie „eksperymentalne” i „konceptualne”, a tajniki owych „eksperymentów" zdradzałem swoim kolegom nerdom podczas dużej przerwy na boiskach VII LO w Poznaniu.

Innym początkiem mogły być publikacje w tzw. literackim Internecie, portal poema.art.pl (obecnie poema.pl, cały czas bardzo sympatyczne miejsce), poezja-polska.pl, czy też nieszuflada.pl - pierwsza, jakże cenna konfrontacja z czytelnikami którzy nie są moimi kumplami, bratem, koleżanką, dziewczyną i generalnie mają w nosie „to co ja czuję” i „jaki ja jestem wrażliwym chłopcem, co tak wrażliwie pisze” - pierwsze więc komentarze, które wjeżdżały na ambicję, kazały się rozwijać, oddzielać hejt od konstruktywnej krytyki.

Początkiem mógł być też rok 2008, pierwsze wyjście poza naznaczone brakiem selekcji „publikacje portalowe”, czyli udział w projekcie „Połów” Biura Literackiego, oraz spotkanie z Martą Podgórnik, która zamiast rozpływać się nad „zdolnymi finalistami”, postanowiła potraktować owo spotkanie jako okazję do solidnego, warsztatowego „przeczołgania”. A Marta Podgórnik, co jej się chwali, na mistrzynię dyplomacji nie wygląda i nią nie jest.

Początkiem mogło być też wydanie książki debiutanckiej na przełomie 2010 i 2011, nakładem Zeszytów Poetyckich. Wiadomo, euforia książkowego debiutanta, a potem (kolejny początek) spadek entuzjazmu i dojście do wniosku, parafrazując klasyka, że „przecież nie jest z tego znowu taki cud”.

Generalnie „działalność literacka” z samych początków się składa. Jedyną stałą w moim przypadku - mam nadzieję – jest: robić swoje i się rozwijać.

MP: Zdaje się, że niechętnie odnosisz się do grafomanii. Czym dla Ciebie jest, co myślisz jako czytelnik i krytyk, czy istnieje dialog z takimi autorami?

JS: A ktoś się odnosi „chętnie” do grafomanii? Znaczy się, tego co sam uznaje za grafomanię? ;)

Mówię tu, oczywiście, o „grafomanii” będącej synonimem po prostu kiepskiej literatury. Kiepskiej - to znaczy, w moim odczuciu: bądź rażąco banalnej, bądź pisanej bez wyczucia językowego (np. aspirującej do powagi, a niezamierzenie komicznej), bądź bełkotliwej (na przykład z powodu nieprecyzyjnego i nieudolnego przekazania komunikatu tekstu), albo też wyglądającej z wierzchu ładnie, ale pustej w środku. Oczywiste jest, że jako czytelnik odnoszę się do tego wszystkiego niechętnie, gdyż nie przynosi mi to czytelniczej przyjemności.

Ocena, co jest złą literaturą, a co nie, jest – w dużej mierze, oczywiście – skrajnie subiektywna, niektórzy więc mogliby powiedzieć że jako krytykowi (czy też raczej, należałoby powiedzieć w moim przypadku, „recenzentowi”) przysługuje mi raczej ograniczone prawo do nazywania, co jest, a co nie jest „grafomanią”. Z owym dość powszechnym podejściem nie zgadzam się z kilku powodów: po pierwsze, recenzja jako gatunek z natury rzeczy naznaczona jest skrajnym subiektywizmem, nie ma prezentować prawdy objawionej, a głos w dyskusji. Przesadne krygowanie się jest więc niepotrzebne. Po to jest recenzja, aby pisać co się myśli. Oczywiście, tak pojemny znaczeniowo termin jak „grafomania”, „grafomańska fraza”, etc, etc, powinno się każdorazowo należycie uzasadnić, ale nie koniecznie wystrzegać się użycia. Po drugie, co prawda, jak pisała krytyczka z Poznania, Maria Beszterda, nie ma już „panów od poezji”, nie ma więc jednego kanonu i podziału na „dobrą i złą” literaturę, ale solą dyskusji o literaturze jest istnienie prywatnych, indywidualnych kanonów i wartościowania. Dobrze, umiejętnie uzasadnione stwierdzenie „to jest, moim zdaniem, zła literatura” jest również zaproszeniem drugiej osoby do przemyślenia własnego kanonu, własnego podejścia do literatury. A zresztą, nawet jeśli owa opinia nie jest umiejętnie podana, to nie krygujmy się, niech się dzieje, niech iskrzy. Choćby owo „iskrzenie” miało ograniczony, niszowy zasięg.

Specjalnie natomiast zaznaczam, iż wyrażam tylko (i aż) subiektywne głosy w dyskusji, gdyż mimo wspomnianej „niechęci” nie mam poczucia misji, nie mam zamiaru z grafomanią „walczyć”. Istnienie grafomanii w zasadzie nie jest ani złe, ani dobre. Jest oczywiste. Talent do pisania nie jest powszechny, talent się przydarza. Z 1000 wierszy zaledwie 100 będzie przyzwoitych, z tych 100 przyzwoitych zaledwie 20 będzie niezłych, z tych 20 niezłych może z 5 będzie rzeczywiście świeżych i oryginalnych. Zwracam na to uwagę, gdyż podczas pobytu na różnych portalach zauważyłem zmieniające się okresowo grupki osób które „CHCĄ WALCZYĆ O POZIOM PORTALU”, „CHCĄ OCZYŚCIĆ PORTAL Z GRAFOMANII” etc, etc. Niektórzy się z tego leczą, niektórzy pozostają takimi portalowymi kaznodziejami. Generalnie, jeśli zauważyłeś w jakimś wierszu błąd, to wskaż go autorowi. Jeśli chcesz się z autorem pokłócić, to się pokłóć. Jeśli uważasz, że powinien to i owo przemyśleć, to napisz. A to, czy da się z taką osobą dyskutować, to nie jest chyba kwestia talentu, a kultury osobistej, poziomu ego i arogancji, ambicji autora, jego chęci rozwoju (lub niechęci) etc, etc. Jeśli natomiast nic do niego nie dociera, jego sprawa. Jeśli nie chce się rozwijać – też jego sprawa. Światu jego grafomania nie uchybi, chorób roznosić nie będzie, strat w ludziach nie spowoduje.

MP: Ludzie są pod wpływem innych ludzi, przekonani do siebie bardziej lub mniej. Z tego tworzą się wzajemne relacje, grupki, stowarzyszenia, związki. Czy potrafiłbyś w kilku zdaniach scharakteryzować współczesną poezję polską?

JS: To pytanie przypomniało mi zajęcia z literatury kanadyjskiej na studiach, która jest literaturą diaspor; przykładowo: kilka zajęć z literatury angielsko-kanadyjskiej; potem dwa z literatury chińsko-kanadyjskiej; potem dwa z literatury japońsko-kanadyjskiej; potem kolejne dwa z literatury natywno-kanadyjskiej, i jeszcze ze dwa z literatury żydowsko-kanadyjskiej etc, etc.

Poezją polską rządzi rozproszenie, brak ustalonego kanonu „co czytać należy”, tego, kto jest „uznanym twórcą” (poza nielicznymi bardzo wyjątkami). O twórcy „uznanym i nagradzanym” w Krakowie, nic nie wiadomo w Domu Kultury w Skierniewicach, Dom Kultury Koluszki promuje „wybitnego poetę”, o którym Instytut Mikołowski ni huhu, a nawet gdyby, to by uznał owego za szczyt grafomanii; Uniwersytet Wrocławski uznaje uniwersytet w Poznaniu za „ważny ośrodek krytycznoliteracki”, o czym z kolei nic nie wie Uniwersytet w Kielcach, bo oni akurat hołubią poetów z Sopotu, uznanych z kolei we Wrocławiu i Poznaniu za grafomanów.

Proszę, oczywiście, nie traktować powyższego dosłownie, obrazuję jedynie mnogość indywidualnych kanonów i rozczłonkowanie. A owa mnogość podejść wynika immanentnie z mnogości piszących i wydających, których nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie ogarnąć. Stąd sami poeci o sobie nawzajem często pojęcia nie mają i nie słyszeli, co jest nieco kłopotliwe dla czytelnictwa poezji, bo poza samymi poetami poezję czyta niewielu.

Przyznam natomiast, że nie mam pojęcia, czy współczesne pokolenia piszących są bardziej czy mniej obfite w talenty od dawniejszych, czy robią coś nowatorskiego, czy się w tzw. historii literatury zaznaczą. Podobno ci poeci dzisiaj to nie to, co kiedyś. Podobno dziś nie pokolenie Brulionu, co najwyżej pokolenie brudnopisu. Podobno mamy „okres przejściowy”, a ci dzisiejsi poeci, to w zasadzie nie wiadomo, co z nich będzie. Ale kwestie „dzisiejszych pokoleń” niech sobie „rozkminiają” historycy literatury za czas jakiś. Mnie obecnie mało co z poezji współczesnej zwala z nóg, ale regularnie trafiają się tomy, które sprawiają mi przyjemność; ostatnio „Umlauty” Pietrzaka i „Zestaw do besztań” Adama Pluszki.

MP: Czyli to kwestia gustu, że nagle objawia się nagrodzona książką, ale kiedy bierzesz wiersze pod lupę, nie potrafisz zrozumieć rozgłosu? A może nie poznałeś się na tych wierszach, powinieneś milczeć?

JS: „Kwestia gustu” w pewnym sensie może wydawać się wymówką – w końcu te najważniejsze nagrody swoimi autorytetami firmują profesorowie, poza tym w przypadku Gdyni, Nike czy Silesiusa wchodzą w grę całkiem niemałe kwoty – powinno się więc oczekiwać, że owe kwoty zostaną zainwestowane mądrze.
Niemniej trzeba sobie zdawać sprawę ze specyfiki czynności „jurorowania” – a przede wszystkim prozaicznej kwestii, jaką jest presja czasu. Taki juror Silesiusa ma, na ten przykład, na przestrzeni dwóch-trzech miesięcy do przeczytania dziesiątki tomów. Da się? Ja bym osobiście nie umiał, chyba że byłoby to moje jedyne zajęcie (a z reguły nie jest). Zwiększone szanse mają pewnie te tomy, które jakoś wpadły mu w ręce wcześniej, a poza tym musi bazować na swoim „nosie” czytelniczym, intuicji, bo raczej nie uważnej lekturze. Wiadomo że prof. Piotr Śliwiński jest tysiąc razy bardziej oczytany od Jakuba Sajkowskiego, więc jego intuicja jest jakby bardziej wyrobiona i pewnie mniej zawodna, no ale jednak ja osobiście jestem zdania, że poezję czyta się powoli.
Dlatego, choćby mi oczy wyskakiwały z orbit na widok niezrozumiałych werdyktów (a tak mi się czasem przydarza), to jestem w stanie wybaczyć wiele. Przypadkiem nie do przyjęcia są jedynie werdykty nieuczciwe, przyznawane na zasadzie „kuledzy-kulegom”, sobie a muzom. Natomiast regularnie zaskakują mnie pozytywnie nominacje poetyckie do "NIKE", już chyba od trzech lat. W tym czasie w nominowanych znaleźli się nie tylko „sprawdzeni” Lipska i Świetlicki, ale przecież także debiutanci (Słomczyński, Kulbacka), czy autorzy stosunkowo niedługo obecni w przestrzeni literackiej (Tomasz Pietrzak, Joanna Lech, Mirka Szychowiak). Część z tych nominacji była strzałem „w dychę” (Pietrzak, Szychowiak), niektóre wydają mi się mocno na wyrost, ale już samo to, że jurorzy Nike poszukują, nie zamykają się w bezpiecznej przestrzeni nazwisk obecnych w literaturze od dwudziestu i więcej lat, świadczy o nich dobrze [abstrahuję tutaj od niedawnej żenującej telenoweli wokół nagrody, która nie zmienia mojego podejścia do wymienionych wyżej konkretnych wyborów].

MP: Wyczuwam tu jakiś sposób wartościowania, ale zostawmy to. Jakim poetą i recenzentem jest Jakub Sajkowski?

JS: Na pewno poetą, który z reguły najpierw słucha, potem pisze. Łapię strzępy rozmów, rejestruję, zapamiętuję. Niekoniecznie na „nośniki” typu kartka, komputer, komórka, bo pamięć mam bardzo dobrą. Mam nadzieję jednak, że więcej w moich tekstach własnej kreacji niż kompilacji.

Poza tym niewiele mogę powiedzieć na temat „jaki jest”. Raczej „jaki stara się być”. Nie lubię łopatologii, ale nie boję się klarowności. Lubię nieoczywistość, ale nie lubię hochsztaplerki i bełkotu. Lubię precyzję, ale nie lubię jednoznaczności. Cenię spójność pomysłu na siebie, ale cenię też różnorodność, nie lubię nudy.

Poprzedni akapit można w zasadzie również podpiąć pod to „jakim Jakub Sajkowski jest recenzentem”; to znaczy, wymagania względem siebie przenoszę w pewnym sensie na wymagania względem książek, które sam czytam. Bo każdy jakieś wymagania, gusta i kryteria ma i nie należy się z nimi krygować. Sęk w tym jedynie, by nie głosić ich z ambony jako „jedyne słuszne”.

MP: O tym łapaniu przekonałam się kilka razy, zaimponowałeś mi w Miłosławiu trzy lata temu, właśnie wyłapując i rejestrując najciekawsze powiedzenia... Później śledziłam Twoje wiersze i wyłapywałam sformułowania. Czy myślisz, że współcześni poeci otrzymują solidne wsparcie krytyków literackich? Czego oczekiwałbyś od krytyków jako poeta?

JS: To pytanie by sugerowało, że poecie się coś od krytyków „należy”, a tak niestety (a raczej: na szczęście) nie jest.

Jedyne, czego bym oczekiwał, to uczciwości; jeśli uważasz, że warto o tej książce pisać, to napisz; jeśli uważasz, ze nie warto, to nie pisz; jeśli ci się podoba, to napisz że ci się podoba; jeśli ci się nie podoba, to napisz, że ci się nie podoba. Natomiast tym, których do pisania /bądź nie pisania/ recenzji przywodzi solidarność kumpelska, bądź myślenie w rodzaju „opłaca się-nie opłaca się”, życzę najstraszniejszych rzeczy.

Oby wam blurba na książkę pisała Kasia Cichopek.
Oby wszystkie spotkania poetyckie, na jakie przychodzicie, były niczym obrady Sejmu RP.
Obyście na wieczność zostali moderatorami forów poetyckich.

MP: Solidne wsparcie, miałam na myśli merytoryczną dyskusję. Oczywiście, nie chodzi mi o załatwianie sobie czegoś, tylko rzetelne komunikowanie się, wsparcie, jakiego na przykład udzielał pisarzom Bereza. Czy istnieje Twoim zdaniem taki rodzaj komunikacji?

JS: Oczywiście pamiętajmy o tym, że krytyk ma niezbywalne prawo uznać tego czy innego autora za niewartego merytorycznej wzmianki. ;)

Ale tak ogólnie mówiąc, to wymieniłbym dwa nazwiska, które kojarzą mi się z krytyką rozumianą jako „wsparcie”.

Po pierwsze, Karol Maliszewski, który działalność zorientowaną na „pedagogiczne” wręcz wsparcie realizuje od wielu lat w tzw. „Pocztówkach Literackich” w Odrze. Poza tym przychodzi mi na myśl Piotr Śliwiński – oszczędnie dawkujący krytykę negatywną, „piszący o” raczej niż wartościujący, podczas (świetnie zresztą prowadzonych) spotkań analityczny, wnikliwy, ale nie „siadający” na autora; nie mówiąc już o byciu współodpowiedzialnym za liczne konferencje naukowe poświęcone autorom żyjącym i tworzącym, za festiwal Poznań Poetów...

Jeśli coś się zmieniło, to realia dyskusji krytycznoliterackiej. Trudniej jest ją pewnie prowadzić w czasopismach, cierpiących często na chroniczne problemy finansowe, wydawanych nieregularnie; coraz mniej jest „miesięczników”, „kwartalników”, a coraz więcej „nieregularników”. Funkcję polemiczną czasopism zatem, zapewne w pewnej mierze, przejął Internet; Internet zdemokratyzował dyskusję, wysyłając książki do recenzji nie wysyłamy przecież tylko do czasopism, ale do autorów blogów - takich, na przykład, jak „Czytanie w piwnicy” Marcina Włodarskiego czy „Krytycznym Okiem” Jarosława Czechowicza. W Internecie jest dużo chłamu, ale Internet pokazuje także, używając sportowej metafory, że „nazwiska nie grają”, czy też raczej „nazwiska nie piszą”. I tak: dzięki Internetowi udało mi się poczytać świetne teksty Mai Staśko (internetowa sZAFa, Ha-art) czy Olivii Betcher. Z drugiej strony – są też przykłady odwrotne: Internet zawiera również teksty znanych poetów i krytyków, które bardziej przypominają żenujące paszkwile niż teksty krytyczne.

MP: I dochodzimy do miejsca, w którym widać, jak bardzo ludzie różnią się od siebie, jak umiejętnie chwytają temat, niekiedy mają skłonności do przesady, wtedy ich teksty wydają nam się przekombinowane albo wynikają z frustracji. Jednak pewnie są i tacy, którym takie „wypisywanie się” odpowiada. Internet jest takim medium, gdzie każdy coś dla siebie znajdzie, ugra, przegra. To też plus Internetu, jeżeli coś mi nie odpowiada, omijam. Może jednak zostawmy innych. Kiedy ukaże się Twoja druga książka i jakie będą w niej wiersze?

JS: Pewnie, że zostawmy, to miał być jedynie przykład na „demokratyczność”. :) Wspomniana przeze mnie Maja Staśko pisała zresztą niedawno w jakimś tekście do „Ha-artu”, że jakiś serwis książkowy, w którym recenzja wybitnego krytyka z Poznania, Przemysława Czaplińskiego, miała 8 lajków, a recenzja anonimowej użytkowniczki „pod nickiem” miała ich ileś razy więcej. Taka ciekawostka, ale obrazująca dobrze działanie literackiego Internetu. Pozytywne lub negatywne, jak kto woli.

Książka jest już napisana i może być tak, że w momencie publikacji tego wywiadu będziemy już mówili o książce wydrukowanej, ale głowy nie dam. Teraz, na ten moment, pod koniec września, użyję bezpiecznego i pojemnego „niebawem”. Mam nadzieję że moja druga książka jest dużo lepsza od debiutu, precyzyjniejsza, dojrzalsza, bardziej „moja”. Czy to się udało osiągnąć, nie wiem.

MP: Zatem czekam na Twoją książkę. Co Cię we współczesnej kulturze obchodzi najbardziej?

JS: Oprócz namiętnego zajmowania się literaturą, namiętnie słucham również muzyki; ale „obchodzi mnie” w niej chyba co innego niż w literaturze. Kiedy czytam, bardziej cenię sobie wyważenie, odbieram tekst bardziej intelektualnie, analitycznie; choć idealne są teksty, które z jednej strony oddziałują na emocje, wywołują wzruszenie, a z drugiej strony są interesujące w sensie intelektualnym, odkrywania kolejnych warstw, czy też są w ten czy inny sposób świeże, nowatorskie. Samo wzruszenie mi jednak nie wystarczy; jeśli tekst w pierwszym kontakcie wzrusza, a w drugim okazuje się, że poza wzruszeniem proponuje niewiele więcej, jest dla mnie tekstem „działającym na emocje” jednak w sposób nazbyt prostacki, hochsztaplerski, wydmuszkowy.

Muzykę odbieram bardziej emocjami, bezpośrednio, dlatego lubię dźwięki intensywne, mocne, nie neutralne – przy czym nie jestem przywiązany do jednego gatunku muzycznego, moja playlista (jednego dnia, albo nawet jednego wieczoru) może się składać z A-ha i Vadera z przerwą na litewski neofolk.

MP: Piękny kontrast. Niedawno na znanym portalu społecznościowym krążył łańcuszek dziesięciu najlepszych książek czy takich, które zrobiły na Tobie wrażenie. Gdybyś miał wybrać po pięć najgorszych książek i płyt muzycznych, co by znalazło się na Twojej liście?

JS: To zadanie jest chyba jednak niemożliwe; zbyt dużo jest muzyki czy też literatury złej, a też owa „zła” literatura czy muzyka jest do siebie zbyt podobna; podobne są bowiem błędy młodości, w rodzaju braku wyczucia, umiejętności technicznych czy drastycznego braku oryginalności; ale „błędy młodości” nie są niczym złym czy nienaturalnym. Jeśli już szukać kandydatury do „najgorszych”, to w sztuce wyrachowanej, sztuce nieszczerej, sztuce-produkcie, sztuce jak spod fabrycznej sztancy.
O literaturze już trochę poopowiadałem, więc skupię sie na muzyce.

Słyszę jak artysta, pacholęciem będąc, śpiewa „Bierz mnie/ będzie wspaniale/ obsyp mnie złotym deszczem”, jest to przaśne, głupawe, nieoryginalne, ale szczere. Po parunastu latach tenże sam artysta nadal jest nieoryginalny, tyle że tym razem również niewyrazisty, stękającym, eunuchowatym głosem śpiewa „bo miłości nie przetniesz na pół”. Mądrzej nie jest, ale efekt jest jeszcze gorszy. Dlatego od wykwitów współczesnej tzw. „muzyki rozrywkowej” już wolę np. disco polo – przynajmniej nie aspiruje do „sztuki” i „profesjonalizmu”.

Owych rzeczy miałkich, nudnych, sztucznych jest tyle, i tak bardzo się ze sobą zlewają, że nie ma większego sensu wybierać cokolwiek.
Potraktuję więc to pytanie jako okazję do zaprezentowania swoich ostatnich „odkryć”, jak najbardziej pozytywnych. Skoro pięć, to niech będzie pięć, ale ograniczę się do rejonów polskich/polskojęzycznych; gościnnie pojawi się język naszych południowych sąsiadów. Tak czy siak, będzie skrajnie eklektycznie:
Furia - „Idzie zima”
Już Nie Żyjesz - „Już cię nie ma”
Das Moon - „Colours”
Vanessa - "Smutny Pan"
A na koniec, taka oto piosenka. Polecam i dedykuję nam wszystkim.

MP: Wymienione przykłady są dla mnie naiwne i głupawe, owszem, jednak nie dostrzegam w tym szczerości. Możliwe, że inaczej jawi nam się szczerość. Oczywiście ten rodzaj muzyki jest najbardziej popularny, nie będę się kłóciła z Tobą o detale, bo jednak dzielą nas zupełnie inne zamiłowania muzyczne. Pamiętasz klip MISTER D. x ANJA RUBIK - CHLEB? To jest jakby esencja zachowań i języka jakim posługują się ludzie w Polsce. Oczywiście w pewnym przejaskrawieniu. Zauważyłam, że nie wszyscy dostrzegli sarkazm tego uroczego klipu, a jednak tak to właśnie wygląda. Co ma dla Ciebie największą wartość, kto Cię rozczula, jakich autorów cenisz najbardziej?

JS: Bardzo trudne pytanie, ale chyba najbardziej wzruszają mnie teksty w których wyważenie i subtelna ironia łączą się z umiejętnym mówieniem o emocjach.
Jeśli wzruszenie, to jednak musi być szlachetna prostota, konfesja, uczucia. Oczywiście nie tylko wzruszenie o wartości świadczy, zakres rzeczy „wartościowych” jest dla mnie znacznie szerszy, i niekoniecznie zawiera w sobie coś, co czytam namiętnie.

Mój pierwszy prawdziwy, samodzielnie odkryty zachwyt poetycki to była antologia poezji brytyjskiej z 1980-go roku, mówię o nim, bo od 2003-go regularnie do niej wracam; są w niej chwytające za trzewia wiersze uznawanego w czasie wydawania tej antologii za „nadzieję irlandzkiej poezji” Paula Muldoona, Michaela Longleya, Dereka Mahona, Iana Hamiltona... Poza tym, dobre parę lat później, wpadła mi w ręce jedna z największych perełek jakie widziałem kiedykolwiek w ofercie Biura Literackiego – czyli antologia poezji czeskiej redakcji Leszka Engelkinga (Ivan Blatny, Egon Bondy...). Skoro już jesteśmy przy BL i przy autorach obcojęzycznych, regularnie wracam też do cieniutkiego tomiku prózek poetyckich Łotysza Karlisa Verdinsa pt.: „Niosłem ci kanapeczkę”; nie wiem co jest w niej takiego „do odkrywania”, bo to prościutkie w sumie historie... a może właśnie dlatego.

Jeśli idzie o prozę, to ostatnimi czasy dobrze na mnie działa mieszanka historii nowocześnie zakręconej, a jednocześnie poważnej i odważnej. Tu np. Władimir Sorokin. W podobnej kategorii, odkryty przeze mnie w okolicznościach dość trywialnych, bo podczas pisania magisterki, kanadyjski pisarz Timothy Findley – historie nie bojące się MÓWIĆ, posiadać przesłania, a jednocześnie porywające w swoim postmodernistycznym zawikłaniu. Nieustannie ubolewam, że doba nie ma 48 godzin i nie miałem jeszcze czasu, aby podjąć się przetłumaczenia choćby opowiadanka owego autora. O ile w ogóle miałbym wystarczające wyczucie.

MP: A poezja polska Cię wzrusza? Proza?

JS: Z prozą byłoby ciężej, bo (szczególnie jeśli chodzi o prozę współczesną) mam większe „luki”. :) Tym bardziej że wzruszenie w ogóle pojawia się u mnie rzadko, jeśli idzie o literaturę, wspominałem zresztą, że jestem bardziej analityczny, chłodniejszy w odbiorze tej dziedziny sztuki, częściej coś mnie „porwie” niż „wzruszy”.
Z polskiej prozy, zatem, nadal nic mnie nie wzruszyło bardziej od „Lalki” Prusa, pochłoniętej w liceum. Mówię serio.

Jeśli chodzi o poezję, to wzruszenia również przytrafiają się rzadko, ale jestem tu znacznie bardziej na bieżąco, więc wybiorę trzy nowsze wiersze, autorów jednakowoż mniej znanych, aż dwie z książek debiutanckich (ale takich, co targają za trzewia i - być może - będą jedynymi książkami tych autorów; choć - może jeszcze zaskoczą).

Ryszard Będkowski, „Wiosna na motywach zimy” http://czytnikliteracki.blogspot.com/2010/11/jeden-wiersz_09.html
Michał Nowak „Czasem to proza otwiera wiersz” http://czytnikliteracki.blogspot.com/2011/02/poezja-kamie-niech-sobie-kamie-micha.html
Marciusz Moroń, „Historia” http://czytnikliteracki.blogspot.com/2010/11/jeden-wiersz.html

MP: Jesteś młodym człowiekiem, jeszcze wiele różnorodnych głosów poetyckich przed Tobą, wyzwań, projektów. Czego Ci życzyć?

JS: Wszystkiego w idealnych proporcjach. Pomyślnych wiatrów, ale nieprzesadnych wzlotów, żeby móc w razie czego w miarę bezboleśnie wrócić na ziemię.

MP: Niech Ci się uda. Dziękuję za rozmowę.



JAKUB SAJKOWSKI - poeta, lektor języków, tłumacz, recenzent. Redaktor działu krytycznego w kwartalniku sZAFa. Publikacje – min. Pro Arte, Arterie, na stronie internetowej Biura Literackiego oraz w lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej. Finalista i laureat kilku konkursów poetyckich (ostatnio im. Klemensa Janickiego, O Laur Czerwonej Róży, oraz VII Konkursu Krytycznoliterackiego Pulsu Literatury w Łodzi). Opublikował książkę poetycką Ślizgawki (Zeszyty Poetyckie, 2010), niebawem ukaże się druga (pod roboczym tytułem Google Translator). Laureat stypendium artystycznego miasta Poznania. Prowadzi bloga literackiego www.czytnikliteracki.blogspot.com.





 z Magdą Gałkowską

Małgorzata Południak: W związku z ostatnią wrzawą na temat witania się w różnych formach korespondencji, zaczęłam unikać słowa "witam". A ty? Jak lubisz się witać?

Magdalena Gałkowska: Różnie to bywa, np. zdegradowane "witam" albo banalne "dzień dobry", zdarza się, że sajkowskie "Pozdrawiam serdecznie" albo "hejo". W sumie wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, witam się i już :)

MP: A właśnie sajkowskie! Można odnieść mylne wrażenie, że jesteście nierozłączni. Jak się zaczęła wasza przyjaźń?

MG: Czytałam wiersze Kuby na PP, coś tam zmasakrowałam, coś tam pochwaliłam, po jakimś czasie już w realu spotkaliśmy się na koncercie znajomych i okazało się, że jesteśmy w stanie się polubić.

MP: Od kiedy poezja stała się dla ciebie pasją? Ludzie legendy, którzy się przyczynili do tego początku?

MG: Tak naprawdę od momentu, kiedy wpadł mi ręce tomik Rilkego. Wcześniej zainspirowana tekstami kapel rockowych pisałam straszliwe teksty, w których wszyscy ginęli tragiczne, świat był czarny, a za każdym rogiem czyhał demon. Trochę mi z tego jeszcze zostało (śmiech). Po Rilkem nastąpiło zderzenie z poezją współczesną - dzięki internetowi i pojawił się jako mistrz Marcin Świetlicki, potem Mariusz Grzebalski, potem Edek Pasewicz, oczywiście Marta Podgórnik. No, a powrót do pisania nastąpił kiedy odnalazłam Lowella, Larkina, Plath, Kunzego... Sporo jest nazwisk, które były i nadal są dla mnie inspiracją.

MP: Słowa mają różne znaczenie, dla jednych są powierzchowne, dla innych ezoteryczne, a dla ciebie? Przywiązujesz wagę do horoskopów?

MG: Nie przywiązuję wagi do horoskopów, ale mnie bawią, jak choćby ta akcja z wklejaniem na Facebooku tego, który codziennie przychodzi mi na pocztę, po prostu są cudowne językowo. Podejrzewam udział Google translatora. Słowa dla mnie potrafią być zarówno powierzchowne, jak i napełnione znaczeniami. Wszystko zależy od kontekstu, w jakim się tych słów używa i od tego, co chce się słowami osiągnąć. Poeci, jak dobrze wiesz potrafią "użyć" słów jak mało kto. Jeśli chodzi o wiersze, które piszę - tak, przywiązuję ogromną wagę do znaczenia słów, w moich utworach żadne nie jest przypadkowe i każde ma dokładnie wyznaczone miejsce. Taka obsesja (śmiech).

MP: Co do obsesji… Czy sztuką współczesną łatwo oszukać odbiorcę? Kiedy czytam wiersze naszpikowane wulgarnymi słowami, mam wrażenie, że to tania imitacja, zjawisko prymitywne, czy przeciętność przeważa?

MG: To jest pytanie! Myślę, że generalnie sztuka zawsze trochę odbiorcę "oszukuje" albo inaczej, sztuka powinna "oszukiwać" tak, żeby odbiorca chciał być "oszukiwany". Kiedy czytam, np., że jakiś wiersz nie jest prawdziwy, to zastanawiam się zawsze o jaką "prawdę" chodzi, prawdę autora? Czy może o prawdę czytelnika? Osobiście natomiast czuję się "oszukana" przy wierszach, które są kalką, które są właśnie imitacjami wierszy, czyli ładnym pudełkiem, pustym w środku. Jeśli chodzi natomiast o wulgaryzmy w poezji - zdarza się, że ich używam dla "wzmocnienia" przekazu, czasem po prostu inne słowo byłoby zbyt "lekkie"; ale nie rozumiem używania ich w celach - nazwijmy to - "efekciarskich".

Przeciętność, niestety, przeważa i to wszędzie, jak już pewnie zauważyłaś. Na przykład tzw. sieciówki z ubraniami, widzę na ulicy pięć nastolatek, każda wygląda tak samo, niczym się nie wyróżnia. Dlaczego o tym mówię? Ponieważ z poezją jest podobnie. Większość współczesnych wierszy jest dobra, ale "bezpieczna", jakby poeci bali się ryzykować, a kto ma to robić, jeśli nie oni? Najwybitniejsi artyści zawsze byli ryzykantami. Myślę, że w tej chwili działa następujący mechanizm: poeta X czyta poetę Y i myśli sobie:' kurcze, facet tak pisze, konkursy wygrywa, ludzie to chwalą, recenzenci piszą, to ja napiszę podobnie, też zostanę zauważony", a to prowadzi właśnie do tego, o czym mówiłam wyżej. Do "poetyckich sieciówek".

MP: Gdzieś przeczytałam, że poeci wychodzą na ulicę, bo nie ma dla nich miejsca… A gdzie w Poznaniu jest twoje miejsce? W jaki sposób to miasto wpływa na ciebie i odwrotnie. I czym było dla ciebie wydanie książki. Wygrałaś Bierezina! Czy środowisko literackie wdzięczyło się do ciebie?

MG: Tych miejsc jest kilka, jedno z nich nad jeziorem Rusałka (jezioro leży w granicach miasta). Mam tam ulubione krzaki, w których się zaszywam i np. tam właśnie powstała większość wierszy do "Tocy". Drugie miejsce to Fara Poznańska, wiem, ze to może wydawać się dziwne, ale ja po prostu lubię tam pójść i posiedzieć, tak zwyczajnie. Jest jeszcze np. objawiony mi niedawno pub "Żółty balonik", można tam palić i generalnie się nie wyróżniać, co mi bardzo odpowiada. Miasto wpływa na mnie ogromnie, ponieważ jestem zwierzęciem typowo miejskim, owszem, uwielbiam las potrafię chodzić po nim godzinami, ale jednak większość czasu spędzam w dużym mieście. Dlatego też w mojej poezji pełno jest tego miasta. Jedyny wpływ jaki mam na miasto, to ewentualnie spotkania, które organizuję (śmiech). Otrzymanie nagrody im. Jacka Bierezina i wydanie książki było dla mnie osiągnięciem pierwszego z celów, ponieważ zawsze chciałam zadebiutować właśnie tą nagrodą. Środowisko literackie - mówiąc kolokwialnie - spuściło mi niewąski łomot, co nawiasem mówiąc teraz doceniam. Wtedy byłam załamana i zastanawiałam się, czy nie zrezygnować z nagrody, na szczęście mam przyjaciół mądrzejszych od siebie (śmiech). Z drugiej strony skutkiem otrzymania tej nagrody była propozycja od redaktorek "Solistek" o umieszczenie w antologii moich wierszy, więc do końca tak źle nie było.

MP: Krzaki brzmią imponująco, Fara również! Czyli doświadczenia wpływają pozytywnie na twoją twórczą pracę. Przepowiednia brzmiała, jak ona brzmiała? "Dokonasz znajomości, które będą pobudzać twoją naturę twórczą". Kiedy przeczytałam ten wpis na FB, aż się oplułam kawą. Dzień wcześniej napisałam do Naczelnego ArtPubu, że chcę aby tobie zaproponował wstąpienie do redakcji, więc o co chodzi z tymi horoskopami?!

MG: Tak, ta sytuacja też mnie rozbawiła, bo chwilę później dostałam od Jacka Witczyńskiego wiadomość zawierającą propozycję współpracy, więc się solidnie uśmiałam :) O co chodzi z horoskopami? Nie mam pojęcia, czytam jedynie z kart Tarota, dlatego wiem, ze nie da się tego zrobić z tygodniowym wyprzedzeniem. Horoskopy to dobra zabawa, gorzej, jeśli ktoś naprawdę wierzy w to, co jest w nich napisane. Taka wiara szkodzi, są ludzie, którzy sami wywołują negatywne zjawiska w swoim życiu, są szkodliwi sami dla siebie i wyobraź sobie co się może stać, jak taki ktoś poczyta, że przez kolejne 7 dni w tygodniu będzie miał przerąbane? Dramat!

MP: Czyli musimy czytać takie, w których jasnych stron jest więcej! Propozycję przyjęłaś, nie będę tu nikogo wpędzała w palpitację serca. Stawiamy poezji wysokie wymagania, niektórzy to rozumieją, inni mniej. Każdy po swojemu. Czyli będziesz artystom odkrywała oblicza poetów, odzierała z masek? A za rok zaprezentujemy się w mocniejszym składzie na wernisażu live?

MG: Takie mam zadanie, z którego - nie ukrywam - bardzo się cieszę, ponieważ lubię rozmawiać z ludźmi, Będę odkrywała oblicza poetów wszystkim, którzy będą chcieli poczytać moje rozmowy. Wybieram ludzi interesujących, takich, którzy na pewno zainteresują czytelnika. W połączeniu z prezentacją ich twórczości jest szansa, ze wyjdzie coś naprawdę fajnego i godnego uwagi. Za rok spotykamy się NA PEWNO w mocniejszym składzie, innego wyjścia sobie nie wyobrażam (śmiech)

MP: No dobrze, dobrze. O plany nie pytam, niech to będzie niespodzianka dla czytelników. Poza tym, cieszę się, że do nas dołączyłaś, resztę niech dopowie przyszłość!

MG: Plany są, przyszłość w związku z tym też (śmiech). I ja się bardzo cieszę, i dziękuję za magiel. W końcu trzeba poznać na własnej skórze to, co będzie się czyniło innym.



Z Mirką Szychowiak

Małgorzata Południak: Zacznę od tego, że mieszkasz w Księżycach. Nigdy tam nie byłam, a już sama nazwa brzmi magicznie. Jak określiłabyś to miejsce?

Mirka Szychowiak: Kiedy człowiek zaczyna płynąć przez życie w takim momencie, że już trochę wie, że płynie nie sam i bagaż mu się nazbierał spory, zaczyna się zastanawiać, gdzie zacumuje swoją łódź, ile jeszcze drogi do portu, który być może nie pozwoli mu już nigdy odpłynąć w inne miejsce. Pięknie to brzmi, prawda? Ale skąd można wiedzieć na pewno, kiedy w końcu poczuje się grunt pod nogami, że to TUTAJ? W moim przypadku Księżyce zadziałały jak potężna dawka elektrowstrząsów. Nie widziałam ich przed podjęciem decyzji o kupnie, nie byłam tam przed sfinalizowaniem u notariusza kupna domu. Dom widział wcześniej Bogdan, ale przecież normalną rzeczą wydają się wspólne oględziny posesji, zanim podejmie się tak poważną decyzję. Ja nie musiałam Księżyc oglądać – po raz kolejny zawierzyłam swojej intuicji i temu dreszczowi, który pojawił się, kiedy Bogdan powiedział, że znalazł dom w Księżycach. Słowo “Księżyce” wystarczyło. Nie wiem, błyskawica, jakiś blask, jakiś głos z góry, a może wszystko naraz pojawiło się momentalnie i już żadna inna wiedza nie była mi potrzebna. Zawinęłam do portu. Potem, kiedy zajechaliśmy do Księżyc, to już była szara rzeczywistość –pierwsze zetknięcie, to waląca się szopa (akurat była wichura) - delikatnie mówiąc – tyfus. „Westerplatte” było w tym momencie bardziej stosowną nazwą niż Księżyce. Zbliżała się jesień. Bogdan powiedział, że na Boże Narodzenie będziemy już w Księżycach. I byliśmy. Kiedy sobie przypomnę, jak harowaliśmy, by zdążyć, wzruszam się. Zapomina się o potwornym wysiłku, o pracy, o bąblach, o zakrwawionych rękach. Księżyce nie są najpiękniejszym zakątkiem na świecie. Ich uroda polega na czym innym: tu mam swój dom, w którym wszystko jest moje. Mam przyjaciół, którzy wykupili wszystkie wolne domy w Księżycach. Mam swój nieelegancki ogród ze specjalnie urządzonymi krzakami. Księżycom zawdzięczam trzeci wstrząs mózgu, który otworzył mi drzwi do wierszy, do moich od wielu lat uśpionych dzieci. W Księżycach Mirka Szychowiak zaczęła pisać wiersze.

MP: Dzieci. Powiedzmy: wracałaś o szesnastej do domu, przygotowywałaś obiad. Później siadałaś do biurka i rodziły się, ot tak? A płodzenie? Przecież to musiało być przyjemne uczucie!

MS: Zacznę od tyłu. Pytanie jest nieco seksiarskie, więc i odpowiedzi nie mogę odziać w szaty żelaznej dziewicy. Uporczywa chęć spłodzenia jest zjawiskiem z góry skazanym na niepowodzenie, czego doznałam, „starając się” histerycznie o dziecko. Zarówno „wykonawca” (czyli mąż), jak i „podwykonawca” (czyli ja), stawaliśmy na przysłowiowych rękach i nogach, by spłodzić potomka. I nic z tego. Kiedy przestaliśmy się starać – okazałam się „brzemienna w skutkach”. Samo przyszło, krótko mówiąc. Okazaliśmy się pod każdym względem płodni. Proszę zobaczyć, ile tutaj kryje się analogii, jakie jest podobieństwo do poetyckiego tworzywa i tworzenia. Przyjemne uczucie jest wtedy, gdy spływa na nas światło, kiedy poczynamy w sobie wiersz bez przymusu, kiedy nas to nie męczy. W jednym i drugim przypadku twórcy nie powinni niczego zakładać, to gasi iskrę. Wiersz nie może być zaplanowany, on czasem każe siebie napisać znienacka, wzbudzając często zdziwienie, że się rodzi, że rośnie, że już jest. To jest piękne.
W związku z tym nie mogłam, jako matka, żona i kochanka – planować ani dnia ani nocy. Nigdy nie wiedziałam, kiedy wiersz do mnie zapuka. Jeśli zapukał – nie było na czas obiadu, spóźniałam się do pracy, mąż przewracał się samotnie z boku na boku. Tak to wygląda, moja droga Małgorzato.

MP: Rozumiem. W czym, a może gdzie tkwi źródło Twojej siły? Piszesz świetne wiersze, ale czy tylko wiersze?! O tym, że jesteś żoną, matką i prowadzisz teatr wielu czytelników jeszcze nie wie. Dla odmiany ci co Cię znają wiedzą, że jesteś znakomitą organizatorką życia publicznego. Więc piszesz, grasz, kierujesz, ustawiasz… skąd pomysły, recepta na zainteresowanie?

MS: Mojej siły? Nie wiem czy to jest siła, czy może determinacja albo ucieczka przed myślami o śmierci, o tym, że mogę czegoś jeszcze nie zacząć, nie zdążyć. To raczej jakaś dziwna gorączka, nienaturalna adrenalina. Czasem strach działa jak najlepszej jakości skręt – z czeluści wywala cię na powierzchnię i wtedy, jak cudem uratowana – zaczynasz szaleć, bo znowu żyjesz. Dlatego też „dokładam sobie” roboty, latam do wiezienia na próby teatru, przygotowuję jednego gościa do szkoły teatralnej, mam kabaret, w którym także się produkuję nie tylko jako autorka, ale jako aktorka. Tego nie można nawet nazwać receptą na zainteresowanie, to recepta na zapomnienie, na ciągły ruch, ucieczka przed pustką. Taka aktywność przypomina, że jeszcze żyję, że „jeszcze się tu pokręcę”.

MP: Konkurs o „Granitową strzałę” - jakie błędy najczęściej popełniają poeci przysyłający swoje cykle poetyckie?

MS: Niestety, błędów jest mnóstwo. Rzecz jasna – autorzy słabi absolutnie nie zdają sobie sprawy, że przysłali niedobre teksty, że są to teksty nierówne. Zdarza się czasem, i powiem, że szlag mnie wtedy trafia największy, gdy wśród dziesięciu wierszy jest pięć bardzo dobrych. Pozostałe – niedobre. Oznacza to, że autor potrafi pisać dobre czy bardzo dobre wiersze. Dlaczego zatem skomponował zestaw, w którym są także knoty? Nawiasem mówiąc, poza uchybieniami formalnymi (ujawnione na kopercie dane czy brak zapisu na płycie CD), trudno tu mówić o błędach. Nie można mówić o błędach, tylko o złej poezji, której autorzy przysyłają najwięcej. Jestem szczęśliwa, jeśli z na przykład trzystu zestawów wyłuskam pięćdziesiąt. Dla tych właśnie – robimy ten konkurs.

MP: Domyślam się, że pojęcie gospodarstwa, ale w znaczeniu rozległego inwentarza kulturalnego ogarniasz w sposób nieprzeciętny. Kiedy Cię poznałam, od razu wiedziałam, że miedzy nami jest tyle emocji, pomysłów, jednak męczy zmaganie się z codziennością, brak wspomagającej krytyki, jest coraz mniej miejsc, gdzie można porozmawiać o poezji, sztuce. Mam wrażenie, że cały ten mechanizm w bulwersujący sposób rozłożył się i tacy ważni ludzie jak Ty, żyją w Księżycach, a na dodatek za często nie udzielają Ci głosu. Przeszkadza Ci to?

MS: Myślę, że jest trochę inaczej. O poezji można rozmawiać wszędzie, odważę się przypuszczać, że w tzw. „prowincjonalnych” dyskursach panuje jakaś trudna do wytłumaczenia czystość – nie mówi się o poetach, poezji – ustawiając jakąś listę rankingową nie wartościuje się jej w kontekście autorów, bo na dobrą sprawę – poezja jest w roli głównej i tu można się wspólnie wyżyć i gadać do rana. Zawsze powtarzam, kiedy ktoś pyta, gdzie leżą Księżyce: „Księżyce to takie miejsce, obok którego znajduje się Wrocław”. Zobacz czasem, o czym się rozmawia na spotkaniach poetyckich, na które przyjeżdża kilkudziesięciu poetów? Jeśli chodzi o udzielanie mi głosu – czasem dobrze jest, kiedy człowiek nie jest do niego dopuszczony. Pokora to jedno z moich ulubionych imion.

MP: Spotkania z poetami – planujesz jakieś wyjazdy? Czytałam relacje, widziałam zdjęcia – gościłaś u siebie ciekawych poetów, więc może nie tylko wyjazdy?

MS: Poetów goszczę u siebie przede wszystkim w trakcie finału “Granitowej Strzały”. Nie oznacza to, że do Strzelina nie przyjeżdżają pisarze i poeci. Podzieliłam się z Majką Tyws – niesamowitą dyrektorką biblioteki w Strzelinie realizacjami. Majka stworzyła w swojej pięknej bibliotece Salonik Literacki i raz w miesiącu (poza spotkaniami lokalnymi) – przyjeżdżają do Strzelina pisarze i poeci z całej Polski. Jak wiesz, organizowałam także przez 5 lat u siebie zloty poetyckie, potem była mała przerwa, ale chyba skuszę się na ponowne spotkania, bo jestem mocno naciskana przez najwierniejszych zlotowiczów. To naprawdę wspaniałe spotkania, trzydniowe leniuchowania, zero rozmów o poezji, to poznawanie siebie. Wyjeżdżam na spotkania, jak mnie ktoś zaprosi. Raczej nie składam ofert. Dlatego bardzo ucieszyłam się z propozycji Ewy Włodarskiej, która zaprosiła mnie do Krakowa, do Piwnicy pod Baranami na Zderzenia Artystyczne. Nigdy nie miałam spotkania w tym mieście, więc duża radość.

MP: Pragnienia Mirki Szychowiak?

MS: Cóż, trudne pytanie. Chciałabym, aby obudziły się moje wiersze. Po nominacji do Nike poszły spać i już. W związku z tym wypływa z mojej głowy proza i chciałabym wydać zbiór opowiadań w tym roku. Coś się kroi – nie chcę zapeszać. To marzenia poetki. Mirka Szychowiak chciałaby pojechać na Krym, zobaczyć Gruzję, tę wysokogórską i pomieszkać przez miesiąc z jakąś chińską rodziną rolników, też gdzieś wysoko, gdzie jest czysto, gdzie nie ma „rządów” i wszyscy się uśmiechają. Mam też marzenia, które nie muszą się spełnić. Samo myślenie o nich mnie rozczula.

MP: Więc niech się spełnią, niech Cię rozczulają! Powiesz coś więcej o opowiadaniach, nowej książce?

MS: To są właściwie dwie książki. Pierwsza, która jeszcze nie ma tytułu – to książka poetycka, pisząca się od wielu lat. Bez względu na jej jakość – będzie to moja najważniejsza książka; nie dlatego, że jej ojcem był sen, ale dlatego, że każdy następny wiersz (jest to regularna, chronologicznie zapisana opowieść) pisany był, można powiedzieć – na rozkaz. Przez dwa tygodnie, codziennie – „coś” zmuszało mnie niemal fizycznie, bym przerwała pracę, robienie obiadu i biegła do góry, żeby dopisać kolejną historię. Może to jest poetycka bajka, licho wie, co to jest. Książka ma jednego bohatera i z nim się męczę tyle lat, bo mogę dopisywać cokolwiek tylko wtedy, gdy to, co mnie zmuszało kiedyś, wróci. Najdziwniejsze zaś jest to, że to nie mój język, nie moja poetyka, inne rejestry metaforyczne. Czytając poszczególne wiersze – mam wrażenie, że ktoś mi je podyktował. Nawet teraz, kiedy o tym opowiadam, mam ciarki. Dlatego ciągle czekam, aż się to wszystko wyśpi, obudzi i wróci. Druga książka ma tytuł od dawna – “Gniazdozbiór”. Są to opowiadania. Opisuję moje życie, zaczynam od pięciolatki i opowieści rosną i się zmieniają razem ze mną – także językowo. Mówię moje życie, ale tak naprawdę jestem w tej książce niejako kronikarzem przy okazji, bo najważniejsze w tych opowiadaniach są historie ludzi, którzy zamieszkiwali jeden ogromny, dwupiętrowy blok. Historie się mieszają, bohaterowie swoich opowiadań pojawiają się w cudzych. Przez te lata, kiedy tam mieszkałam, przewinęło się przez ten dom wiele niezwykłych osób – czubków, kryminalistów, dziwadeł. Dzięki mojej pamięci – odtwarzam rozmowy, sytuacje, zdarzenia. Blok nie jest jedyną przestrzenią, w które snuję swoje historie, w kilku opowiadaniach wynoszę się na maleńką wieś, do mojej babci, żeby i z tamtego gniazda powybierać najlepsze kąski. Te opowiadania zalegały we mnie najdłużej i dzięki Bogu wezwały mnie do tablicy, bo poetycka blokada była bardzo uciążliwa.

MP: Jesteś intrygująca, jak Twoje włosy, buty. Mirka Szychowiak nie ginie w tłumie, nie unika życia. Słuchasz rad?

MS: Zaraz tam intrygująca. Normalnie – jak ktoś jest kurduplem, to często bywa szturchany, popychany, a nawet przewracany (byłam ofiarą zamachu – niedawno w podstawówce dwóch zerówkowiczów zmiotło mnie z ławeczki, jak worek na kapcie). Dlatego jak sobie rzucę na głowę zieleń, zapodam na nogi coś dziwnego – to jednak widać i jestem bezpieczniejsza. A teraz będzie poważnie: lubię wszystko inaczej, nie mam zahamowań, nie zrezygnuję z krótkich kiecek, bo lubię. Czy słucham rad? Oczywiście. Mądrych.

MP: Istotni autorzy, ważne książki, z jaką tradycją się utożsamiasz, trochę detali, dla smaku, dla ognia, dla czytelników?

MS: Ważnych autorów na mojej liście sporo, różnych, zróżnicowanych. Wszyscy razem są dla mnie lekarstwem. Jack London, T.S.Eliot, Boris Vian, Tadeusz Różewicz, Gogol, Hrabal, Mario Vargas Llosa, Tadeusz Nowak. Pewnie jeszcze z dziesięć nazwisk przynajmniej, nawet tylko z powodu jednej książki czy wiersza. Książki? Tutaj już łatwiej, choć zawężę listę: „Martin Eden” – Londona, „Jesień w Pekinie” Borisa Viana, „Miasto i psy” Llosy, „Rzeka Posępna” Szyszkowa, „Psalmy” Tadeusza Nowaka, „Ziemia jałowa” Eliota. Na pewno o czymś zapomniałam.
Utożsamianie się z jakąś grupą, poglądem, z religią, tradycją wymusza pewnego rodzaju naśladownictwo, identyfikację, przynależność. Dla jednych jest to wygodne, ba – można powiedzieć – bezpieczne. Ze mną jest tak, że chcę mieć nieograniczoną wolność, chcę czuć jej smak. Chcę sama doświadczać, poszukiwać, odkrywać i, jeśli trzeba, potykać. Ale zawsze na własny rachunek. To życie ma pobierać ode mnie składki, nikt inny. I choć tyłek mam skopany dotkliwie – tego się trzymam.

MP: Chciałabyś coś dodać od siebie?

MS: Kocham się w pani, pani Małgorzato i wcale nie zamierzam z tym walczyć.

MP: To miłość ze wzajemnością, zatem czekam na Twoje książki, dziękuję za rozmowę.

MIRKA SZYCHOWIAK – finalistka Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina, Publikacje wObrzeżach, Nowej Okolicy Poetów, Undergrunt, w Cegle, Trumlu, Arteriach, Arkadii. Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich, m.in: II nagroda w Ogólnopolskim Konkursie im. C. K. Norwida, I nagroda na I Ogólnopolskiej Biesiadzie Poetyckiej w Świdnicy, I i III m. W OKP “Krajobrazy słowa”. We wrześniu 2006 roku ukazał się jej debiutancki tomik Człap story. W 2010 roku zostały wydane dwa tomiki poetyckie autorki: “Jeszcze się tu pokręcę” (nominacja do Nagrody Literackiej Nike 2011), nakładem Instytutu Mikołowskiego oraz “Proszę nie płakać” – książkę wydaną przez SAPiK w Szczecinku (jako główną nagrodę w OKP “Malowanie słowem”. Wiersze autorki znalazły się także w dwujęzycznej antologii “Free over blood” wydanej w październiku przez Off_Press i Zeszyty Literackie oraz w antologii dolnośląskiej literatury – “Rozkład jazdy”. Mirka Szychowiak mieszka w Księżycach pod Wrocławiem.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz