czwartek, 19 maja 2016

Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica



Tekst napisałam na konkurs dotyczący Nowej Rudy, który ogłosił Karol Maliszewski, jednak, kiedy zorientowałam się, że terminy są dla mnie niesprzyjające, zrezygnowałam z wysłania pliku. Poza tym w życiu wygrałam tylko jeden konkurs. W szkole podstawowej, a szczęście, to mam jedynie w grze w szachy i niech tak pozostanie. Inspiracją do napisania tekstu było zdjęcie okna w opuszczonym domu. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. 



Do okna przywołały ją niespełnione marzenia. Dźwięk, którego nie potrafi nazwać, powtórzyć tak, abyś mógł rozpoznać autora. Powinna odstawić kawę i miód. Przenieść się na obrzeża miasta, gdzie wielu z was przenosi się na starość, albo kiedy ma dość trzaskania drzwiami. Ci, których zna, trochę piszą, śpiewają, jurorują. Noszą dredy i nie wiedzą ile ma osobowości. Właściwie to nie chce tam mieszkać, zbliżać się i oddalać, jakby ludzie odbijali się albo krążyli po zewnętrznej zaściankowych myśli. Cały czas coś pisała, pomiędzy różnymi pomysłami wychodziła i szła przed siebie, pod górę. Przechodnie szeptali na jej widok, a ona uśmiechała się, jakby jej wielkoduszność odmieniała żywioły. 

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Przyjechałam do Nowej Rudy w lipcu 1988 roku. Jej mama miała czarne długie włosy. Nosiła proste spódnice i nieustępliwym głosem odczytywała regulamin kolonii. Apodyktyczność, z jaką zwracała się do mnie, sprawiała, że nie chciałam już tam być. Postanowiłam napisać list do domu, aby mnie natychmiast stamtąd zabrano. Zaciskałam pięści i puchłam do czerwoności, parskając co chwilę. Nie odpowiadałam na pytania, jakbym nie potrafiła sformułować najprostszego zdania. Dwa tygodnie. Dwa tygodnie z nadętą brunetką i jej córką. Oczywiście inne grupy miały uśmiechniętych wychowawców, którzy z entuzjazmem oprowadzali kolonistów po szkole. Dzieci zanosiły się od śmiechu, kipiały energią. My byłyśmy toporne i zamknięte w sobie. Ostatnie pod prysznicem, ostatnie na śniadaniu, ostatnie dla wszystkich. Jak na złość, dzieciaki zaczepiały mnie i dopytywały się, jak to jest mieszkać z dyrektorką kolonii i jej córką, co nas łączy i dlaczego wciąż chodzę z Lilką za rękę, nawet do toalety. W sumie niewiele ze sobą rozmawiałyśmy, ale w tym dusznym powietrzu było coś, co nas do siebie przyciągało. Jej opalona skóra, ukryte przed mamą papierosy i komiksy dla dorosłych. I fakt, że mogłyśmy ciut więcej od innych. List do rodziców ukryłam na dnie walizki. Właściwie to dwa tygodnie minęły nam na pieszych wycieczkach w góry, na wąchaniu świeżo ściętego drewna i zapisywaniu wierszyków na metalowej bramie szkoły. Wiedziałam, że będę tęsknić za jej twarzowym pieprzykiem i dojrzałym wyglądem. Pomyślałam, że nie było tak źle, i obiecałam Lilce: Za jakiś czas wrócę. 

Właściwie to nic się nie wydarzyło. Odbywałyśmy narady przy herbacie i przez większość czasu gapiłyśmy się w okna budynku naprzeciwko, gdzie drzwi były zabite deskami. Snułyśmy zabawne opowieści, kto tam mieszkał, z kim spał, jak przeciągał się w oknie. Ile miał kotów, butów i książek. Nie, to nie były zabawne historie. Lilka chciała wywoływać duchy, ale zostawiłyśmy to na później. Później okazało się, że dom został sprzedany. Pisywałyśmy do siebie listy – kartki w linię spryskiwałam perfumami mamy. Po jakimś czasie napisała, że do opuszczonego domu wprowadziła się rodzina z piątką dzieci. Trzech chłopców i dwie dziewczynki. Kupowałyśmy pocztówki i słałyśmy do siebie wdzięczne słówka, jedwabiste uśmiechy. Z miesiąca na miesiąc coraz rzadziej. Miałyśmy dla siebie zrozumienie. W domu założono telefon, więc każdego ranka i dzwoniłam do Nowej Rudy pod numer 46 28, łączyła mnie Grażyna z międzymiastowej, którą poznałam na spływie kajakowym. Grażyna łączyła nas za darmo, więc przegadywałyśmy z Lilką zajęcia z historii i w pierwszej klasie liceum plastycznego musiałam zostać na drugi rok. Mniejsza o strapienia. Nie mogłam już tak często dzwonić do Nowej Rudy, rodzice postanowili rozluźnić moje poczucie przynależności do tej noworudzianki. ­

Kiedy wyjechała na studia do Wrocławia, przestała pisać. Poznałam Paddy’ego, Lilka Piotra. Wyjechałam do Belfastu, ona wróciła do Nowej Rudy. Miała odsłonić szerszy dramat małej społeczności. Napisać książkę, odpowiedzieć na wszystkie pytania z młodości. Wychodzić na ulicę i polować na tych, co dręczą koty. A ja cóż... Bez przerwy odpowiadałam na pytania, jak to jest mieszkać w Belfaście. To mi trochę przypominało moment kolonijny, ten, w którym przewracałam oczami, kiedy trzymałam Lilkę za rękę i modliłam się, by uciec z krzyżowego ognia pytań. Uciec od wścibskich przeszywających spojrzeń i domysłów. 

Dlatego przenieśliśmy się do Republiki, żeby żyć w trochę zdrowszym świecie i – jak napisała Lilka w jednym z listów – by nie czuć się jak w celi. Żywopłot. Miękki, równo przycięty. Jeszcze zielony, ale bledszy, taki listopadowy. Co się zmieniło? Dostaję spam: Hiszpański w zasięgu ręki. Oczywiście nie mogą wiedzieć, że na angielskim siedzę pomiędzy Hiszpanem i Pakistańczykiem, że czasem utniemy sobie pogawędkę o początkach tutaj. O królu Carlosie, który już nie króluje, o tym, jak wypędził tysiące Hiszpanów na emigrację. A kto mnie wypędził? Wyjechałam z własnej woli. Dziwię się, oni się dziwią. Mark, Pakistańczyk, nie rozumie zamieszania w Polsce, bagna, haseł wznoszonych przez moich rodaków. 

Tłumaczę, że Polska to duży kraj, że ludzie są różni, że większość jednak słucha disco polo, jak muzułmanie swojego rapu. Coś ich zniża, ciągnie do radykalnego myślenia, coś tępego w głowie. Mark dobrze zna historię Polski, jego brat studiował w Poznaniu. Nie możemy dłużej rozmawiać, bo obok siedzi obrażona na wszystko i wszystkich Polka, która głosowała na Kukiza. Warczy na mnie, że rozmawiam z brudasami, że zakłócam jej rytm. Nie mogę na nią patrzeć, jak zwisają jej tłuste strąki czarnych włosów, nerwowo stuka długopisem o blat stołu. Świdruje oczami ścianę gdzieś obok, nie patrzy w oczy ludziom. Wzdycha i mamrocze pod nosem, kiedy mówię, że Polacy na emigracji nie powinni głosować w wyborach parlamentarnych w Polsce, a raczej angażować się w działania kraju, w którym mieszkają, gdzie płacą podatki i odkładają składki na fundusz emerytalny. Jej twarz pęcznieje i rumieni się za każdym razem, kiedy z Markiem wybuchamy śmiechem. Przeszkadzają jej wegetarianie, zaręczeni chłopcy, zielony, wilgotny dzień. Mieszka tu od dziesięciu lat i nie ma znajomych Irlandczyków, uważa, że są niemili i aroganccy. 

Dziwię się, bo spotykam się z niezwykłą życzliwością i przyjaźnią. Więc opowiadam o muzyce, wspólnym śpiewaniu. O sąsiedzie, który wymalował nasz płot, o zapachu drożdżowego ciasta w ramach rewanżu. O przyjemnościach, gdy wygrywamy mecz w rugby i świętujemy wspólnie Halloween. Wracam do domu. Na półce leżą kupony na wyścigi konne. Zaproszenie na aukcję dobroczynną. Urzędowe pisma do landlorda. Kilka zbutwiałych tomów poezji. Na ścianie wiszą reprodukcje Hoppera. Ogień migocze w stovie. Słyszę odgłos młynka do kawy, aromat, szum ekspresu. Doszukuję się w tym życiu cudowności, połączenia poglądów. Mówię językiem Yeatsa, językiem męża Konstancji Markiewicz. Niemniej cieszę się z tego spokoju, wolności i regularnych poranków. Brzęczenia drozdów, codziennego: How are you? 

Wszystko jest piękne. Lilka została znaną pisarką, ja utalentowaną marudą. Pomrukuję na szalonych kierowców, wyzywam ich od jełopów. I wciąż wracam do noworudzkich dni. Małomiasteczkowego krajobrazu, sezonowych dekoracji. Pozbawiona przesądów, trzymam pędzle w słoikach po fasoli. Farby pod schodami, razem z woskami i terpentyną. Otóż przypomniałam sobie opowieści Paddy’ego o urodzinach w obrządku anglikańskim, ale może o tym innym razem. W bajce o zakazanych słowach, powiedzonkach i balladach.



Zamknięci

Przedzieranie się przez warstwy piasku i żwiru do wody,
źródeł. Trwale wydzierganych liści. Trawią ich przesądy od patrzenia
na koty. Podobno istnieją święci, którzy wszystko widzą
w przemytych oczach chorych dzieci. Różowe figurki z koroną
na głowie.

Krwawe sceny klasycznych filmów. Tunele. Przetarta skóra
na kolanach. Tylko dlatego, że uwierzyłaś w magiczną moc 
bezksiężycowej nocy. Nucisz bezustannie skoczne melodie.
Mieszają się z wyciem psów, trzaskaniem drzwi, niezmiennością 
odgłosów miasta. Jakby błękit wtarł się w ziemię. Spowił mgłą. 
Zakpił z codziennych czynności.

Zwykłe historyjki albo te rozhuśtane, podobne do naszych dzieci. 
Bawią się owocami głogu, grudkami gliny. Umorusani po kostki 
zielonym mchem. Mówisz, że na skraju łąki wydeptane owcze ścieżki 
rozjadą się w czasie deszczu.

Patrzę, jak cienie ze sobą walczą. Ocierają się dusza o duszę.
I wymawiam imię pierwszego właściciela ziemi, rozcieram w palcach
pył. Unosi się mgła, opadają nieskomplikowane kryształki słów.
Jesteśmy sobą. W wyobraźni jeździmy na butach 
po płyciźnie zmrożonego jeziora. Zanim zacznie kruszeć i pękać lód. 
W głowie, w penetrującej ułudę wyobraźni.





24 komentarze:

  1. Wspaniałe na Wyspach jest to, że "rodowici" są tacy przyjaźni. Zazdroszczę wspomnień z kolonii - nawet raz mnie nie wysłali:) Ściskam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh, mój tato pracowął w 'kruszywach', co roku jeździłam na obóz harcerski i na kolonię. Za każdym razem, to była szkoła życia :)

      Pozdrawiam Danko :)

      Usuń
    2. Otóż to, szkoła życia:)

      Usuń
  2. Ciekawy, obrazowy, uczuciowy tekst, przeczytałam z przyjemnością ...
    I wiersz, ach ta wyobraźnia...
    Dziękuję:***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W połowie zrezygnowałam z dalszego pisania, ponieważ zdecydowanie proza jest dla zdyscyplinowanych i wytrwałaych w piórze. Oczywiście muszą mieć coś ciekawego do opowiedzenia, a ja... właśnie piekę chleb, umordowałam się, bo pod koniec zauważyłam, że włożyłam do miksera trzepaczki, a nie widełki. Jestem jakaś odrealniona, serio.

      Kisses

      Usuń
    2. Chleb za to był pewnie niezwykle puszysty ;-)
      Szkoda, że przerwałaś w połowie i że nie wysłałaś opowiadania na konkurs. Jest wciągające jak filmowa nowela i takie ... poetyckie.

      Może Lilka wysyłała swoje prace na wszystkie możliwe konkursy. A może nigdy nie myślała o sobie "maruda"?

      A może jednak powstanie dalszy ciąg i dowiemy się o tych obrządkach urodzinowych?
      Ściskam mooocno :)
      BB

      Usuń
    3. BB, chleb jest smaczny, bo ja piekę na cały tydzień i zamrażam :) a do tego tekstu pewnie wrócę, kwestia odpowiedniego czasu :)

      Uściski ciepłe :)

      Usuń
  3. Bardzo mi się podoba ten tekst :) A już miałam pytać - cóż z Lilką, ale końcówka zaspokoiła moją ciekawość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) https://www.youtube.com/watch?v=OsY7UEOb2hM

      Usuń
    2. Tylko rogacza szkoda :D

      Usuń
  4. W takim razie czekam na te opowieści o urodzinach w obrządku anglikańskim:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wciąga Małgoś, aż chciałoby się prosić o rozwinięcie w postaci powieści. Bo udało ci się wysnuć coś, co ożywia to, czego jeszcze nie napisałaś. Dałaś czytelnikowi tak bardzo apetyczną próbkę, że aż prosi się o jeszcze. Przepraszam, że gmatwam -)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) jak miło, że się skusiłaś, wiesz, może kiedyś uspokoję wewnętrzne adhd i napiszę cd. I nie gmatwasz :) dziękuję pieknoto :)

      Usuń
  6. Takie opowiadania lubię czytać, marzę o tym, aby przeczytać Twoje prozy w jednym kawałku, zebrane i wydane. Wiele razy napisałaś, że nie czujesz się bezpiecznie w prozie, więc może jednak powinnaś wysłać tekst na konkurs. Dziwię się, że Maliszewski Ci odpuścił, czytałem na FB inne fragmenty opowiadań konkursowych i żadne nie wciągnęło, jak Twoje. Dlaczego odpuściłaś? Jestem załamany!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pawle, wiem, że lubisz, ale... Karol Maliszewski nie miał co odpuszczać, zapytałam o to, czy wysyłając opowiadanie i kwalifikując się na warsztaty pisarskie z Olgą Tokarczuk muszę zjawić się w lipcu w Polsce, odpisał, że tak, że to jeden z warunków konkursu i odpuściłam, bo w lipcu mam gości i nie mogłabym w razie 'W' przylecieć, ale ale, tam zjawią się świetni prozaicy, nie miałabym cienia szansy z tym opowiadaniem. Więc się nie załamuj, nie ma powodu.

      Usuń
    2. Wprowadził Cię w błąd. Publikacja konkursowa nie ma nic wspólnego z warsztatami.

      Usuń
    3. To jest bez znaczenia :)

      Usuń
  7. Fajne Małgosiu:-) świat jest taki jak jego obraz, który nosimy w sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, Ty to wiesz i mnie to na swój sposób wzmacnia :*

      Usuń
  8. tak fajnie wessało mnie to opowiadanie, że koniec zbyt szybko nadszedł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo ja mam już taki charakter, szybko kończę :P

      Usuń

Moderowanie komentarzy, po zatwierdzeniu pojawią się na blogu.