Rozmowy z Kasią Tchórz

Zapis rozmów od marca 2015 do czerwca 2016

Małgorzata Południak: Sztuka współczesna jest nieustającym tematem dyskursu akademickiego. Jednak mam wrażenie, że nic z tego nie wynika. Hermetyczny i akademicki język drażni, nie pozwala zrozumieć odbiorcom sztuki, o co właściwie chodzi rozmówcom. Co jest dla ciebie ważne, w jaki sposób interesujesz się sztuką i tematami związanymi z technikami wypowiedzi artystów?


Katarzyna Tchórz: Widziałaś prace laureatów 42. Biennale Malarstwa „Bielska Jesień 2015”? O czym to świadczy? Ludzie nie wiedzą, czy to żart, prowokacja, manipulacja, czy tani chwyt usiłujący wmówić nam, że skoro publika się oburza, to znaczy, że mamy do czynienia ze sztuką zaangażowaną, mocną i ważną. Dla mnie to zwykły blef. Jednak tego rodzaju działań jest znacznie więcej – mylenie pojęć, pełen emfazy bełkot w interpretacji dzieł sztuki, promowanie epigonizmu, ignorancji, przerost treści na formą [sic], inercja, izolacja sztuki, artysty od rzeczywistości – a to zupełne nieporozumienie. Artysta musi mieć swój świat, ale to właśnie rzeczywistość powinna być tkanką, tworzywem dzieła sztuki. Tego mi brakuje – autentyzmu, wrażliwości, obsesji, gorączki, werwy i klasy. Dlatego nieustannie szukam w malarstwie, literaturze, poezji, fotografii. Staram się nie zamykać i nie ograniczać, bo tego potrzebuję, by mocniej czuć, widzieć, rozumieć, wreszcie tworzyć. Nie mam zamiaru dociekać ukrytych metafizycznych treści, rozwiązywać neurotycznych zagadek i pochwalać bezczelnego epigonizmu. Nie dlatego, że jestem leniwa czy zamknięta, po prostu nie interesują mnie nieszczere uśmiechy, komfortowe, trywialne rozwiązania, zdrobnienia i kumoterskie pochlebstwa. Uważam, że sztuka to język, być może trudny – pełen metafor, alegorii, oksymoronów – ale chyba zgodzisz się ze mną, że tylko obcowanie z nią, z jej historią pozwala ten język zrozumieć, nauczyć się odróżniać jego kwiecistą, surową, drapieżną, piękną, brutalną postać od zwykłego bełkotu.

MP: Z zestawu laureatów wybrałabym Kozerę, może dlatego, że jego malarstwu przyglądam się od dawna i właśnie taka technika wypowiedzi do mnie dociera i jest adekwatna. Tutaj pewnie zaraz ktoś się odezwie, że to subiektywne, że profesorowie, historycy sztuki, krytycy wiedzą lepiej. Jednak masz rację. I mnie nie przekonuje ten rodzaj prowokacji, może to rzeczywiście żart, czarny humor. Nie mam na myśli technik malarskich, bo wiem, że ci ludzie się na tym znają, pewnie przeżywają to jakoś duchowo, łączą rękę z okiem, przenikają warstwy, rozpoznają sztukę i… No właśnie. I nic się nie dzieje. Pytanie brzmi, czy dzisiaj, gdy w Internecie możesz wyszperać wszystko, prawie tego dotknąć, ma jakieś znaczenie, że grupa ludzi według znanego sobie klucza wybiera obrazy i próbuje kreować to, co jest dla niej istotne? A może oni są zwyczajnie oderwani od rzeczywistości, jak wiele państwowych instytucji, i nie widzą tego, co się dzieje na świecie, nie dostrzegają, że ludzie zainteresowani sztuką mają wrażenie, jakby niektóre konkursy promowały przeciętność.

KT: Nie przekreślam umiejętności laureatów, w końcu te obrazy nie wzięły się znikąd, ktoś je stworzył, a zatem była i potrzeba twórcza. Tylko – jak wiadomo – potrzeba i umiejętność sprostania jej to dwie różne sprawy – parafrazując Hausera. Dzieło sztuki to nie tylko forma, ale też kontekst, przekaz. Tu niby wszystko jest, a jednak nie uruchamia mojej wyobraźni, nie pobudza wrażliwości, a tak dzieło sztuki powinno działać. Uwierz mi, starałam się zrozumieć te obrazy, zawsze się staram, usiłowałam patrzeć nieszablonowo, nie powielać schematów interpretacyjnych, ale nie drgnęło. No, może przy Kokosińskim. Dlatego moja odpowiedź brzmi: tak, ma to znaczenie, bo nawet przy niemal nieograniczonych możliwościach, jakie daje Internet, stawianie takich prac i twórców na swego rodzaju piedestał tworzy złe wzorce, umacnia stereotyp sztuki współczesnej jako hermetycznej, niezrozumiałej, zbyt trudnej dla „zwykłego odbiorcy”. To rzuca złe światło także na postać artysty. Tymczasem przekonanie, że odbiorca jest zbędny, ślepy, ograniczony i pozbawiony wrażliwości, to złudzenie. Gdy tak o tym wszystkim myślę, wciąż mam gdzieś z tyłu głowy słowa Bacona:, „Malarstwo zostało wyzwolone, nikt jednak nie wie, co z tą wolnością zrobić”.

MP: Zgadzam się, niektórzy nie potrafią czerpać z wolności. Na chwilę zostawmy ten obszar kultury i sztuki. Tak się przyglądam życiu, nam… Pamiętasz swoje lekcje plastyki ze szkoły?

KT: Szczerze? Niewiele pamiętam, bo nie przepadałam za nimi, nie znosiłam malowania zimowych pejzaży pastą do zębów, do szału doprowadzały mnie plakatówki, których kolory po wyschnięciu traciły intensywność, cienkie kartki bloku pomarszczonego od farbek. Zazwyczaj nie miałam potrzebnych materiałów, nie oddawałam prac na czas, ale… Pamiętam bardzo dobrze lekcję plastyki, gdy mieliśmy namalować pejzaż impresjonistyczny i tak się złożyło, że akurat za oknem był doskonały widok – delikatna mgła, ledwie widoczne słońce, subtelne barwy nieba – więc po prostu go namalowałam, a moja nauczycielka wpadła w zachwyt. Od tamtej pory zawsze podkreślała, że mam niesamowity talent, moje prace stawiała za przykład innym. Jednak mój zapał bardzo szybko opadł, bo mimo ogromnej sympatii do nauczycielki nie mogłam zdzierżyć tematyki prac.

