piątek, 16 marca 2018

Smoczy tryptyk

© Mirek Antoniewicz


Patrząc na obrazy, uciekam od zasłyszanych opinii, utartych ścieżek. Nie myślę wtedy o sztuce, jedynie o pięknie, które widzę i o podróży, w którą zabiera mnie twórca. Podróże i przyglądanie się zjawiskom jest czymś, co lubię robić najbardziej. Zjawiska przybierają różne formy w zależności od konwencji artystycznej, w jakiej powstawały i języka. Nie przyzwyczajam się do układu, systemów. Uciekam od pojęć, które wprowadzają krytycy. To często tylko estetyczne zbiory słów, które charakteryzują, ale też zamykają twórców w pewnych ramach. Reguły, jako przejrzysty system wartości, ukierunkowanie, mają ułatwiać nazywanie sztuki „po imieniu”. Tylko czy wtedy to jest rzeczywiście sztuka? Odczuwanie piękna jest jednak jakąś tajemnicą… Mimo że znam mechanizmy procesu powstawania dzieła, nie potrafię napisać o wszystkim wprost, bo czy wystarczy określić, omówić, scharakteryzować własne odczuwanie, by nadać czemuś, na co patrzymy, znaczenie? To jedynie odbicie myśli, pragnień i wiedzy, cząstka czegoś znaczącego.



Cykl obrazów Mirka Antoniewicza Gruboskórce i Nosorogi oraz Zielony Słoń trafił do mnie szczególnie. Nie tylko z powodu nosorożców, które wciąż mnie inspirują, ale również z powodu barw i kompozycji. Zieleń, błękity, brązy pełnią rolę elementów działających na zmysły. Kolor uwarunkowany światłem, temperaturą barw dodaje niezwykłego wrażenia, kiedy przyglądam się zwierzętom i detalom. Zmienność struktury i nierówność powierzchni oraz najróżniejsze malarskie możliwości artysty powodują, że mam dziwne wrażenie wibracji, jakiś drgań, jakby barwy rozszczepiały się i krążyły tuż nad płótnem. Rozpulchnienie koloru tworzy przyjemną tkankę. Zastanawiam się, czym inspirował się malarz, bo przecież poza farbą istnieje coś więcej we wszystkich tych warstwach i pociągnięciach pędzlem. Przyglądałam się, jak powstawał tryptyk z dziewczynką i waranem. Obrazy mają pewną właściwość – łączą się w kolorowym widmie, chociaż dziewczynka nie wie, co się czai za rogiem. Smocze dziecko jest jedyną osobą, która może zbliżyć się do tego gada z Komodo. Dziewczynka w słońcu, gad w cieniu, w czerni ustępu, w kącie, wyglądają tak, jakby zaraz mieli przełamać stereotyp. Zaufanie bierze się z łagodności, z neutralnej chwili, jaką stworzył artysta w nietypowej kompozycji. Za rogiem czai się zło. Obserwujemy jakąś aluzję, chociaż kolor dopełniający środkową część nie przełamuje schematu. Ściana zmienia się w sposób wyczuwalny i mam ochotę krzyczeć: zawróć, zawróć dziecko! Kontrast równoważy błękit, który przyciąga wyobraźnię i w wyjątkowy sposób tworzy atmosferę. Napięcie powstałe w świadomości odciska się dość mocno. Wciąż myślę o tryptyku Antoniewicza. Pojawia się zawsze, kiedy zbliżam się do jakiegoś zaułku i jest jakby ostrzeżeniem, rygorystycznym znakiem. Kształt plastyczny tych trzech obrazów po wewnętrznej stronie daje ogrom przyjemności wizualnych, pewną harmonię, a jednak szokuje, kiedy wiesz, co się stanie, kiedy dziewczyna przejdzie przyjemny dla oka dystans. Natężenie barw na powierzchni uruchamia wyobraźnię. Niebieski kolor tak silnie dzieli tych dwoje, że czuję – dziecko jest bezpieczne. Wszystko jest w porządku. Artysta zadbał o smoczą historię. Konwencja tej sceny, której nie można opowiedzieć jednoznacznie, mocno nasycona, chociaż w odrapanej oprawie ścian, w jakiś sposób powoduje, że siedzę spokojnie i karmię oczy temperaturą barw. Wyidealizowanym pięknem, które delikatnie narusza mój spokój, jednak również daje ukojenie. Mimo zasad, jakie rządzą w przyrodzie, artysta przełamuje ustaloną hierarchię. W tej dziedzinie on rządzi i nadaje kształt tematom, które porusza. Buduje własne zasady, tworząc obrazy zakorzenione w życiu. Mirek w całym cyklu pozostaje sobą – wymagający i cierpliwy. Jego przekonania bronią się same, chociaż kiedy dłużej się zastanawiam, opowieści odbite na płótnach nie zaślepiają, raczej wywołują nostalgię i chęć obejrzenia kontynuacji. Wyzwalają jakąś siłę.

Mirek Antoniewicz jest świetnym kolorystą. Ze świeżości jego obrazów wypływa nie tylko radość utrwalanych zwierząt, gatunków zagrożonych, które są pod niedostateczną ochroną. Wyobraźnia plastyczna scala twórczość artysty i dbałość o przyrodę. To pojednanie jest rodzajem manifestu, chociaż wciąż odnoszę wrażenie, że wszelkie tego typu działania Mirka nie są odpowiednio wspierane przez odbiorców. Biologiczność jego dzieł nie odbija się w przestrzeni publicznej, gdzie aktywiści wciąż swoje zaangażowanie zamykają w potrzebie pozyskiwania środków materialnych, bez zwracania uwagi na to, że edukacja dotycząca gatunków zagrożonych jest konieczna i przy współpracy z artystami mogliby propagować kwestie ochrony tych zwierząt.

Obawiam się, że w przyszłości ten cykl obrazów będzie pamiątką po zwierzętach, które unicestwił człowiek. Żałuję, że w Polsce tego typu wystawy nie nabierają odpowiedniego wydźwięku, chociaż zwierzęta osadzone w przewrotnych głębiach tła świadczą o ogromnej wrażliwości artysty, a podejmowane tematy wyrażają jego zainteresowania i pasje. 
Tekst ukazał się w 23 numerze eleWatora

6 komentarzy:

  1. Bardzo podoba mi się pomysł użycia sztuki do edukacji. Taki obraz porusza emocje, na każdym rogu. Pod powiekami mamy potem obrazy tego co trzeba chronić. Stale. Buziaki ślę

    OdpowiedzUsuń
  2. lubię
    Dziewczynka w słońcu, gad w cieniu, w czerni ustępu, w kącie, wyglądają tak, jakby zaraz mieli przełamać stereotyp.
    lubię TO zdanie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo emocjonalny obraz.
    Czuję, że to waran się boi. Ten ciemny zaułek to jego schronienie, a dziewczynka? Przełamie schemat i weźmie go na smycz, łańcuch? Wolałabym żeby przytuliła i ochronila.

    Twoje słowa są jak dobre lekarstwo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem Ci wdzięczna za to zdanie " Nie myślę wtedy o sztuce, jedynie o pięknie, które widzę i o podróży, w którą zabiera mnie twórca.". Jest mi ono bardzo bliskie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. te obrazy są przejmujące. kolorystycznie doskonałe.

    OdpowiedzUsuń