MP: No proszę, u mnie lekcje plastyki wyglądały inaczej. Uczyliśmy się teorii, miałam specjalny zeszyt z pojęciami plastycznymi, musiałam umieć scharakteryzować każdy kierunek w sztuce, podać przykłady dzieł, konkretnych ludzi, umieć zabierać głos w dyskusji. Interesować się i umieć odnieść do teraźniejszości. Nigdy nie zapomnę, jak musiałam przygotować gazetkę szkolną na temat kubizmu, a nie było wtedy Internetu, jedynie szkolna biblioteka. Zdecydowanie wolałam zajęcia praktyczne, z powodzeniem wygrywałam konkursy, ale moja mama nie zgodziła się na egzaminy do liceum plastycznego. Dzisiaj myślę, że dobrze się stało… Zastanawiam się, co ukształtowało ciebie. Co wciągnęło cię w świat sztuki? A może lepiej zapytać – kto?

KT: U mnie tak wyglądały zajęcia z WOK-u, już w liceum i bez praktyki. Wiesz, to jest w sumie trudne pytanie… Każdy zazwyczaj odpowiada, że rysował i malował, odkąd pamięta, ze mną też tak było, ale ja nie widziałam w tym dziecinnym rysowaniu nic szczególnego. Interesowało mnie mnóstwo rzeczy, do teraz tak jest, ale sztuka zajmowała jakieś istotne, nie do końca wówczas zrozumiałe dla mnie miejsce w życiu. Zatem powiem inaczej – odkąd pamiętam, podążałam własnymi drogami, szukałam, odnajdywałam, gubiłam, traciłam, i tak w kółko. Pomimo ciągłego poczucia samotności tak naprawdę nigdy nie byłam sama, bo zawsze w parze ze sztuką. Jej magia pozwalała mi przetrwać w świecie, który wydawał się obcy, nieobliczalny, ale też pełen piękna.

MP: W średniej szkole nie miałam plastyki, jedynie rysunek techniczny, to mnie chyba nauczyło dyscypliny. Wracając do piękna… Dla poszerzenia mojego słownika zapytam: czym jest dla ciebie piękno? Chodzi mi również o źródło, mechanizmy, jakie w tobie uruchamia. Co potrafi w tobie wykluczyć sprzeciw? Mam na myśli sprawy najważniejsze, pierwsze.

KT: Według mnie piękno wiąże się z transcendencją, pobudza, uwrażliwia, wykracza poza ramy codzienności, rozsadza je w zachwycie, odurzając nas sobą. Zetknięcie się z pięknym obrazem, rzeźbą, wierszem, książką, zdjęciem, filmem czy muzyką wprowadza mnie w stan niemalże transu. Ale to nie dotyczy wyłącznie sztuki, podobnie dzieje się w obcowaniu z naturą, z wyjątkowym dla nas człowiekiem – piękno przenika umysł, ciało, odmienia i wzbogaca… Oczywiście wiadomo, że wzrok ludzki lubi to, co harmonijne, proporcjonalne, uniwersalnie, że piękne jest podobno to, co młode i zdrowe. Cóż, dla mnie to jednak powierzchowne podejście. Właściwie zastanawiam się teraz, co jest dla mnie brzydkie?

MP: Więc co jest brzydkie?

KT: Umberto Eco i jego „Historia brzydoty”, tylko że prawie wszystko mnie tam zachwyca. Brzydkie są twarze zakłamanych, sfrustrowanych, chciwych i zazdrosnych ludzi. Sztuczność i próżność jest brzydka, nachalną brzydotą reklam oklejone są miasta, każde centrum handlowe to dla mnie przykład brzydoty.

MP: Uzmysłowiłaś mi, że brzydota reklam mnie omija. Tu gdzie mieszkam, nie ma tej nachalnej sztuczności. Wracając w obszar sztuki – rozumiem, że jest dla ciebie ważna. Chodzisz na wystawy, koncerty? Spotykasz się z ludźmi? Rozmawiasz o przeżyciach, o wszystkim, co cię dotyka?


KT: Zazdroszczę ci braku reklam. A zatem widzisz ciekawy budynek, a na tym budynku płachtę przedstawiającą wyretuszowane modelki, modeli, twarze z rozchylonymi ustami usiłujące namówić cię na zakup czegoś. Później te twarze ci się śnią. Już nie wspomnę o graficznych cudach, jak na przykład doklejanie kobiety w bieliźnie do reklamy auta. Albo te „piękne i młode”, olbrzymie twarze celebrytów, aktorów, aktorek reklamujących jakąś sieć telefonów komórkowych, o zgrozo! Pytałaś wcześniej, co wywołuje mój sprzeciw – właśnie tego rodzaju rzeczy. Oraz telewizja, polityka, promowanie przez portale plotkarskie osób, które mają do zaoferowania jedynie pozory i własną głupotę. À propos pozorów, jeśli chodzi o wystawy i koncerty, wydawać by się mogło, że to właśnie jest remedium na nachalność mass mediów, a jednak salonowe pitu-pitu skutecznie mnie zniechęca do bywania, choć wiem, że to właśnie realny kontakt z dziełem jest najważniejszy. Unikam większych skupisk ludzi, coraz częściej rozmowę o tym, co mnie dotyka, co przeżywam, zastępuje mi patrzenie na obrazy. Chociaż uwielbiam rozmawiać, spotykać się z ludźmi, jednak zdecydowanie wolę ich brak niż nadmiar.

MP: Wiesz, też lubię ludzi, spotykać się z nimi, poznawać, filozofować, a jednak uciekam od nich i – podobnie jak ty – unikam skupisk. Towarzyskich powiązań. Mam wrażenie, że coś tracę, kiedy tak siedzę w tłumie i nic do mnie nie dociera, że te wszystkie uśmiechy, gadki są bezużyteczne. To jest taki czas, że wolę pisać o obrazach, o tym, co widzę, czytam, przeżywam. O mojej obsesji związanej z głodem, emigracją. O estetyce słów, wewnętrznej strukturze torfu. To mnie bardziej zajmuje niż jałowe dyskusje o skuteczności częstych spotkań z czytelnikami i „pokazywaniu się” na festiwalach. Ostatnio zagadują mnie znajomi. A przyjedź, poznasz tego znanego poetę, poznasz tego wybitnego pisarza, poznasz tych wszystkich znanych i zajebistych ludzi. I nawet przez chwilę mam na to ochotę, ale zaczynam czytać o Klee, oglądam sztuki Becketta i czuję, jak cofam się w siebie, pomijam możliwości wyjścia do innych. Siadam w niezwykle wygodnym fotelu przy biurku, które samo w sobie jest niezłą sztuką, patrzę na twoje obrazy, na ceramikę Baśki Trzybulskiej, na kostki torfu, na muszle, nosorożce i zatapiam się w tym, co mnie tworzy i scala. I kiedy mogłabym polecieć i spotkać się, może nawet coś osiągnąć, przyjrzeć się wybitnym jednostkom, pakuję termos z kawą i jadę na Mullaghmore. Wyobrażam sobie świat ludzi kiedyś tam żyjących, zgaduję, jak myśleli, co ich ukształtowało, dlaczego byli niezależni i kochali ponad życie to konkretne miejsce. Myślisz, że mam prawo pisać o sztuce? Podejmować dyskusje, chociaż unikam tego całego blichtru, znajomości i układów?

KT: Bardzo często zadaję sobie to pytanie. Potem zazwyczaj sięgam po jakąś książkę, wychodzę na spacer, rysuję, oglądam czyjeś obrazy i nagle wszelkie wątpliwości odpływają. Przez wiele lat pozwalałam na to, by ludzie mnie kształtowali, zamykali w jakichś schematach, wykorzystywali moją empatię i naiwność, i choć zazwyczaj kończyło się to rozczarowaniem obu stron, dalej wikłałam się w jakieś dziwne relacje, a potem uciekałam i były żale, pretensje, poczucie odrzucenia, zlekceważenia… A ja czułam się wyczerpana i coraz bardziej wycofana. Zapytasz, ile to ma wspólnego z wystawami, imprezami kulturalnymi? Chyba tyle, że nie chcę nikomu niczego udowadniać i nie chcę się dostosowywać do czegoś, co mi nie pasuje. Dlatego zawsze cenne są dla mnie rozmowy z tobą, bo jako jedna z niewielu respektowałaś moją potrzebę przestrzeni, ciszy, milczenia. I na odwrót. Gdy czytam twoje wiersze, zawsze słyszę oceaniczny szum, zapach wiatru, stykam się z różnorodnością piękna. Z wolnością i miłością. W tym roku dotarło do mnie, że to sztuka, zwierzęta, natura zawsze były w moim życiu tak naprawdę obecne, mogłam nie mieć z kim się spotkać, porozmawiać, ale zawsze miałam pod ręką książkę, ołówek, długopis albo obraz, no i kota. To artyści nauczyli mnie patrzeć, rozumieć, dostrzegać, ale też sprzeciwiać się, wyznaczać swoje granice. Najtrudniejsze momenty mojego życia dzieliłam z Schielem, Baconem, Beckmannem, Soutinem, van Goghiem, Dostojewskim, Millerem, Anaïs Nin czy Artaudem i wieloma innymi, nie z żywymi ludźmi, i w momencie gdy to sobie uświadomiłam, poczułam się niezależna. Paradoksalnie – im mniej skupiam się na ludziach, tym więcej jestem w stanie im dać. Dzielę się moimi fascynacjami, opowiadam o nich, rozmawiam, bo one mnie stwarzają, scalają. Mam też swoje obłędy, obsesje, lęki… Jeśli komuś to nie przeszkadza i mimo wszystko chce mnie poznać bliżej – proszę bardzo. Ale nic na siłę i bez wrzucania do szuflady z etykietą „wariatka”, bez lepienia mnie na swoją modłę. Ktoś ostatnio mi powiedział, że powinnam urodzić się sto lat temu. Nie zgadzam się z tym, świat jest różnorodny, nie każdy musi dostosowywać się do bywania tu i tam, uśmiechania się wbrew sobie, klepania po plecach, by coś osiągnąć. Oczywiście nie mówię, że zawsze tak jest. Jednak mam poczucie, że życie samo w sobie jest na tyle skomplikowane, że nie warto sobie dokładać jeszcze więcej, by coś udowodnić. Akceptuję to, że ktoś żyje inaczej niż ja, staram się nie oceniać, nie postrzegać przez gotowe szablony, nie narzucać, ale bywa ciężko, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej, jak masz żyć, jak tworzyć, kim być...

MP: Dochodzimy tutaj do kwestii uczciwości. Nastały takie czasy, że łatwo zaobserwować, kto jest kim i jakie ma poglądy. Wystarczy zerknąć do mediów społecznościowych. Chwiejne postawy, artystyczna buta wyłaniająca się z różnych środowisk. Jakieś gierki, opowieści umocowane w taki sposób, by dostosować się do aktualnych wymogów, niekoniecznie zgodnych z naszymi przekonaniami. Cały ten wrzask nie pokrywa się z tym, co tworzą najróżniejsi artyści. Czy nie masz jednak wrażenia, że jesteś w złym miejscu? Obserwuję grupę kontestatorską Sztuczne Fiołki. Świetnie komentują niektóre działania w przestrzeni publicznej, obszernie i dobitnie zwracają uwagę na funkcjonowanie nie tylko władzy, ale wielu środowisk, które same uważają się za opiniotwórcze. Wielu ludzi sprzeciwia się dyktatowi nowej władzy, jednak – co mnie uderzyło – wielu artystów, przez to, że sponsorami ich działań są instytucje państwowe, dostosowuje się do oczekiwań, by w ogóle istnieć. Są wszędzie, na każdym festiwalu, wernisażu, byle o nich mówiono. Widać, że ich działania są zdawkowe, nastawione na zdobycie grantu. Robią wiele, byle o nich pisano, niekoniecznie dobrze. W międzyczasie powstają jakieś nowe miejsca, ludzie rozłażą się i lansują. Przyznam, że mnie się odechciewa służyć sztuce, kiedy dostaję e-mail od wydawcy, któremu zależy na recenzjach i bez ceregieli zadaje pytanie, ile kosztuje recenzja. A kiedy odpisuję, że recenzenci sami dobierają sobie lektury, obraża się, pęcznieje i wymyśla niestworzone historie o nas, zespole redagującym pismo. Ci ludzie bez kręgosłupa moralnego wydają się tacy karykaturalni. Oczywiście łatwo jest mi tak pisać, bo jestem niezależna i nie muszę się wkradać w niczyje łaski. Przyznaj, miewamy obrzydliwych znajomych.

KT: To prawda, niektórzy ludzie bywają obrzydliwi, dlatego najważniejsi są nasi bliscy, choć bądźmy szczere – oni też niewiele różnią się od innych, jednak dbanie o nich i, mimo wszystko, o siebie, sprawia, że mocniej dostrzegasz hipokryzję czy wszelkiego rodzaju manipulacje na zewnątrz. Wiesz, nikt nie jest idealny, każdy ma prawo do błędu, zapomnienia się, złamania, zgubienia… Jednak w tym wszystkim jest taki zupełny brak klasy, charakteru, godności. Z drugiej strony jakaś bierność, obojętność, uśmiechy. Artysta nie powinien być takim kameleonem bez charakteru, ale mieć osobowość. Przecież dlatego tworzy, by coś przekazać, coś zmienić, ale jeśli między tym wszystkim widać coraz większy dysonans, to twórczość też niestety traci. Uważam, że wszelkie dziwne zachowania biorą się z jakichś deficytów. Dlatego nie oceniam, jednak czerwona lampka mi się zapala, gdy ktoś po prostu krzywdzi, niszczy, pogrywa, sieje nienawiść. Wtedy moja akceptacja się kończy. Zawsze byłam strasznie wyczulona na wszelkiego rodzaju manipulacje, podprogowe przekazy mające mnie w jakiś sposób do czegoś przekonać, zmusić, ograniczyć. Ale czy nastały takie czasy? Mam wrażenie, że to, co dzieje się teraz, jest eskalacją wszystkiego, co wcześniej było zamiatane pod dywan. Obserwuję to z przerażeniem. Nagle karykaturalne, a w istocie bardzo realistyczne, obrazy Dixa, Grosza okazują się tak boleśnie aktualne, że mam ochotę zamilknąć, ale walczę z dopadającą mnie bezsilnością. Nie można się poddać, zamykanie oczu, odwracanie głowy to ciche przyzwalanie na zło.

MP: Bywają obrzydliwi przy stole, puszczają bąki, ale wiem, że zawsze mogę na nich liczyć, z nich czerpać i że znakomicie się rozumiemy. Tak jest z nami. Chociaż nie znamy się długo, jednak odnoszę wrażenie, jakbyśmy były na swoich miejscach od zawsze. I mimo że różni ludzie przy nas majstrowali, rozumiemy się jeszcze lepiej i czasami bez słów, bez oczekiwań, zbędnych rekwizytów. Wracając do tworzenia. Obrazy zazwyczaj potrzebują zagospodarowania przestrzeni. Tworzysz w sobie narrację, meblujesz świat, przechodzisz wszystkie stany. Przeglądasz się w oczach innych, w odbiciach… Czy nie masz wrażenia, że każdy obraz jest zbiorem pewnych nawyków? Dookreślone, dorysowane światłem ciała, ostentacyjne spojrzenia, pożądanie… Jaki jest Twój emocjonalny stosunek do tej intensywności, którą mnie uwiodłaś?

KT: Wiadomo – kaskaderka emocjonalna. A tak na poważnie – myślę, że ta intensywność to rezultat zaangażowania, wrażliwości, wyobraźni, no i temperamentu. A także odwagi i szczerości wobec siebie. Zdarza się, że jestem autentycznie przerażona i zawstydzona tym, co wyłazi mi spod pędzla, jednak brnę dalej – lęk i pożądanie to dla mnie fundamenty. Gdy maluję, wydaje mi się, że nie myślę, co jest bzdurą, bo mój umysł, ciało są w stanie najwyższego wysiłku. Jednak czuję się zupełnie oderwana od rzeczywistości, odurzona swoją wizją, być może dlatego, że wciąż staram się polegać na intuicji, impulsach, uczuciach, myślach, pragnieniach. Każdy obraz, rysunek jest zapisem czegoś, kawałkiem mnie, metaforą życia – człowieka, kobiety, która zdecydowała się żyć inaczej: poza schematami, stereotypami, pełnią, jednak na uboczu i trochę w cieniu tajemnic. Dlatego nie potrafię pisać i malować jednocześnie, albo malować kilku obrazów na raz. Choć zdarzają mi się takie przypływy, są jednak wyczerpujące. Po nich doświadczam w sobie pustyni, którą muszę napoić doznaniami i refleksjami. Co do nawyków – oczywiście, i właśnie mi to uzmysłowiłaś. Gehenna twórcza, którą przeżywałam w ostatnim roku, wynikała właśnie z tego, że starałam się te nawyki zmienić. Było to straszne i nie miało nic wspólnego z odurzeniem, o którym wspominałam wcześniej. Większość obrazów z tego okresu bez najmniejszego sentymentu zamalowałam, zostawiłam jedynie rysunki, ale rysunek to inna opowieść… Wydaje mi się, że gdy twórca nie stara się zmieniać, pracować nad nawykami, popada w powielanie samego siebie i nawet jeżeli warsztatowo jest fenomenalny, mnie taka wtórność nieco mierzi, zwyczajnie nudzi. Myślę sobie: O! Ktoś znalazł patent na siebie, własne emocje i tworzy, jakby podstawiał pod wzór matematyczny. Jednak razi to chyba nielicznych, więc zazwyczaj ganię się za takie malkontenctwo. W sumie dla siebie też jestem okropna i krytyczna, więc wszystko się jakoś wyrównuje. Harmonia sprzeczności to podstawa.

Małgorzata Południak: Harmonia sprzeczności to podstawa - jak mam to rozumieć? Na blogu w komentarzach napisałam, że bez szumu nie ma sztuki. Problem pojawia się w innym miejscu, w tym parciu na szkło. Odnoszę wrażenie, że większość ludzi chciałaby przyspieszyć, nie rozumiejąc, że światło, o które się starają, jest zbyt jaskrawe. Nisza nigdy nie była w mainstreamie. Zostawiamy coś po sobie i to powinno być ważniejsze, dbanie o szczegół. Dbanie o wygodne buty i interesujące otoczenie. Myślisz, że ta gonitwa za laurami jest jedynym celem czy częścią kreowania wizerunku?

Katarzyna Tchórz: Poniekąd odpowiedziałaś na swoje pytanie. No cóż, nie ma się co oszukiwać, każdy artysta jest trochę narcyzem i ekshibicjonistą, potrzebuje zainteresowania sobą i swoją twórczością. Oczywiście twórca może być przy tym wycofany, skromny, unikać kontaktu z odbiorcami, nie znosić pochwał itp., ale mimo wszystko, publikując dzieła, wystawia je na ocenę, podobnie jak samego siebie. W końcu sztuka to język. Dlatego, gdy spotykam się z postawą „tworzę dla samego siebie” kogoś, kto jednocześnie prace gdzieś pokazuje, trochę chcę mi się śmiać, bo to kiepska kokieteria, mająca na celu obronę przed ewentualną krytyką. Inna, a zarazem kluczowa kwestia, którą poruszyłaś, to „parcie na szkło”. Odpowiem wprost - nie znoszę gonitwy za laurami, megalomanii, blichtru, kreowania się na kogoś, kim się nie jest, bycia wszędzie itp. Zdaję sobie sprawę, że kultura współczesna jest narcystyczna. Media, portale społecznościowe sprzyjają, a wręcz zachęcają do takich postaw. Spotkałam się z opinią pewnej malarki, że „autopromocja jest wyczerpująca, ale absolutnie konieczna”. W porządku, tylko zastanawiam się, gdzie leży granica pomiędzy promowaniem siebie a wyskakiwaniem z każdej galerii, kawiarni, książki czy przysłowiowej lodówki?

Słusznie zauważyłaś, że kryje się w tym jakaś chęć przyspieszenia. Tylko czego? Sławy? Sukcesu? Cały ten mechanizm jest dla mnie trochę taką narkotyczną grą pozorów uzależniającą od innych i psującą sztukę. Zauważ - gdy ktoś wpada w tę grę, jest wciąż złakniony uwagi, aplauzu, a jednocześnie coraz bardziej wtórny. Istnieje ogromna różnica między pokazywaniem swojej twórczości, próbą zaintrygowania sobą a gonitwą za poklaskiem.

Dlatego trzeba trochę tego narcyza i ekshibicjonistę w sobie temperować. To są między innymi te sprzeczności, które miałam na myśli - potrzeba dowartościowania, sukcesu, szczęścia i jednocześnie strach przed krytyką, niezrozumieniem, brakiem akceptacji, porażką. Pomiędzy tym powinna być równowaga, wbrew pozorom jest ona pełna energii, zgiełku, co sprzyja tworzeniu, poszukiwaniu, odczuwaniu wciąż na nowo. Nie ma nic gorszego od rozdmuchanego jak balon ego albo zgorzkniałego i sfrustrowanego człowieka, obie dobrze wiemy, jak jedno i drugie pochłania, niszczy.

M.P.: Równowaga. Wydaje mi się, że artyści się zmieniają, tak jak zmienia się język. Kiedyś malarz współistniał w swoim dziele. Nie gnał i nie dążył do tego, by jego obrazy zawisły na każdej ścianie kawiarni. Zamykał się w warsztacie i poświęcał sztuce. Teraz w warsztacie zamyka się doraźnie. Częściej pracuje gdzieś na pół etatu. I chyba zapomniał, że aby być artystą, nie może być barmanem. Promuje się na Facebooku, ale często nie zauważa, że jest przeciętny. Pokazuje kilkanaście szkiców i liczy lajki. Nie chodzi do teatru, bo nuda, pisma o kulturze kolekcjonuje, ale ich nie czyta. Kultura odgrywa dla niego trzeciorzędną rolę, bo w zasadzie to maluje dla siebie. W tym momencie mam ochotę powiedzieć, że jak dla siebie, to dla nikogo. Wytwarza pustkę. Staje się snobistycznym typem, ale jest lubiany. Czyli co? To wystarczy by być na topie?

K.T.: Czas, miejsce, epoka, w jakiej żyje człowiek, determinują jego zachowania, a niekiedy na nim pewne zachowania wymuszają. Zauważ, że nasz język stał się bardzo graficzny - porozumiewamy się emotikonami, zdjęciami, GIF-ami lajkami, cytatami, kliszami itp. Oczywiście wynika to z „braku czasu”, a przede wszystkim z lenistwa, wygody, atomizacji, powierzchowności, które zdominowały współczesną kulturę. To samo dotyczy artystów i sztuki, jaką tworzą, jaką sami się inspirują. Oczywiście każdy jest inny i na szczęście istnieją wyjątki, które nie chcą podporządkowywać się temu bywaniu gdzie popadnie, byle tylko się wypromować. W autopromocji nie ma niczego złego, ale złe jest kierowanie się tylko własnym ego - wciąż złaknionym uwagi - i zamykanie oczu na całą resztę. Często mam poczucie, jakbyśmy zapomnieli o tym, że wszelka twórczość, oprócz tego, że jest czymś przyjemnym, ekscytującym i bywa odskocznią, wymaga przede wszystkim ciężkiej pracy i poświęcenia. Natomiast dzisiejsze środki przekazu umożliwiają prawie każdemu bycie artystą - przy minimalnym wysiłku. I to jest najgorsze, bo wtedy człowiek nie chce się rozwijać, nie chce czegoś przekazać, jedynie pragnie pokazać siebie, a na dodatek - nie możesz go skrytykować, bo jest przecież pasjonatem, hobbystą, więc jego twory nie muszą być doskonałe. To tylko jeden z wielu sposobów pójścia na łatwiznę. Być może jestem kategoryczna, sroga, ale może dlatego, że wiele wymagam również od siebie. I zawsze jest dla mnie najpierw dzieło, później człowiek. Nie ma reguły, mogę kogoś lubić, ale jego twórczości już nie, i na odwrót. Nie zależy mi, żeby było miło i przyjemnie za wszelką cenę, ale żeby było wiarygodnie.

M.P.: Czuję podobnie. Cenię ludzi za to, kim są, chociaż niekoniecznie lubię ich twórczość, ale to chyba naturalne. Z tymi nieznośnymi się nie dogaduję, może dlatego, że nie mam łatwego charakteru, bo najważniejsza dla mnie jest jednak szczerość i wiarygodność w tym, co się robi. Dlatego tych nieznośnych czytam przed snem. Ostatnio oglądam rozczulające sceny. Bywają niepokorne, ale jest marzec, przeskoczyłam jakiś etap. Czuję w sobie łagodność. Czy też tak masz, że wiosną, po zimowych dramatycznych zrywach masz potrzebę świeżości, czegoś naturalnego, nowego?

K.T.: Zawsze mam potrzebę naturalności. Zimą więcej śnię, medytuję, zamykam się, by magazynować, przetwarzać, aby tworzyć. Wiosna jest dla mnie zmysłowa i dzika. Zmienność aury za oknem, mocniejsze słońce, soczystość zieleni, pąki kwiatów działają pobudzająco. Ważne jest dla mnie, aby podążać z rytmem natury. To jest tak jak ze słuchaniem własnego ciała. Nasz umysł może dostroić się do pewnych sytuacji, drugiego człowieka, ale ciało nigdy nie kłamie. To lekceważenie pór przyrody, wymuszanie na człowieku, aby był zawsze piękny, atrakcyjny, zadbany, pełen życia, a z drugiej strony wrzucanie do worka z napisem „depresja”, „anhedonia” tych, którzy tacy nie są, stanowi syndrom naszych czasów. Jaki to ma dla mnie związek ze sztuką? Ano taki, że twórczość jest również realizacją potrzeby wypływającą z naszych trzewi, czymś naturalnym, ale i magicznym. Ściślej mówiąc - powinna taka być. Powinna być odbiciem naszego życia, lustrem i maską ukazującą to, co ukryte. Gdy człowiek sam siebie oszukuje, skupia się tylko na tym, co na zewnątrz, nie będzie odczuwał potrzeby z obcowania ze sztuką mającą coś do przekazania, powiesi sobie w salonie gigantyczną abstrakcję, która będzie służyła jedynie jako element dekoracyjny. Owszem, taką funkcję sztuka także pełni, ale nie tylko. Gdy widzę, jak jakiś artysta zachwyca się dziełem, a nie ma pojęcia, o co w nim chodzi, to niestety śmiem twierdzić, że on także nie ma pojęcia, o co chodzi w jego własnych tworach. Nie lubię ignorancji i obnoszenia się z nią, jakby była czymś „fajnym”. Nie chodzi o to, żeby każde dzieło sztuki analizować centymetr po centymetrze, ale czasem wsłuchać się w nie, skonfrontować je ze sobą i swoją twórczością - dlaczego mi się podoba, dlaczego mnie drażni, niepokoi, pociąga itp. Widzę pęd, zarówno w tworzeniu, jak i odbiorze. W każdej dziedzinie życia: im więcej i szybciej, tym lepiej, a to totalna bzdura. Natura działa swoim własnym rytmem - im więcej naszej ingerencji, tym więcej zaburzeń tego rytmu, to samo dzieje się z człowiekiem. I zadaniem artysty jest przywracanie tego ukrytego porządku. Obnażanie kłamstw, hipokryzji, ale też oczarowywanie swoimi tworami, mówienie poprzez własną twórczość w taki sposób, by dzieło nie było kolejnym miłym dla oka elementem, o którym za chwilę zapomnimy, ale czymś, co w nas zostanie, co nas może zmienić. To nie zawsze musi się udać, ale warto do tego dążyć, zamiast być kolejnym epigonem - wesołym ignorantem. Dlatego uważam, że każdy może tworzyć, ale tylko nieliczni mogą być artystami.

Małgorzata Południak: Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy, opowiadałaś o stresie. Namalowałaś dla kogoś obraz i szłaś na spotkanie. Na ile kontakt z innymi ludźmi jest dla ciebie trudny i z czym się wiąże? Czy takie sytuacje bywają inspirujące? Na przykład wracasz do domu i, żeby odreagować, zamalowujesz płótno? Czy może jednak upraszczam i jest to jakiś sposób na wyzwolenie?

Katarzyna Tchórz: Zupełnie inaczej sprzedaje się obraz komuś nieznanemu, jeszcze inaczej komuś bliskiemu, a już obraz na zamówienie dla kogoś, kogo bardzo doceniasz i kto miał duży wpływ na ciebie… Idziesz na to spotkanie i nie masz pojęcia, czy to będzie rzeczowa wymiana zdań: „Tyle i tyle, dziękuję, miło było, do widzenia”, czy może zachowawcze targowanie się, a może jeszcze coś innego – miła rozmowa, sprzedaż, obopólnie miło, w ogóle inspirująco i z klasą. Jeśli o mnie chodzi, to pragnę w takich momentach mieć agenta, który załatwiałby to wszystko, a z drugiej strony, gdy przydarza mi się ta trzecia opcja, która miała miejsce właśnie ostatnio, jestem naprawdę szczęśliwa. Wtedy to nie jest bezosobowa i zimna transakcja, ale wymiana piękna, wrażliwości, a w tym wypadku także i zaufania. To są bardzo ważne i ekscytujące momenty. Mimo wszystko, a może właśnie dlatego, tak mnie stresują. Jadąc pociągiem na to ostatnie spotkanie, serdecznie ubolewałam, że nie jestem poetką. Myślałam sobie: „Każdy tomik ma taką samą cenę, chociaż na pewno stresujące jest czytanie”. Ale po chwili pomyślałam także: „Co tam, upijałabym się jak Bukowski i robiłabym z tego jedną wielką imprezę” [śmiech] Teraz jednak uważam, że to chyba wcale nie jest takie proste i przyjemne. Jak ty się czujesz, gdy masz czytać swoje wiersze przed publiką? Dbasz w myślach, by ludziom się podobało, czy jesteś tak przejęta, że nawet ich nie dostrzegasz, a może sprawia ci to po prostu ogromną przyjemność? Jak to jest?

M.P.: Czyli stresujemy się podobnie. Chociaż wcale tak nie powinno być. We mnie zawsze jest tyle emocji… Wojciech Kass powiedział mi ostatnio, że poezja jest solistyczna i coś w tym jest. Wolę mniejsze grono czytelników, najchętniej u mnie w domu. Idealna scenografia, twoje obrazy i ceramika Baśki Trzybulskiej, ale to tylko takie wymyślanie. Tak, powinnaś mieć agenta, to idealne rozwiązanie dla artysty, ale ty to wiesz. Nie lubię sprzedawać książek, oczywiście najbardziej chciałabym, aby wszyscy kupili tomiki u wydawcy. Jednak czytelnicy przywykli, że kupują egzemplarze na spotkaniach, wydawca przysyła książki do organizatorów, więc siłą rzeczy w jakiś sposób się w to wikłam. I wtedy czuję się okropnie, bo najchętniej rozdałabym nakład i po sprawie. Co do stresu, upijam się ostatnio jak Bukowski, jest relaks, serio, i impreza też jest. Oczywiście staram się czytać z dykcją i powoli. Jestem zbyt dzika i zawsze pewnie byłam, teraz jakoś tak mocniej to czuję. Przecież mieszkam pomiędzy pastwiskami z krowami a łąkami z końmi. I tak rzadko czytam publicznie… i za każdym razem sprawiam tym sobie przyjemność. Podobno w Cieszynie czytałam idealnie. Przełamuję lęki, rozkręcam się. Przecież jest we mnie tyle opowieści, anegdot, mogę nimi sypać jak z rękawa. Mogłabym opowiadać i opowiadać o ziemi, ludziach, których poznaję, spotykam. O obsesjach, świecie i zbiegach okoliczności. Ostatnio uczyłam się na pamięć tekstu, który napisałam o Karolinie Kułakowskiej na Port Poetycki w Chorzowie. Najpierw w autobusie do Dublina zagadałam się z osobą, która usiadła obok, chociaż autobus nie był nawet w połowie pełny, nie mogłam jej zlekceważyć, tutaj wszyscy się do siebie uśmiechają, są serdeczni, dlaczego miałabym być inna? Później, już na lotnisku, tyle się działo, że nawet nie miałam kiedy wyciągnąć kartki. W samolocie zagadywały mnie dzieci, czytałam im bajki. A kiedy już pojawiła się wolna chwila, wylądowaliśmy. I nawet pomyślałam, że opowiem to wszystko na scenie, ale stwierdziłam, już z mikrofonem przy ustach: „Kogo interesuje czytanie bajek w samolocie?!”. I co z tego, że słuchały nie tylko dzieci, a steward powiedział, że mam radiowy głos, no kogo to obchodzi, Kasiu?! Nie brakuje mi pewności siebie, w końcu śpiewałam w chórze i jestem zaprzyjaźniona ze sceną. Jednak głos w głowie podpowiada: odpuść. Może następnym razem nie zauważę lekceważącej mnie blondynki i powiem więcej. Niestety mam w sobie coś takiego, że przyglądam się ludziom ze sceny i kiedy widzę ich twarze, reakcje, otwieram się albo zamykam. Poza tym najlepiej czuję się w kameralnym gronie. Oczywiście wszystko sygnalizuje głowa, taki układ. A ty? Lubisz rozmawiać z ludźmi?! Mają na ciebie wpływ przypadkowe spotkania, rozmowy?!

K.T.: Czy lubię rozmawiać z ludźmi? Uwielbiam! Podobnie jak ty potrafię przegadać sporo czasu z kimś zupełnie obcym, mam mnóstwo tego rodzaju historii na koncie – przypadkowe osoby, wymiana myśli, wrażeń, uśmiechów, być może dlatego, że przypatruję się, obserwuję. Nie oceniam, jestem ciekawa – bo każdy człowiek to dla mnie opowieść. Pytasz o wpływ. Oczywiście, że mają. Ostatnia seria moich obrazów, Psychosis, zrodziła się w głowie właśnie z takich przypadkowych rozmów, spotkań, z kontaktu z ludźmi znajdującymi się w koszmarnych sytuacjach życiowych, z obrazu biedy, szaleństwa, bezradności, desperacji, na którą natykałam się i natykam nieustannie. Oczywiście to nie tak, że szukałam takich ludzi celowo, tak naprawdę to bardziej oni znajdują mnie niż ja ich. Ale mam też i tak, że nie chcę z nikim rozmawiać, że ludzie straszliwie mnie irytują , że wręcz ich nie znoszę całą sobą. W takich momentach te rozmowy są istną męczarnią, przytłaczają, denerwują, dobijają. Dostojewski pisał, że często ci, którzy obnoszą się z tym, że kochają całą ludzkość, nienawidzą jednostek, coś w tym jest. I w drugą stronę często ci oblegani przez tłumy są w gruncie rzeczy bardzo samotni. Myślę jednak, że kontakt, nawet ten zły, toksyczny jest konieczny, niezbędny dla twórcy, ty w swoich wierszach nie ograniczasz się tylko do jednostkowego przeżycia, prawda? Rozwijasz je też o doznania, obserwacje innych ludzi: tych najbliższych, dalszych, ale i tych przypadkowych. Tak mi się wydaje. A może się mylę?

M.P.: U mnie do tego, co opisałaś, dochodzą obsesje. Kiedy pisałam wiersze, które są w książce Czekając na Malinę, czytałam Malinę Ingeborg Bachmman. Powieść pochłonęła mnie, więc musiałam ją przeczytać jeszcze raz i jeszcze raz. Jak się w czymś zakochuję, to nie mogę swobodnie oddychać, wtedy odkrywam, zgłębiam, muszę mocniej i mocniej, przebrnąć i przerobić informacje. Więc wyszukiwałam wszystko, co dotyczy Ingeborg, czytałam jej listy do Celana, zrozumiałam, kim jest Malina i zafiksowałam się dość mocno. Temat nieobecności i przyglądanie się sobie, temu męskiemu pierwiastkowi, sile, która każdego dnia podrywała do życia. Tłumaczenie przed sobą tych zależności, szukanie siły. Byle nie ugrzęznąć na dobre. W tamtym czasie byłam dość mocno wycofana. I musiałam się od tego wygodnego uczucia oderwać, bo czułam, że przepadam, niknę. Dobrze się złożyło, bo postanowiłam emigrować, więc zmieniły się okoliczności. I macałam ten cały świat, poznawałam to, czego dobrze nie znałam. Oczywiście, co do ludzi, unikałam tych destrukcyjnych. Nauczyłam się szybko kończyć uciążliwe i toksyczne relacje. Zauważyłam, że im więcej czytam, tym więcej dostrzegam w ludziach ich fałszu, hipokryzji, ale poznałam również tych szczerych, niezwykłych, pięknych, z którymi do dzisiaj się przyjaźnię. Chyba i my się jakoś chwilę wcześniej poznałyśmy, więc wiesz, jak mocno przeżywam świat. Przyrodę. Przekładam to sobie, walczę. Nie odpuszczam. Pamiętasz naszą wystawę z nosorożcami w tle? Dzięki niej pojawili się artyści, którzy myślą podobnie, są członkami różnych organizacji walczących o przetrwanie nosorożców. Przekroczyłyśmy wtedy pewną granicę, bo człowiek, który się nie rozwija, traci, staje w miejscu. Myślę, że bez poznania nie ma nic. Kiedy rozcieram w palcach ziemię torfową, wiem, że wrócę do domu i muszę koniecznie zapisać towarzyszące temu uczucie. Patrzę na ocean, słucham, jak nuci, i czuję w sobie to pulsowanie, ten mocny związek, tak to działa. Ludzie dopytują się, jak tu jest. Więc opisuję chwile, miejsca, spotkania. Momenty, które mnie dotykają, a że zauważam detale, niewidoczne dla zwykłego smakosza stouta, to tam właśnie zaczyna się poezja. I coraz częściej czuję w sobie ziemię, to przywiązanie do zapachu. Tyle tu ważnych miejsc, kurhanów, kamieni, na których odbite są te niezwykle interesujące celtyckie historie. Tyle niuansów do odkrycia, ścieżek do przejścia. Idziesz za jednym pisarzem, spotykasz kolejnego, patrzysz na górę, na którą on patrzył, pijesz piwo i siedzisz na jego miejscu, uśmiechasz się do dziewczyny, którą on kochał… No i jak nie zapisywać tego wszystkiego?! Ta sama siła jest w tobie…

K.T.: Tak, Ingeborg była fascynująca, a Malina to dla mnie właśnie obsesyjne dzieło, genialne, dotykające trzewi. Twój tom Czekając na Malinę to także bardzo ważna dla mnie książka. Obsesje… W pewnym stopniu chyba każdy twórca jest z nich utkany, a może każdy człowiek, tak naprawdę? Ja też nie znoszę powierzchowności. Gdy kocham, robię coś, to całą sobą, dlatego nachodzą mnie okresy wyczerpania, których nie znoszę, bo czuję się wtedy niema i ślepa na wszystko, co mnie otacza. Samo myślenie o malowaniu mnie męczy, a zarazem dręczy, ale wiem, że nic na siłę, może kiedyś znajdę sposób, by tworzyć nieustannie, systematycznie, bezwzględnie. A ty, Gosiu, miewasz momenty zniechęcenia? Poczucie niemocy w pisaniu?

M.P.: Chyba mam podobne chwile. Siedzę i zastanawiam się wtedy nad sensem tego wszystkiego. Na co to i komu potrzebne. I kiedy słyszę tekst, że jeżeli prowadzę blog, to nie piszę wierszy, bo szanujący się poeta nie publikuje wierszy na blogu, to myślę sobie, a kto o tym decyduje i dlaczego?! Usłyszałam ostatnio wypowiedź, że poeci piszą wiersze dla innych poetów, że tak się rynek odbiorców zmienił, że spotkania z czytelnikami są jakąś niepotrzebną promocją siebie. Teraz liczą się tylko krytycy, wydawcy i znani poeci, którzy innych poetów promują. I wiesz, jeszcze bardziej mi się odechciało. Tych krytyków, poetów, błędnego koła, w którym się znaleźli. Bo moim zdaniem to ich wina, że weszliśmy w czas impasu w literaturze. Dla mnie zawsze czytelnik był wyzwaniem, a nie inny poeta, owszem, kiedy poeta jest czytelnikiem, to bardzo dobrze, miło, ale nie można opierać się na stwierdzeniu, że poezja to już rarytas tylko dla znawców. Więc robię swoje. Każdego dnia i bez względu na to, co mówią czy piszą inni. To nie są moje problemy. Dlatego tak mocno tęsknię za twoimi obrazami, potrzebuję takich bodźców wypływających ze sztuki. Przez to, że nie oglądam telewizji, nie czytam już wiadomości w Internecie, potrzebuję więcej malarstwa, muzyki, przyrody, oceanu, gór i spokoju, z dala od krzykliwych ludzi, od tego bzdurnego czasu, gdzie ignoranci opowiadają o tym, co powinniśmy, jak żyć, jak tworzyć, myśleć. Mam wrażenie, że historia zatacza koło i jesteśmy w tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym roku. Napalone jednostki biegają po uniwersytetach i prześladują Żydów, artystów, ludzi wolnych albo tych, którzy chcą pomagać innym. Obawiam się takich właśnie ludzi, którym coś przeskakuje w głowach i nagle przyglądasz się tym, których niby znasz, ale tak naprawdę nie wiesz, kim są. Tak, bywam zniechęcona. Dobrze, że jest witamina D3, łykam i za chwilę człowiek zapomina o wszystkim, co dusi... Myślałaś kiedyś o tym, żeby wyjechać? Czy potrzebujesz jednak tego całego zgiełku...

K.T.: Oczywiście, że co jakiś czas myślę o tym, żeby wyjechać, rzucić wszystko, ale czy naprawdę wtedy ucieknę od tego zgiełku? Od tego, co mnie dobija, boli? Myślę, że nie da się w pełni odciąć. Nie jesteśmy wolni i zawsze od kogoś lub czegoś zależni. Bo widzisz Małgosiu: mówimy, piszemy sobie, ucinamy pewne znajomości, nie rozmawiamy z tym albo tamtym, nie oglądamy TV, nie przejmujemy się, bo robimy swoje, bo i owszem – trzeba robić swoje! I ja także każdego dnia robię swoje. Jednak to wszystko, co ucinamy, czego unikamy, wcale wtedy nie znika. To jest i jątrzy się gdzieś wokół. Im więcej pytań sobie zadajesz, tym bardziej popadasz w zwątpienie. Myślę jednak, że bycie artystą, intelektualistą – pisarzem, malarzem, poetą, muzykiem, fotografem itd. – wymaga konfrontacji z rzeczywistością, zarówno z tym złym, jak i dobrym jej obliczem. Nawet artyści art brut, którzy zazwyczaj są marginalni, są „szaleńcami”, paradoksalnie pokazują, że to odcięcie się jest niemożliwe, że wolność musi być i może być tylko w tobie, ale nawet i ta wolność wcale nie oznacza rozpasania i ulgi, a mnóstwa wyrzeczeń tak naprawdę.

M.P.: I dochodzimy w tym miejscu do ulgi, więc może na dzisiaj zakończmy. Może następnym razem okoliczności przywiodą inne tematy. Powłóczymy się po zupełnie innych zakamarkach, zweryfikujemy doświadczenia. 
 
 
KATARZYNA TCHÓRZ - ur. 1986. Malarka, samouk, redaktorka działu plastycznego w sZAFie. W sztuce nie szuka ukojenia, ani idealnego piękna, a nasycenia intensywnością różnorakich emocji. Malarstwo pozwala jej na przeżywanie każdego doświadczenia po raz kolejny, ale w pełniejszym i głębszym wymiarze, staje się językiem do porozumienia ze światem i sobą. Wierna sobie i wciąż poszukująca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz